Когда молчание пастухов, замешательство и потеря святости угрожают душам. СИЛЬНОЕ обращение от епископа Джозефа Стрикленда

pch24.pl 2 часы назад

Amerykański biskup Joseph Strickland, do niedawna ordynariusz amerykańskiej diecezji Tyler, w nagraniu skierowanym do hierarchów, duchownych i wiernych wezwał do klarownego nauczania prawd wiary, odwagi i jednoznaczności w jej wyznawaniu oraz modlitwy w intencji pasterzy Kościoła – szczególnie tych, którzy pobłądzili.

Publikujemy poniżej zapis całego nagrania zamieszczonego w oryginale na witrynie Pillars of Faith.

Kiedy milczenie pasterzy, zamieszanie i utrata świętości zagrażają duszom

Moi Bracia i Siostry w Chrystusie,

są chwile w życiu Kościoła, gdy pasterz odczuwa ciężar, którego nie można zignorować. Nie chodzi o presję polityczną ani o medialną burzę. Mam na myśli ciche, uporczywe poczucie odpowiedzialności przed Bogiem. Poczucie, iż milczenie, jakkolwiek wygodne by się wydawało, nie oznacza już wierności.

Żyjemy właśnie w takim momencie.

Kościół nie jest opuszczony. Chrystus pozostaje jego Głową. Jest obecny w Eucharystii, wierny swoim obietnicom. A jednak wielu wierzących czuje się nieswojo i są zdezorientowani. Z trudem przychodzi im opisanie tego stanu, ale czują, iż osłabiono coś cennego, a coś istotnego zostało przyćmione.

Wierzący widzą zamieszanie – nie tylko na świecie, ale także w samym Kościele. A zamieszanie nigdy nie jest czymś obojętnym.

W Piśmie Świętym Pan przemawia do proroka Ezechiela i powierza mu wielką odpowiedzialność. Nazywa go strażnikiem. Strażnik nie ma głosić niebezpieczeństwa ani zmyślać zagrożeń. Nakazuje mu się jedynie czuwać, dostrzegać nadchodzące problemy i przed nimi ostrzegać. jeżeli tego nie uczyni, Pan mówi, iż krew pokrzywdzonych będzie na jego rękach.

Ten obraz obecny jest w moich myślach od jakiegoś czasu. Biskupi bowiem nie są powołani jedynie do tego by zarządzać instytucjami czy utrzymywać spokój. Jesteśmy powołani do czuwania, do pilnowania, a w razie potrzeby do zabrania głosu – choćby jeżeli jest to kosztowne.

Największym zagrożeniem, przed którym stoi dziś Kościół, nie są prześladowania z zewnątrz. Kościół przetrwał cesarzy, rewolucje, więzienia i męczeństwo. Przetrwał o wiele gorsze rzeczy niż krytyka czy wrogość.

Głębszym niebezpieczeństwem jest dziś wewnętrzne zamieszanie. Niejasność co do tego, czego naucza Kościół. Niejasność wobec tego, co może się zmienić, a co nie. Niejasność co do natury miłosierdzia, posłuszeństwa, kultu, grzechu, choćby samego Boga.

Większość wiernych katolików nie buntuje się. Nie odczuwa gniewu. Po prostu stara się być wiernymi – i prosi o jasność.

Wierzący zastanawiają się, dlaczego klarowne nauczanie tak często zastępowane jest ostrożną niejednoznacznością. Rozważają, dlaczego mówienie wprost jest traktowane jako coś, co dzieli, a milczenie pochwalane jako „duszpasterskie”. Zastanawiają się, dlaczego to, co kiedyś wydawało się trwałe, teraz już zdaje się podlegać negocjacjom.

To zamieszanie jest wszechobecne, nigdzie jednak nie jest odczuwalne głębiej niż w kulcie Kościoła – w Najświętszej Ofierze Mszy Świętej.

Liturgia to jednak nie tylko jeden z wielu aspektów życia Kościoła. To serce. To miejsce, w którym Kościół uczy się, Kim jest Bóg i kim on jest w relacji do Niego. Uwielbienie kształtuje wiarę. To, jak się modlimy, formuje nasze myślenie, życie i rozumienie prawdy.

Z biegiem lat wielu wiernych odczuwało utratę sakralności w liturgii. Utratę czci. Utratę wertykalności – poczucia, iż ​​dążymy ku górze, ku Bogu, a nie , iż jesteśmy zwróceni ku samym sobie.

Wierni zauważają, iż niemal zanikła cisza. Podziw ustąpił miejsca nieformalności. Ołtarz może przypominać raczej stół zgromadzeń niż miejsce ofiary. Bóg nie wydaje się już pozostawać w centrum.

Nie chodzi tu o nostalgię. Nie chodzi też o odrzucenie Mszy Świętej ani o negowanie ważności sakramentów. Chodzi raczej o to, by dostrzec duchowe konsekwencje: gdy zanika poczucie sacrum, słabnie wiara. Gdy kult staje się horyzontalny, dusza powoli zapomina o niebie.

To nie stało się z dnia na dzień. I nie wzięło się znikąd.

Sam Sobór Watykański II wzywał do ciągłości, do rozwoju na sposób organiczny, do wierności przekazanym tradycjom. Wyraźnie ostrzegał przed niepotrzebnymi innowacjami i zerwaniem z tradycją.

A jednak w latach następujących po Soborze wprowadzono zmiany daleko wykraczające poza to, co przewidywali jego Ojcowie. Eksperymentalne projekty liturgiczne, które nie uzyskały jednoznacznej akceptacji, wywarły wpływ na późniejszy rozwój. Rozpowszechniły się praktyki, których Sobór nigdy nie nakazał. Z czasem forma ustąpiła miejsca bezkształtowi, dyscyplina – improwizacji, a transcendencja – swojskości.

Nie mówię o tym po to, żeby potępiać, ale żeby uznać rzeczywistość. Nie można uleczyć czegoś, czego nie chce się nazwać.

Kiedy uwielbienie traci swój adekwatny sens, wszystko inne zaczyna dryfować. Doktryna jest trudniejsza do sformułowania. Nauki moralne stają się niewygodne. Wezwanie do pokuty słabnie. A miłosierdzie po cichu oddziela się od prawdy.

Wiele dziś słyszymy o miłosierdziu – i słusznie. Bez miłosierdzia nikt z nas by nie wytrwał. Ale miłosierdzie zostało zdefiniowane na nowo. Zbyt często przedstawia się je jako afirmację bez nawrócenia, towarzyszenie bez ukierunkowania i współczucie bez prawdy.

To nie jest miłosierdzie Chrystusowe.

Chrystus odpuszcza grzechy, ale zawsze wzywał dusze do pokuty. Uzdrawiał, ale i ostrzegał. Pocieszał, ale mówił otwarcie o grzechu, sądzie i życiu wiecznym.

Kościół, który odmawia ostrzegania przed niebezpieczeństwem powierzonych mu dusz, nie jest miłosierny. On je porzuca.

W ostatnich miesiącach Kościół był świadkiem konsystorza kardynałów, a planowane są kolejne takie spotkania. Dla wielu katolików wydarzenia te wydają się odległe i abstrakcyjne. Nie są one jednak bez znaczenia. Kształtują przyszłe przywództwo Kościoła. Ujawniają priorytety. Wpływają na sposób, w jaki Kościół będzie nauczał, sprawował kult i rządził przez kolejne dekady.

Dlatego ten moment jest tak ważny.

Decyzje podejmowane bez uczciwego zrozumienia historii, bez jasnej diagnozy ran Kościoła, grożą pogłębieniem zamieszania, zamiast jego uzdrowienia. Milczenie nie chroni jedności. Zaniechanie nie chroni komunii. Głoszona z miłością prawda – tak.

Wielu katolików walczy dziś z bolesnym pytaniem: jak pozostać posłusznym, nie zdradzając prawdy. Jak pozostać wiernym, nie milcząc. Jak kochać Kościół, uznając jednocześnie jego rany.

Otóż prawdziwe posłuszeństwo nie oznacza ślepego poddania się zamętowi. To wierność Chrystusowi i Kościołowi, tak jak on zawsze nauczał. Święci to rozumieli. Pozostawali w Kościele. Cierpieli niezrozumienie. Mówili z respektem – i odwagą.

Prawdziwe posłuszeństwo nigdy nie wymaga od nas zaprzeczania rzeczywistości. Nigdy nie wymaga milczenia w obliczu błędu. Nigdy nie każe nam udawać, iż zamieszanie to przejrzystość.

To jednak nie czas na rozpacz – Chrystus nie opuścił swojego Kościoła. Nadszedł jednak czas na czujność. Czas na odwagę. Czas, by biskupi klarownie nauczali, kapłani z szacunkiem oddawali cześć Bogu, a wierni trwali w wierze, modlili się i byli niezłomni.

Kościół nie odnowi się strachem. Nie uleczy go dwuznaczność. Nie wzmocni go bierne milczenie.

Zostanie odnowiony dzięki prawdzie, wzmocniony przez adekwatną cześć, uzdrowiony przez wierność Chrystusowi.

Obecnie kryzysu w Kościele nie sposób już wytłumaczyć brakiem informacji. Fakty nie są ukryte. Historia nie jest niedostępna. Owoce widać w każdej diecezji – w pustych seminariach, chaotycznej katechezie i katolikach, którzy nie wiedzą już, czego tak naprawdę naucza Kościół.

Z tym się teraz mierzymy, i nie jest to kryzys znajomości rzeczy. To kryzys woli.

Przez ponad pół wieku biskupi, teologowie i przywódcy Kościoła mieli mnóstwo czasu, aby zbadać, co się wydarzyło – co było zamierzone, co zostało wdrożone, co przyniosło dobre owoce, a co nie. Utrata czci nie pozostała niezauważona. Upadek wiary w Rzeczywistą Obecność został udokumentowany już dziesiątki lat temu. Zbanalizowanie kultu, trywializacja sacrum, zanik ciszy w liturgii – to nie jest zaskoczenie.

A jednak kilka zrobiono dla poprawy sytuacji. Nie dlatego, iż nie dało się tego zmienić, ale dlatego, iż korekta jest kosztowna.

Znacznie łatwiej jest mówić ogólnikami niż wskazać przyczyny. Znacznie bezpieczniej jest utwierdzać intencje niż oceniać rezultaty. Znacznie wygodniej jest powtarzać frazesy o „wspólnej podróży” niż otwarcie powiedzieć, iż to się nie powiodło, a dusze płacą za to cenę.

W pewnym momencie powtarzanie takiego języka staje się już formą nieuczciwości. I właśnie w tym miejscu teraz jesteśmy.

Kiedy spotykają się kardynałowie i gdy gromadzą się biskupi, to nie uczestniczą tylko w ceremonialnych wydarzeniach. Sprawują wtedy prawdziwą władzę. Kształtują przyszłość Kościoła. A kiedy te chwile mijają bez uczciwego rozliczenia, przesłanie jest jasne, choćby jeżeli niewypowiedziane: wiemy, iż istnieje problem, ale nie chcemy się z nim zmierzyć.

To milczenie jest wymowne.

Księżom mówi, iż cześć [wobec Boga] nie jest koniecznością. Seminarzystom przekazuje, iż klarowność jest niebezpieczna. Wiernym wskazuje, iż to, co czują w swoich sercach, należy zignorować. Kościół uczy się w ten sposób obniżania wymagań – wobec kultu, doktryny, a choćby samej świętości.

Dlatego właśnie obecna chwila jest tak ważna.

Kolejny konsystorz. Kolejna reorganizacja przywództwa. Kolejna okazja, by zmierzyć się z rzeczywistością – albo znowu ją zignorować.

Zaniechanie zawsze ma swoje konsekwencje.

Gdy przywódcy odmawiają działania, odpowiedzialność spada niżej. Proboszczowie muszą sprostać nierealnym oczekiwaniom. Wierni katolicy zmuszeni są wybierać między milczeniem a podejrzliwością. Młodzi ludzie dochodzą do wniosku, iż Kościół tak naprawdę nie wierzy w to, czego rzekomo naucza.

Tu nie ma jedności. To powolna erozja.

Trzeba powiedzieć jasno: problem nie polega już na tym, iż kardynałowie i biskupi nie wiedzą, co się dzieje. Problem polega na tym, iż wielu uznało, iż bezpieczniej jest nie działać.

Bezpieczniej nie korygować nadużyć liturgicznych. Bezpieczniej nie przywracać czci. Bezpieczniej nie bronić niepopularnych prawd. Bezpieczniej nie ryzykować, iż zostanie się nazwanym „sztywnym” lub „powodującym podziały”.

Jednak pasterz, który przedkłada bezpieczeństwo nad prawdę, nie chroni trzody. Pozostawia ją bezbronną. Posłuszeństwo zostało zrozumiane w tej kwestii na sposób zły i groźny.

Posłuszeństwo nie oznacza bowiem udawania, iż ​​rany nie są ranami. Nie oznacza wychwalania zamętu jako złożoności. Nie oznacza podporządkowania kultu i nauczania Kościoła duchowi czasu.

Prawdziwe posłuszeństwo to wierność Chrystusowi – choćby jeżeli niesie ona ze sobą cierpienie.

Święci nie milczeli, gdy wiara była tłumiona. Nie czekali na pozwolenie, by bronić tego, czego Kościół zawsze nauczał. Mówili z szacunkiem, owszem – ale mówili!

I wielu zapłaciło za to cenę.

Wielu boi się dziś ceny, którą trzeba zapłacić za szczerość. Nie prześladowań, ale utraty pozycji. Nie męczeństwa, ale marginalizacji. Nie śmierci, ale cichego odrzucenia.

Kościół jednak nie został zbudowany na bezpieczeństwie kariery. Został zbudowany na poświęceniu.

Dlatego utraty sacrum nie można traktować jako kwestii drugorzędnej. To nie kwestia estetyczna. To nie sprawa pokoleniowa. To kwestia teologiczna.

Kiedy kult przestaje jasno wyrażać poświęcenie, transcendencję i prymat Boga, sam Kościół zaczyna zapominać, czym jest. A kiedy przywódcy odmawiają skorygowania tego kierunku – nie dlatego, iż go nie dostrzegają, ale dlatego, iż nie chcą się z nim zmierzyć – szkody jeszcze się pogłębiają.

W pewnym momencie miłość do Kościoła musi być silniejsza niż strach przed konsekwencjami. W pewnym momencie biskupi i kardynałowie muszą zdecydować, czy godzą się z rolą zarządzających masą upadłościową, czy też są gotowi cierpieć dla odnowy. To nie jest nawoływanie do buntu. To wezwanie do odpowiedzialności.

Bo strażnika nie ocenia się po tym, czy ludzie go słuchają. Ocenia się po tym, czy ostrzegał. A nie jest tak, by godzina ostrzeżenia dopiero się zbliżała. Ona już nadeszła!

Chcę to powiedzieć wyraźnie. Najpierw mówię to Bogu, a potem Wam.

NIE MOGĘ MILCZEĆ.

Nie dlatego, iż uważam się za mądrzejszego od innych. Nie dlatego, iż uważam się za wyższego niż Kościół. Ale dlatego, iż jestem biskupem – a biskup nie należy do samego siebie.

Zostałem wyświęcony, by strzec tego, czego sam nie stworzyłem; by przekazywać to, czego nie wynalazłem; by ostrzegać, gdy duszom zagraża niebezpieczeństwo – choćby gdy to ostrzeżenie jest niepożądane.

Nadchodzi moment, kiedy powtarzanie ostrożnych słów staje się sposobem na unikanie odpowiedzialności; kiedy cierpliwość równoznaczna jest z opieszałością; kiedy powściągliwość staje się odmową.

Myślę, iż ten moment mamy już za sobą.

Dopóki więc Bóg będzie podtrzymywać moje życie i posługę, będę ostrzegał. Będę mówił, choć łatwiejszym wyjściem byłoby milczenie. Będę po imieniu nazywał zamieszanie, gdy przybierze ono szaty złożoności. Będę bronił tego, co święte, gdy będzie traktowane tylko jako jedna z opcji. Będę nalegał, aby nasz kult oddawał centralne miejsce Bogu – a nie nam samym.

Nie mówię tego ze złością. Mówię to ze smutkiem. I z determinacją.

Ponieważ biskup pewnego dnia stanie przed Chrystusem i zda sprawę – nie z tego, jak unikał konfliktów, ale z tego, czy chronił powierzoną mu trzodę.

Jeśli mnie ignorują, niech tak będzie. jeżeli mnie krytykują, niech tak będzie. jeżeli mnie pomijają, niech tak będzie.

Ale nie stanę przed Panem mówiąc, iż widząc niebezpieczeństwo, wybrałem milczenie.

Do moich braci biskupów, i mówię to z szacunkiem i stanowczością: nie potrzebujemy więcej studiów, więcej procesów ani bardziej starannie sformułowanych oświadczeń. Potrzebujemy odwagi. Potrzebujemy uczciwości. Potrzebujemy odzyskać świętą bojaźń Bożą.

Do księży mówię: strzeżcie ołtarza. Kochajcie liturgię. Nauczajcie prawdy, choćby jeżeli Was to sporo kosztuje.

Do wiernych mówię: nie traćcie ducha. Chrystus nie opuścił swojego Kościoła. Pozostańcie zakorzenieni. Pozostańcie pełni czci [wobec Boga]. Pozostańcie wierni. Módlcie się za swoich pasterzy – zwłaszcza gdy zawodzą.

A do nas wszystkich mówię to:

Strażnik nie odpowiada za to, jak odniosą się do jego napomnień. Odpowiada za to, czy ostrzegał.

W nadchodzących dniach zamierzam ostrzegać z jeszcze większą determinacją, z jeszcze większą odwagą i z jeszcze większym zapałem.

Niech Bóg udzieli mi łaski, abym mógł to czynić z pokorą, wiernością i wytrwałością – aż do dnia, kiedy wezwie mnie, abym zdał sprawę [ze swojego życia].

A teraz, kończąc, proszę, abyście zatrzymali się na chwilę i w ciszy stanęli przed Panem.

Niech Wszechmogący Bóg spojrzy z miłosierdziem na swój Kościół: zraniony, a jednak umiłowany.

Niech Bóg wzmocni wszystkich, którzy są zdezorientowani, utrudzeni i przestraszeni.

Niech oczyści naszą wiarę, przywróci cześć naszym ołtarzom i na nowo zwróci nasze serca ku temu, co wieczne.

Niech Pan obdarzy odwagą swoich biskupów, wiernością swoich kapłanów i wytrwałością wszystkich wiernych, którzy szukają Go w prawdzie.

Niech Bóg chroni Was przed zniechęceniem, strzeże przed błędami i utrzymuje mocno w wierze przekazanej przez apostołów.

Niech Bóg Wszechmogący błogosławi Was i strzeże, w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen.

Biskup Joseph E. Strickland

Biskup emerytowany

Odpowiedzialność biskupów za Kościół w czasach zamętu. Nowa inicjatywa świeckich katolików

Pro Ecclesia Universali – inicjatywa katolików świeckich, którzy chcą bronić jedności Kościoła katolickiego w obliczu synodalnego procesu jego dezintegracji. Do inicjatywy, która wyszła z Polski, przyłączyło się już szereg organizacji z kilku krajów.

Głównym elementem kampanii inicjatywy Pro Ecclesia Universali jest rozpowszechnianie broszury poświęconej roli biskupów w Kościele.

Broszura nosi tytuł „Odpowiedzialność biskupów za Kościół powszechny w czasach zamętu”.

Więcej informacji na temat inicjatywy oraz możliwość pobrania broszury o odpowiedzialności biskupów za Kościół powszechny – na stronie proecclesiauniversali.org.

PRO ECCLESIA UNIVERSALI czyli kim naprawdę jest biskup? Co powinien robić dla Kościoła powszechnego?

Читать всю статью