Nikt nie zaprzeczy najpotężniejszemu, samo potwierdzającemu się idiocie. Osiągnął przecież to na co haruje materialistyczny do bólu duszy Zachód – sukces, władzę i najwyższe miejsce na podium mamony.
Najbardziej wkurzające według mnie jest przywłaszczenie nazwiska Tesli. Geniusza i wizjonera umierającego w biedzie, którego wynalazki miały służyć ludzkości. Elon Musk, najbogatszy człowiek świata, zwolnił już kilkadziesiąt tysięcy naukowców, urzędników, ludzi pracujących na państwowych posadach.
Okrada ich, żeby dostać więcej funduszy zaoszczędzonych w ramach pseudo walki z biurokracją. Od państwa na Teslę i swoje rakiety otrzymał przez dwie dekady 38 miliardów dolarów, czyli średnio dwa miliardy rocznie, załatwiając konkurencję.
Do Marsa też nie leci dla ludzkości, tylko wyciąga cudzą kasę, wiedząc, iż projekt technicznie jest w najbliższych latach niewykonalny. Trzeba przyznać, iż geniusz. Nikola Tesla by tego nie wymyślił.
Spadek sprzedaży Tesli bierze się z zawiedzionych oczekiwań "lewaków". Tych przegrywów obdarzonych według Muska wadą empatii prowadzącą do upadku naszej cywilizacji. Zanim to z ich winy nastąpi, ciułali na Teslę, a teraz wolą lepsze elektryki. Nowocześniejsze, tańsze, nieobciążone poglądami Muska.
Dla nowych wielbicieli marki mógłby zmienić więc nazwę na coś bardziej adekwatnego do swoich gestów, np. "Fuhrer". Albo Zostawić T i ilość liter – Trump, produkując elektryczne Trumpy w różnych odcieniach pomarańczowego.
Można być bogatym, mieć na koncie wynalezienie kilku cyfrowych udogodnień czy PayPal (Musk nie zaprojektował Tesli, ani Space X), ale być przez cały czas głupkiem z infantylnymi urojeniami wielkościowymi. Światowej rangi politykiem zarazem najwspanialszym ojcem i przyszłością ludzkości.
Clinton palił trawkę, twierdząc, iż się nie zaciągał. Musk chwali się cotygodniowym braniem ketaminy, sądząc, iż nie świruje mimo swoich dziwnych podrygów i paranoi należących do ketaminowych skutków ubocznych. Ostatnio wystąpił z kawałkiem sera w kształcie kapelusza oferując milionowy czek wyborcom popierającym jego kandydata do stanowego sądu najwyższego.
Wyglądał jak wielka łapka na myszy będąc tak naprawdę łapką na demokrację. Z braku wartości kusi kasą, bo kasa jest jego jedyną wartością. Ale tym razem przegrał. Miejmy nadzieję, iż przyzwoitości nie da się kupić.
Pod podobną do Muska, odhumanizowaną flagą głupoty maszeruje pół zachodniego świata obiecując nową, gorszą przyszłość. Ludzie to kupują, dosłownie. Chcą w to wierzyć jak u nas wyborcy Sławomira Mentzena albo oczadziali kadzidłem wyborcy PiS-u.
Nic ich nie przekona i nie jest to u nas skutek upadku polskiego szkolnictwa, ani ataku liberałów na nieprzygotowany do nowoczesności lud smoleński. Podziały są o wiele głębsze. Pękają płyty tektoniczne międzynarodowych sojuszy, niebo okazało się za płytkie na raj dla sprawiedliwych, różnice w pojmowaniu realu za głębokie.
A najbogatszym królem, najpłodniejszym, rozsiewającym swoje nasienie jak Boryna w malignie ziarno, został naćpany klaun. W cyfrowym świecie nazywanym przez Yanisa Varoufakisa "Technofeudalizmem" (jego książka o tym tytule jest niezbędna do zrozumienia współczesności), odrabiamy wszyscy swoją internetową pańszczyznę wzbogacając Muska, Bezosa, Zuckerberga.
Nowych feudałów, nadludzi bogacących się w cyfrowej chmurze zasysającej światowy kapitał i rozum. No bo kto z nas chce zostać cyfrowym pustelnikiem wylogowanym ze świata?