Mieszkam w Wielkiej Brytanii od roku 1948.
Przez całe moje życie zastanawiałam się, do jakiej kategorii Polaków adekwatnie się zaliczam. Trudno mi dać na to odpowiedź, bo od 7-go roku życia przejechałam pół świata i mieszkałam w różnych krajach i z różnych powodów. Emigrant ma ten przywilej, iż decyduje sam, kiedy opuści swój kraj i do jakiego kraju pojedzie. Ja zaś zostałam wyrwana brutalnie z domu rodzinnego, pozbawiona praw obywatelskich i przeznaczona na zatratę przez rozkazy stalinowskie. Pozbawiono mnie wszystkich praw człowieka.
Późniejsze dzieje to polityczne rozgrywki państw alianckich, które ważyły mój los jak na szali. Wojnę wygrali inni, ale nie my, Polacy. A przecież poszło o nas…
O życiu moim mogę tylko powiedzieć jedno. Dzieli się na okresy – etapy. Te mają swoiste charakterystyczne cechy i, zależnie od okoliczności, można je różnie nazwać.
Do września 1939 roku byłam dzieckiem rodziny polskiej. Mama – lwowianka, córka legionisty. Ojciec z rodziny Sanetrów (dziadek jego walczył w powstaniu styczniowym 1863 roku) skończył studia prawnicze na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie.
Urodziłam się we Lwowie, ale całe swoje dzieciństwo spędziłam w małym miasteczku Busk, odległym o 7 kilometrów od stacji Krasne, a 40 od Lwowa, w województwie tarnopolskim. Miasteczko to datuje się z XI wieku, o szerokiej historii i bardzo różnych narodowościach i religiach. Przeważnie byli to Polacy, Rusini (Ukraińcy), Żydzi i Niemcy – osiedleni z czasów austriackich. Tu mój ojciec został mianowany sędzią z początkiem 1932 roku. Rokrocznie odbywał manewry w Przemyślu jako porucznik rezerwy.
Pierwsze 7 lat mojego życia upływały beztrosko, bezpiecznie, otoczona miłością, wychowywana w duchu katolickim i patriotycznym. Skończyłam tu pierwszą klasę, tuż przed wybuchem Drugiej Wojny Światowej w roku 1939.
Najazd niemiecki na nasz kraj i wkroczenie Rosji 17 września 1939 roku położyły kres naszemu normalnemu życiu (Hitler i Stalin podzielili Polskę paktem podpisanym przez Ribbentropa i Mołotowa w sierpniu 1939 roku). Samoloty niemieckie, krążące nad Buskiem, strzelały z karabinów maszynowych do pracującej ludności na roli, dzieci powracających ze szkoły i do polskiego wojska usiłującego dotrzeć do południowych granic Polski. Po Busku zaczęły chodzić pogłoski o masakrach dokonywanych przez Ukraińców w okolicznych miasteczkach. Sąsiadka nasza, Ukrainka, skryła nas jednej nocy właśnie przed taką rzezią, narażając swoje życie. (Dziękowałam jej córce osobiście, kiedy odwiedziłam rodzinne strony po 70 latach. Busk pozostał taki sam, jak go pamiętałam, tylko się skurczył.) Po wypłaceniu urzędnikom sądowym odprawy i zlikwidowaniu sądu praca mego ojca się skończyła. Na życie trzeba było zarobić.
Mój ojciec był także dyrygentem Koła Mandolinistów we Lwowie i dawał częste koncerty w sali koncertowej im. Kościuszki i w sali Stow. „Gwiazda”, ale także był związany z Radiem Lwowskim, gdzie dawał audycje muzyczne w Wesołej Lwowskiej Fali ze swoim zespołem i solo, ściśle współpracując z Wiktorem Budzyńskim. Grał na gitarze, skrzypcach i harmonii koncertowej Hohnera. Muzyka, jako uniwersalna dziedzina, wydawała się być idealnym wyjściem w naszej sytuacji. Rodzice zdecydowali przenieść się do Lwowa i zamieszkać u Baci Epler, matki mego ojca. Tak więc 18 października 1939 roku zaczął się następny etap w moim tak krótkim życiu. Pożegnałam się z Krainą Mego Dzieciństwa.
Zamieszkaliśmy na ulicy Jabłonowskich 42, na trzecim piętrze, dzieląc z Babcią 2 pokoje z kuchnią. Ojciec dostał pracę w gimnazjum, nauczając muzyki, a Koło Mandolinistów Hejnał dawało koncerty. choćby dostali zaproszenie, aby występować w Radiu Lwowskim, naturalnie już pod zarządem rosyjskim. Życie się bardzo zmieniło. Każdy Polak zamieszkujący ziemie okupowane przez ZSRR stracił obywatelstwo polskie i został Rosjaninem. Życie codzienne wypełniła trwoga i niepewność jutra. Aresztowania i szykany stały się normą. Straszne wieści o wywózkach 10 lutego 1940 roku dochodziły do nas. We Lwowie wyszedł nakaz meldowania się wszystkich rezerwistów Wojska Polskiego. NKWD czekało, aby aresztować tych, co nie wypełnili nakazu. Jak się później okazało, nie miało to żadnego wpływu na aresztowania poszczególnych Polaków. Tak więc 10 kwietnia 1940 roku o godzinie 2 w nocy NKWD przyszło po mego Ojca. Do dziś widzę jego twarz, jak, tuląc mnie w swoich ramionach, żegnał się, mówiąc: „Opiekuj się nimi”. Był więziony w Brygidkach.
Dnia 13 kwietnia 1940 roku o 6 rano NKWD przyszło po nas. Mamusia akurat szła pod Brygidki, aby się dowiedzieć czegoś o ojcu. Na schodach zatrzymał ją oficer NKWD, aby wskazała mieszkanie Eplerów. Gdyby wyszła z kamienicy o pół godziny wcześniej, wywieźliby tylko mnie, moją 2-letnią siostrę i 70-letnią Babcię. choćby nie chcę myśleć, jaki los by nas czekał.
Po godzinie załadowano nas do bydlęcych wagonów, po 40 osób do wagonu. Rozlokowaliśmy się na pryczach po obu stronach wagonu, jak śledzie w beczce. Na środku stał piec, a obok dziura w podłodze służyła jako ubikacja. Trudno było z niej korzystać na widoku publicznym. Trzymano koc, który zasłaniał potrzebującego. Ja bałam się strasznie, iż wylecę na tory. Natura samozachowawcza człowieka jest tak silna, iż ludzkie przyzwyczajenia do komfortu i kultury bardzo gwałtownie pozostają na boku. Byli i tacy, dla których duma i pozory górowały nad zdrowym rozsądkiem. Ci bardzo często, w późniejszych przeżyciach, zatracali główne zasady poszanowania człowieka, i to swego ziomka.
Ruszyliśmy ze Lwowa na drugi dzień. Druga Bacia zdążyła nam upiec ciasto drożdżowe i dostarczyć do pociągu, ale zamiast cukru wsypała taką samą ilość soli. Jechaliśmy na Krasne, Złoczów, Tarnopol. Na przedwojennej granicy polskiej przeniesiono nas na szeroki tor rosyjski. Przejeżdżaliśmy przez Kijów i Kursk. Później przez Wołgę, rzekę Ural i dalej na Semipałatyńsk. Po drodze nasz pociąg był oblegany przez tubylców, którzy chcieli od nas soli w zamian za cukier. Na stacji całe góry cukrowych buraków gniły, a zapach rozchodził się kilometrami. Za parę dni naszej jazdy tubylcy błagali o cukier, a po obydwu stronach toru na stacji leżały góry soli. A kraj ten, mlekiem i miodem płynący, nie potrafił obdzielić swymi bogactwami własnej ludności. W czasie 3-tygodniowej podróży odczepiano po parę wagonów. W końcu rozładowali i nas w Kazachstanie, Siemipałatyńskaja Obłast’, Kokpektynskij Rejon, na stacji Żangiztobe. Tu załadowali do ciężarówek, które grzęzły w błocie i trzeba je było pchać z tyłu. Gdzieniegdzie jeszcze leżał śnieg, a w nocy był ostry mróz. Jechała matka z nowo narodzonym dzieckiem. Ktoś poradził przyłożyć niemowlę do gołego ciała matki, aby nie zamarzło. Dojechaliśmy do wsi Pietropawłowka, 100 km odległej od stacji. Gdzie okiem sięgnąć, to stepy, a na południu zarysy sino-szarych gór Ałtajskich. Tu miała początek rzeka Irtysz, z niej czerpano wodę do codziennego użytku, nosząc ją w wiadrach zawieszonych na „koromyśle”. Tu nauczyłam się pływać bez żadnych kosztownych lekcji, bez instruktora, który by przynajmniej wskoczył do rzeki, kiedy się topiłam.
Mieszkańcy tej wsi to Kazacy od dziada pradziada i przesiedleńcy przymusowi z zachodniej carskiej Rosji z roku 1917. Tu, wyrwani z ojczystej ziemi, zdegradowani i pozbawieni wszelkich praw człowieka, staliśmy się statystyczną daną bestialskiego systemu stalinowskiego wykańczania ludzi.
„Chcesz jeść, to pracuj” – to słynne rosyjskie powiedzenie odnosiło się nie tylko do nas, Polaków, ale do reszty mieszkańców wsi. Ale oni mieli lata doświadczenia za sobą, jakieś zapasy, rodzinę, która w zagrożeniu głodu choć trochę pomogła. My zaś byliśmy zupełnie nieprzygotowani we wszystkich dziedzinach życia, a szczególnie fizycznie.
Mamusia pracowała w kamieniołomach. Wracała skonana, a dłonie krwawiły od kilofa, którym rozbijała głazy. Później dostała pracę przy budowie stajni dla bydła. Cegły były robione z gliny mieszanej z łajnem krowim i słomą (samany). Wykończone obory wyglądały lepiej od stajni-chlewu, w którym mieszkaliśmy. Miała dwa pomieszczenia: jedno dla krowy, a drugie dla świni. Miała cztery ściany z samanów i szkielet daszku z łoziny. Bez podszycia dachu, bez okien i drzwi.
Była to własność rodziny Pryszczypów, którzy kiedyś mieli krowę i świnię, ale im kołchoz zabrał. Inni Polacy rozlokowali się po chałupach tubylców. Mamusia i Babcia chciały się czuć bezpiecznie, bez podsłuchu niepożądanych uszu.
Okazało się, iż mamusia ma wielki spryt do zrobienia czegoś z niczego. Z paczek drewnianych po mydle, na krzyżakach, skleiła trzy łóżka – prycze, stół i wyprosiła gdzieś ławę. W stajence mieszkało aż 6 osób: nas czworo i matka z paromiesięcznym synkiem. Była to pani po Konserwatorium Muzycznym w Kijowie, władająca pierwszorzędnie po rosyjsku i z tego względu pracowała w Kantorze (biuro wsiowe).
Ogrzewania tam nie było, zresztą nie było czym. W drugiej części pomieszczenia było palenisko. Na cegłach umieściła moja mama żelazne koło z traktora. Kowal wyciął w środku dziurę, gdzie można było wpuszczać garnki, a za opał używaliśmy kiziaków (wysuszony bydlęcy nawóz zbierany ze stepów przez całe lato).
Praca mamy trwała tylko w lecie, w zimie polegałyśmy na wymianie różnych rzeczy z miejscową ludnością, bo choćby paczki wysyłane przez rodzinę w Polsce nie dochodziły. Zaspy śnieżne i 40-stopniowy mróz wstrzymywały jakikolwiek transport od stacji kolejowej, odległej od nas o 100 kilometrów. Najgorzej było ze Świętami Bożego Narodzenia i Wielkanocy. Babcia i mama starały się utrzymywać polskie tradycje, abyśmy nie zapomniały, iż jesteśmy Polkami. Na wieczerzę wigilijną z zamienionych łaszków udało się mamie dostać 3 duże buraki, główkę kapusty, 4 cebule, miskę ziemniaków, prosa i jęczmienia. Babcia ułożyła z tego dania wigilijne: barszcz z jagłami, uszka z cebuli, pierogi z ziemniakami, gołąbki z pęcaku. Ale mąki nie ma… Zlitowała się nad nami p. Irka Szemisowa i pożyczyła mąki aż do czasu dostarczenia paczek wysłanych z Polski.
Gorzej było z Wielkanocą. Po długiej i bardzo ostrej zimie zapasy tubylców się wyczerpały. Chodziłyśmy z mamą od chaty do chaty i wracałyśmy z niczym. Słyszałam szloch mamy i jako 8-letnie dziewczę byłam bezradna. W oczach stanął mi obraz mego ojca żegnającego się ze mną w noc aresztowania. „Opiekuj się nimi”. „Ale jak, tatusiu?” W tym momencie potknęłam się o coś i rozerwałam walonki z prawej nogi (buty ze zbitego filcu). Ze łzami w oczach usiadłam na śniegu, aby zobaczyć, jaką sobie wyrządziłam krzywdę. Ze śniegu wystawała kurza noga. Gołymi rękami rozgrzebywałam śnieg. Mamusia odwróciła się.
„Mamusiu, to kura!”
Wchodziłyśmy triumfalnie po wyrąbanych schodach ze śniegu do naszej zasypanej stajenki, niosąc zamarzniętą kurę. Ile to było uciechy. Była uczta, a każda kosteczka była rozgryziona na drobny ryż i każda kropla smaku wysysana doszczętnie.
Przymierało się z głodu. Ale nasza 70-letnia Babcia, córka powstańca z 1863 roku z Załośca, wychowana w duchu katolicko-patriotycznym, nadawała ton naszej egzystencji. Karmiła nas zupą, a raczej klejem zrobionym z jednego tartego ziemniaka zagotowanego w wodzie. Sześć litrów takiego płynu dzieliła na dwie porcje. Jedną zjadaliśmy rano o godzinie 10-ej, a drugą o 4-ej po południu. Obdzielała nas, sześcioro, tą zupą. Później kładliśmy się do łóżka, aby zapomnieć o głodzie i grzać jedna drugą własnym ciałem. Do dziś słyszę, jak moja 2-letnia siostra, płacząc, mówiła do mojej mamy: „Mamis, wstawaj, gotowaj, Marta bardzo głodna”. Serce Matki musiało przechodzić katusze.
Do szkoły nie chodziłam: w zimie była zamknięta, zasypana śniegiem do wysokości dwóch metrów. Ale choćby kiedy była otwarta, to mnie mamusia nie puszczała, bo twierdziła, iż za kromkę chleba i pół litra abratu (fat free milk – odtłuszczone w centryfudze mleko) nie sprzeda dziecka w szeregi „komsomolców”. A jednak uczyłam się. Babcia pilnowała, abym nie zapomniała tego, czego mnie przez rok w polskiej szkole nauczyli. Kazała pisać, choć parę linijek, do rodziny w kraju, a gdy kładłyśmy się spać, z braku jedzenia, światła lub z zimna, opowiadała nam historyjki ze swego przebogatego życia. Przeplatała to faktami historycznymi, opisami krajobrazów miejsc, gdzie mieszkała, naświetlała polityczne zapatrywania mniejszości narodowych, z jakimi się spotykała w toku swego życia zawodowego, między innymi o krainie Łemków spod Grybowa, gdzie przez lata prowadziła pocztę.
(Straszny los spotkał Łemków w tak zwanej Akcji „Wisła” w maju 1947 roku, kiedy to ówczesny rząd Polski, ładując ich do bydlęcych wagonów, odtransportował nad morze Ziem Odzyskanych.)
Wykazywała zrozumienie i poważanie dla człowieka bez względu na jego stan społeczny i całe życie cieszyła się szacunkiem zarówno u dorosłych, jak i młodzieży. A gdy zaczynałyśmy narzekać na głód i zimno, wtedy śpiewała nam pieśni kościelne, a była to chodząca encyklopedia pieśni patriotycznych i świeckich piosenek. Codziennie odmawiała koronkę. Zawsze modliła się za wroga i swego męża z rodziny niemieckiej, osiedlonej w Galicji w roku 1776, chociaż odszedł od niej i związał się z inną kobietą. Zapytana, dlaczego to robi, odpowiadała:
„Miałam pięknych 8 lat współżycia małżeńskiego, później I Wojna Światowa pokrzyżowała moje życie. Ja go kochałam i tylko Pan Bóg ma prawo go osądzić.”
Z rodziną męża była w bardzo dobrej komitywie i twierdziła, iż więzy rodzinne są bardzo mocne i trzeba je zawsze szanować.
Z wiosną 1941 roku, pomni głodu w czasie zimy, mama dostała pozwolenie uprawiania gruntu naokoło naszej stajenki. Przyszły nasiona z Polski. Ale najważniejsze były dla nas ziemniaki. Takich na rozsadę nie można było dostać. Tubylcy nie byli w stanie oddać swoich choćby na zamianę. I znowu Babcia genialnie wykrawywała oczka w ziemniakach, tak aby było trochę miąższu naokoło, bo reszta była przeznaczona na posiłek. Mamusia skopała ziemię i sadziła te oczka w sam ruski Wielki Piątek. Rosjanki, jeszcze pamiętne obyczajów cerkiewnych swoich matek, patrzyły zdumione, kiwały głowami, twierdząc, iż z tego nic nie wyjdzie. Jesienią, jak zbieraliśmy swoje plony, patrzyły i pluły: „Z czortem posadziła i czortem pozbierała”. Plon był obfity. Ziemniaki długości 20 cm. Nic dziwnego. Ziemia leżała odłogiem przez lata, nasiąknięta nawozem świńskim i krowim.
Do rosyjskiej szkoły poszłam dopiero po amnestii (Układ Sikorski–Majski z 30.07.1941 – po najeździe Niemiec na Rosję). I tu po raz pierwszy spotkałam się z „Vertical Grouping” i „Comprehensive Education” (edukacyjne panaceum w systemie angielskim z lat 60. i 70.). We wsi były tylko dwie klasy. Pierwsza dla dzieci od lat 7 do 11, a druga od 11 do 14. W kącie mojej klasy stała figura „Baćki” Stalina z wyciągniętą ręką. Nauczycielka (tak jak wszystkie inne na świecie) zadawała pytania dla sprawdzianu. Uczeń odpowiadający poprawnie (tego, czego nauczycielka oczekiwała) był chwalony, a „Baćka” Stalin nagradzał wzorowego ucznia cukierkiem, który cudownie pojawiał się na jego dłoni. Byłam tym oczarowana, zwłaszcza iż ja też zasłużyłam sobie na nagrodę. CUKIEREK!!! Mój Boże! Nie widziałam cukierka od kwietnia 1940 roku. Jaki ten „Baćka” Stalin był dobry. Byłam przygotowana zrobić wszystko, aby „Baćka” Stalin był ze mnie dumny.
W domu nic nie mówiłam o tym cukierku. Bo jednak coś we mnie nurtowało. Gdzieś te ziarnka sprawiedliwości i prawości, zasiane przez moich rodziców i Babcię, kiełkowały i nie dawały mi spokoju. Jak to jest? Ja tak lubię słodycze – ale ja kocham tatusia więcej i ciągle o nim myślę. To NKWD go aresztowało, a Babcia mówiła, iż ich wodzem jest Stalin…
Następnego dnia, na lekcji, pilnie przypatrywałam się nauczycielce, co robi i jak się zachowuje, zanim Stalin nagradza ucznia. (Dzieci wystawione na warunki, gdzie samozachowawcze instynkty się wyostrzają, a spostrzegawczość jest bronią niezastąpioną w utrzymaniu się przy życiu, posiadają szósty zmysł.) Na przerwie pozostałam w klasie i, pociskując guzik w surducie Stalina, rozdawałam cukierki swoim koleżankom i kolegom, którzy gremialnie wracali do klasy, aby zobaczyć, co się dzieje, a nauczycielka za nimi. Zostałam złapana na gorącym uczynku. Źle by się to skończyło. Zrobiliby ze mnie Komsomołkę, a mamusia zginęłaby w jakimś łagrze, gdyby nie fakt, iż mieliśmy „Udostowierenie” podpisane przez NKWD, iż mamy prawo opuścić posiołek i podróżować po Rosji.
Z nagrodą za moje stopnie „Otliczno”, z góry na dół w postaci bajki Puszkina, opuściłyśmy posiołek.
Były to czasy trudne dla całej mojej rodziny. Nie zdawałam sobie choćby sprawy, jaki to miało wpływ na moją psychikę. Późniejsze lata wykazały, jak bardzo wydoroslałam, jak dziecięce sprawy stały się błahe i przetrwanie stało się celem mego życia.
Z 18-tu miesięcy spędzonych w Pietropawłowce pozostały w mojej pamięci oderwane obrazki:
• Widzę moją siostrę siedzącą ciągle na nocniczku. Chorowała na dyzenterię.
• Pilnowanie córek sąsiadki Pryszczypowej. W nagrodę dostawałam kromkę chleba, którą miałam obowiązek przynieść do domu, aby podzielić się z siostrą. Któregoś wieczoru Pryszczypowa dała mi drugą kromkę, obmazaną śluzem z ust i nosa młodszej córki. Długo się zastanawiałam, z którą kromką mam powrócić do naszej stajenki…
• Koleżanka Rimka – Rosjanka, bystra, ale przekabacona na komunizm stalinowski, podsłuchała rozmowę rodziców narzekających na Stalina. Rano doniosła to nauczycielce. W kilka dni później NKWD zabrało rodziców, a Rimka poszła do „Dziet Domu”.
• Mydło przywieźli do „ławeczki” (sklepiku). Rosjanka kąpała niemowlę. Zostawiła niemowlę w wanience na blacie kuchennym i podsunęła karchanę (mały wyschnięty krzak stepowy), aby woda nie wystygła. Po jej powrocie dziecko już nie żyło.
• Plewienie pola ze zbożem z kąkoli i piołunów na wizytację urzędową z Semipałatyńska. Było to już po amnestii, a nam potrzebne były pieniądze na wyjazd. Zawiaduszczy kołchoza (naczelnik), zacięty komunista, nie mógł pojąć, jak to my mamy prawo wyjechać. Z zazdrości kazał nam plewić gołymi rękami.
• Fury z deportowanymi niemieckimi rodzinami przybywające do wsi w październiku 1941 roku. Tak jak my w maju 1940 roku.
• Swoboda w życiu codziennym była dla mnie rajem. Robiłam, co chciałam. Mama w pracy cały dzień, Babcia zajęta moją chorą siostrą. Ja chodziłam luzem.
• Nareszcie nasz wyjazd z Pietropawłowki 18 października 1941 roku do stacji Żangiztobe.
I znowu zasunęłam kurtynę jak po następnym akcie sztuki teatralnej. Jeszcze jeden etap mego życia się skończył.
***
Bilety miałyśmy do Taszkentu i jechałyśmy normalnym pociągiem. Była jesień i pogoda zmienna. W Taszkencie, na stacji, na peronie szukałyśmy polskich żołnierzy. (Wiedziałyśmy, iż 14 sierpnia odbyła się polsko-rosyjska konwencja, która stanowiła o stworzeniu Armii Polskiej na terenie ZSRR. Generał Anders, zwolniony z Łubianki, objął dowództwo. Główna siedziba wyznaczona była w Buzułuku. Różne dywizje stacjonowały w Tatiszczewie i Tockoje. Ze względu na logistyczne warunki przeniesiono wojsko na południe ZSRR. Jangi-Jul koło Taszkentu stało się główną siedzibą.)
Deszcz lał jak z cebra. Siedziałyśmy z siostrą na tobołkach pod opieką Babci. Mama zaś dowiadywała się, co z nami będzie. Takich jak my było więcej i każdy z niecierpliwością czekał na jakieś wieści. W końcu podstawiono „eszalon” (pociąg towarowy pełny bydlęcych wagonów) i załadowano nas. Nikt nie był w stanie powiedzieć nam, gdzie pojedziemy i kiedy. Wszystkie linie kolejowe były zarezerwowane dla wojska i zaopatrzenia. Pociągi te jechały na zachód, na front rosyjsko-niemiecki. Nasze „eszalony” stały na bocznicach dniami. Jak się linia zwolniła, jechaliśmy do następnej stacji, aby znowu ugrzęznąć na bocznicy. I tak jeździliśmy po całej południowej Rosji: Kokand, Andiżan, Dżalal-Abad, Farab, Samarkanda, Karszi, Kitab, Szachrisabz.
Chorowałam ciężko na odrę. Straciłam głos na 3 miesiące. Leżałyśmy z siostrą w wagonie z wysoką gorączką. Na dworze zima, a my, przykryte futrem Babci, potrzebowałyśmy jedzenia i lekarskiej opieki. O zdobywaniu jedzenia nie było mowy. Mamusia nie mogła tego zrobić, bo wyskakując z pociągu, narażała siebie i nas na rozłąkę w razie odejścia pociągu bez niej, co zdarzało się bardzo często innym. Nasza 72-letnia Babcia nie dałaby rady nami się zaopiekować. Co robić?
W wagonie było dwóch młodych Żydów po 16 lat. Zaofiarowali się kupić mleka dla dzieci. Mamusia powierzyła im 10 rubli i czekała z zapartym oddechem, czy wrócą. Wrócili! Nie tylko z butelką mleka, ale i z tymi samymi 10 rublami. Jak to robili, można się tylko domyślać. Powtarzali to codziennie. Aż jednego poranka jeden z chłopców nie wstał. Zmarł w nocy. Ktoś w wagonie stwierdził, iż zmarł z wycieńczenia.
Dojechaliśmy do Zaribulaku. Mój głos nie wracał. Ja byłam zrozpaczona, a moja mamusia przerażona. Wysiadłyśmy na stacji i lekarz przepisał lekarstwo, za które zażądał obrączek ślubnych mojej mamy i Babci. Stwierdził, iż wypoczynek jest konieczny i sugerował szukać pracy w kołchozie na przedmieściach Chatyrszi.
Dotarliśmy do kołchozu Kirowa, załadowani na arbie ciągnionej jednym wołem. Za dużą drewnianą bramą był kompleks kołchozowy. Był to czworobok z dość dużym podwórzem w środku. W jednym rogu stał piec w kształcie olbrzymiego jaja z otworem w górnej części. Po wypaleniu drewna na żużel Uzbekka wyrabiała placki i przyczepiała je do wewnętrznej ściany pieca. Gdy były dobrze zarumienione, odrywała je i układała na szerokim talerzu. Obok bawiła się grupka dzieci. Gdy nas zobaczyły, podniosły raban. Sędziwy Uzbek podszedł do bramy i ją otworzył. Mamusia do niego podeszła i rzekła:
„U mnie muzyka niet, a rebiata gołodnoje.” (Ja męża nie mam, a dzieci są głodne.)
Wziął ją za rękę i zaprowadził do jednej z chat. Kobiecie rozkazał dać nam po placku. Po pewnym czasie mamusia wyszła rozpromieniona. Dogadali się.
„Jedną noc prześpimy pod ich dachem, a później będziemy mogli mieszkać poza kompleksem, w stodole przylegającej do jednej z chat.”
Było nam tej nocy jak w raju.
Chata była duża, z paleniskiem na środku. Nad paleniskiem dość duża dziura w dachu wyciągała cały dym. W ciągu dnia służyła jako ognisko do gotowania. Pod wieczór, kiedy pozostały już dobrze wypalone żużle, stawiano nad nim stół o krótkich nogach i przykrywano olbrzymimi pikowanymi kołdrami, tak iż z każdej strony stołu mogły się łatwo położyć po trzy osoby, wchodząc pod kołdrę. Ciepło z paleniska ogrzewało całą rodzinę aż do rana.
Robota nasza w tym kołchozie to zbieranie bawełny z krzaków. Dostawałyśmy za to dżugarę (ziarno o smaku lekko słodkawym, które po ugotowaniu przypominało pęczak; mielone na żarnach dawało mąkę na placki), uruk (suszone morele) i kiszmisz (rodzynki i kawałki moreli).
Spędziłyśmy tam Boże Narodzenie. Babcia mówiła, iż to dobry omen, bo Wigilię spędzałyśmy w stajence. I znowu Babcia dokonała cudu. Był „tort” z gotowanej długo dżugary i rodzynek, który po ostygnięciu krajany był z kółkiem w środku i równych porcjach naokoło.
Po świętach mamusia pojechała do Samarkandy, gdzie została mianowana „Mężem Zaufania” na rejon Chatyrszi dla Polaków. Z tego rejonu wyjeżdżał do Jangi-Julu po swoją rodzinę naczelnik stacji kolejowej z Baranowicz i jego kolega gajowy. Powierzyła im mamusia sprzedanie harmonii koncertowej marki Hohner mego ojca. Jeden ze znajomych mego ojca, p. Kulczycki, poznał harmonię, gdy dwaj Polacy dobijali targu przy sąsiednim stoliku w herbaciarni w Jangi-Julu. Przysiadł się do ich stolika i dowiedział się, czyja to harmonia. Widząc, iż dwaj Polacy chcą ją sprzedać za byle co, zawołał Żandarmerię Wojskową, która harmonię zarekwirowała, a 7. Dywizja zawiadomiła Mamusię o kupnie harmonii za żądaną sumę 15 tysięcy rubli.
Specjalny posłaniec wiózł do nas część pieniędzy. Resztę miała mamusia odebrać u kpt. Scherantera w Samarkandzie. Pieniądze wysłane przez umyślnego posłańca nie nadchodziły. Mamusia pojechała do Samarkandy ze służbową wizytą po odbiór koców, prześcieradeł i ręczników dla otwierającego się sierocińca w rejonie Chatyrszi i przy okazji osobiście zameldowała się u kpt. Scherantera. Wypłacił on mamusi 2 tysiące rubli. Resztę miała wypłacić Delegatura Polska.
W Delegaturze odebrała mamusia swój paszport konsularny. Użyto mamusi legitymacji przedwojennej, upoważniającej ją do zniżek na kolei. Widnieje tam pieczątka: „Wydano paszport tymczasowy nr 862/42 Del. Amb. R.P. w Samarkandzie” i podpis niestety nieczytelny. Pracownik Delegatury, na zlecenie Delegata, wypłacił mojej mamusi 10 tysięcy rubli, zaznaczając, iż 3 tysiące rubli zostaną przesłane przez umyślnego posłańca.
Tak więc harmonia mego ojca została własnością 7. Dywizji. Jestem ciekawa, czy jeszcze jest w posiadaniu jakiejś osoby. Harmonia ta wędrowała z nami od Lwowa aż do Samarkandy. Byliśmy szczęśliwi, iż trafiła w polskie ręce, i to wojskowe.
Mamusia jako Mąż Zaufania pomogła wielu rodzinom polskim i wiele z nich trafiło do jednostek wojskowych, a przez Morze Kaspijskie dobili do Persji. Z okresu pobytu w Chatyrszi pamiętam panią Zajdlową z córką, którą później spotkałam w Londynie.
W Chatyrszi byliśmy 5 miesięcy i okres ten pozostawił wyryte piętno w mojej osobowości. Powrót do zdrowia po odrze i odzyskiwanie głosu było raczej drastyczne i dramatyczne. Gdy odzyskiwałam głos, to krzyczałam, a nie mówiłam. Okazało się, iż mam zablokowane trąbki Eustachiusza i nie mam kontroli nad rozpiętością swego głosu. Z latami nauczyłam się kontrolować swój głos w normalnych warunkach. Ale jak jestem zdenerwowana, to zaczynam mówić gwałtownie i coraz głośniej.
I znowu dobiegłam do końca jeszcze jednego rozdziału z mego tułaczego życia. Nowe znajomości, nowe okoliczności i satysfakcja, iż w tej niedoli działy się rzeczy nadzwyczajne. Przynależność do wielkiej rodziny polskiej ułatwiała nam życie. Byli tacy, co pomagali, pocieszali i robili wszystko w ich mocy, aby pomóc innym w wydostaniu się z Nieludzkiej Ziemi i jarzma stalinowskiego. Za innych mówię codziennie „Zdrowaśki” – bo cóż innego mi pozostało.
***
Do Kermine przyjechałyśmy 5 kwietnia 1942 roku. Pomimo wszystkich starań i poszukiwań we wszystkich jednostkach wojskowych nie odnaleźliśmy tatusia. Słuch po nim zaginął.
Pierwszy transport żołnierzy i cywilów już wylądował w Pahlawi, Persja. Zaczynała się panika, bo pierwszeństwo miały rodziny żołnierzy. My nie mieliśmy nikogo w wojsku z rodziny i nie chciano nas wpisać na listę. Mamusia wprawdzie pracowała najpierw w pralni, a później w szwalni żołnierskiej, ale to nie było gwarancją na opuszczenie ZSRR. Pomna na ostatnie słowa ojca wypowiedziane do mnie: „Opiekuj się nimi”, słysząc, iż zapisują do junaczek, zdecydowałam, iż ja zostanę junaczką. Zapisują od lat 14, a ja mam niecałe 10.
Na placu przed koleją stały 3 stoły, przy których siedzieli sierżanci i oficerowie. „Ogonki” przyszłych Junaków i Junaczek posuwały się powoli. Oficer zadawał pytania, a sierżant spisywał dane.
– Ile masz lat? – padło pytanie.
– Czternaście – odpowiedziałam drżącym głosem.
Sierżant podniósł głowę.
– Toż to dzieciak.
Skreślił mnie z listy. Nie dałam za wygraną. Przecież są jeszcze dwa ogonki. Do trzech razy sztuka. I już miałam być odrzucona po raz trzeci, gdyby nie oficer z pierwszego stołu, patrząc na mnie, rzekł:
– Ale uparta! Nie… wytrwała. Zapisać.
Mamusia dowiedziała się po fakcie dokonanym, iż wyjeżdżam do Guzaru jako przyszła junaczka.
Jechaliśmy pociągiem, zbieranina dzieci. Na stacji w Guzarze spotkał nas major rosyjski z sołdatami. (Musieli Rosjanie podejrzewać, iż Polacy starają się uratować jak najwięcej dzieci i młodzieży.) Dużo mówił i groził. Zrozumiałam tyle, iż on się orientuje, kto ile ma lat, i doradza, pod karą bicia, wystąpić tym, którzy nie mają lat 14. Zawsze byłam tchórzem, jak chodziło o ból cielesny. Było nas sporo poniżej danego wieku. Załadowano nas na lory i odwieziono do sierocińca w „Karkin Batasz”, czyli Dolinie Śmierci.
Moja kariera junaczki skończyła się gwałtownie i chociaż widniałam w ewidencji polskiej jako taka, nigdy nią nie byłam. Czy uczyli nas w tym sierocińcu, tego nie pamiętam. Natomiast mam wyryte w pamięci pewne obrazy z tego okresu. Poranne pobudki i apele z modlitwami za zmarłe w nocy dzieci, ułożone szeregiem na ziemi.
Po paru tygodniach kilka z grupy z Kermine zostało. Szalała dyzenteria, tyfus i malaria. Wodę pobierano z rzeki o kolorze rdzy. Jedzenie było marne, a kromkę chleba, przydział dzienny, dzieliliśmy na dwoje i, aby nikt tego nie ukradł, trzymaliśmy pod głową w czasie snu. Gorąc nas dobijał, a do picia woda nie była przegotowana.
Umarła między innymi jedna z Miłoszewskich, a po paru dniach zjawił się ich ojciec, sierżant z Kermine, aby wziąć udział w pogrzebie. Na pogrzeb się spóźnił, bo ze względu na gorąc grzebano ciała tego samego dnia. Widząc opłakany stan sierocińca, zabrał swoje dzieci i siedmioro innych, których rodzice pozostali w Kermine. Jechał na oficjalnej przepustce, ale tylko dla siebie. Nieraz podczas rosyjskiej kontroli my, dzieci, chowałyśmy się pod ławki. Pomagali nam w tym rosyjscy żołnierze.
Dzięki roztropności sierżanta Miłoszewskiego połączyłam się z mamusią, Babcią i siostrą 25 czerwca 1942 roku. Czy ten krótki debiut w Junaczkach, czy też Opatrzność Boska, ale udało się nam dostać na ostatni transport z Kermine do Krasnowodzka 5 sierpnia 1942 roku.
Statek „Żdanow” załadowany był po same brzegi. Pokład statku był prawie na równi z Morzem Kaspijskim. Kazano nam się nie ruszać i wszyscy modliliśmy się o spokojne morze. Ludzie chorowali i wymiotowali tam, gdzie stali. O przedostaniu się do ustępu nie było mowy. Tych, którzy chorowali na dyzenterię, umieszczono tuż przy burcie. Każdy z nas marzył o brzegu perskim i był pełny nadziei wydostania się z Nieludzkiej Ziemi. Dobiliśmy szczęśliwie do Pahlawi. Z modlitwą na ustach, z litanią dziękczynną pozostawialiśmy za sobą katorgę życia w ZSRR.
Do końca mego życia nie zrozumiem faktu, iż ani jeden list pisany przez moją mamę do Lwowa, do ojca, nie zaginął, a wszystkie listy od jej ojca dochodziły do Kazachstanu, do Pietropawłowki. Listy były numerowane i są w moim posiadaniu. Nie zginęła też ani jedna paczka wysłana do nas od rodziny w kraju. Co za przedziwny kraj i co za reżim!
Nareszcie wyzwoleni. Na plaży w Pahlawi przyjmowali nas Anglicy. Rozbieraliśmy się do naga. Smarowano nas jakąś mazią, golono wszystkie włosy i po prysznicu dawano świeżą odzież. Ulokowano nas w obozie przejściowym pod namiotami. Mając nauczkę z poprzednimi transportami, ostrzegano nas, aby dużo nie jeść.
Karmiono ryżem i tłustą baraniną. Nasze żołądki, wygłodzone po Rosji, nie były w stanie funkcjonować normalnie. Organizmy wycieńczone przez dwa i pół roku podatne były na wszystkie choroby żołądkowe. Wielu nie wytrzymało i zostało pochowanych w piaskach Pahlawi.
Mamusia zapisywała się od razu na następny transport w głąb Persji. I tak od 10 sierpnia do 27 września przelecieliśmy jakby ekspresem przez Teheran, Ahwaz i dobiliśmy do portu Basra w Iraku. Tu załadowano nas na luksusowy holenderski statek „Laukisher”. Nigdy w życiu nie widziałam tak nakrytego stołu. Uginał się od zastawy i ilości sztućców. Naliczyłam coś z sześć samych noży, widelców i łyżek. To był obrazek z czarodziejskiej bajki. W Uzbekistanie piliśmy herbatę z puszek po konserwach. Herbatę podano w porcelanowych filiżankach. Kazano nam zasiadać do stołów i czuć się jak u siebie w domu.
Nie zawiedliśmy dobrego polskiego imienia, bo byli tacy wśród nas, co pouczyli, a my okazaliśmy się wspaniałymi uczniami. W tym luksusie popłynęliśmy do Karaczi, ówczesne Indie. Mieliśmy do wyboru pozostać w Indiach lub wyjechać do Afryki Wschodniej.
Do Afryki rzadko kto chciał jechać. Przecież to dziki kraj. Jeszcze nas tubylcy zjedzą albo lew rozszarpie. Dziwne, iż po takich przejściach w ZSRR ludzie sobie ubzdurali, mając tak nikłe wiadomości, iż Afryka to ostateczna zaguba. Szkoda, iż tak kilka uczono w szkołach o „Listach z Afryki” Sienkiewicza. Dla mojej mamy Afryka to był kraj wymarzony i, co więcej, najbardziej oddalony od ZSRR. Tam już nas nie znajdą.
Ksiądz Dzieduszko w przyspieszonym tempie przygotował młodzież do Pierwszej Komunii Świętej. Z ogoloną głową na pałę, w sukience uszytej z prześcieradła, stanęłam przed Bogiem. Cóż to było za przeżycie. Klęcząc na gorącym piasku, ofiarowałam Bogu moje dziecięce grzechy, zakrapiane dorosłymi przeżyciami niedoli ludzkiej. Nigdy później nie odczułam takiej ulgi jak po otrzymaniu tego pierwszego absolutorium.
Pożegnałam Indie 28 października 1942 roku. Te dwa i pół miesiąca po opuszczeniu ZSRR to zatarte obrazy. Dla wielu wyzwolenie z Nieludzkiej Ziemi nie było różdżką magiczną. Byliśmy uwolnieni od jarzma stalinowskiego, ale żyliśmy ciągłym strachem i niepewnością, jak nasz zrujnowany organizm dostosuje się do normalnego życia.
Cmentarze w miejscowościach takich jak Pahlawi, Teheran i Ahwaz są potwierdzeniem, ilu nie doczekało, aby cieszyć się wyzwoleniem.
***
Okręt „Ruys” płynął zygzakiem po Oceanie Indyjskim, unikając w ten sposób możliwości storpedowania przez niemieckie łodzie podwodne. Na równiku urodził się Józio, syn Polki i Persa. Józio otrzymał prawo podróżowania na wszystkich okrętach świata za darmo. Jestem ciekawa, czy kiedykolwiek z tego skorzystał.
Dobijaliśmy do Tangi w Tanganice Wschodniej, w Afryce, 5 listopada 1942 roku. Obecna Tanzania była wówczas pod protektoratem brytyjskim. W porcie spotkali nas przedstawiciele władz angielskich. Angielskie panie przygotowały posiłek, a następnie załadowano nas do pociągu.
Podziwialiśmy z okien wagonów różnorodność afrykańskiej natury: zielone dżungle, słońcem spalone sawanny, plantacje kawy, herbaty i bananów; spokojnie pasące się stada dzikich zwierząt – antylopy, żyrafy, wildebeesty i strusie. Od czasu do czasu mijaliśmy murzyńskie wioski, witani wrzaskiem nagich dzieciaków.
W wagonie panowała cisza. Słychać było tylko głos Babci:
„Ach, mój Boże, przecież ja o tym czytałam w Listach z Afryki Sienkiewicza”.
Wsłuchani w jej opowieści dojechaliśmy do małej stacyjki Tengeru.
Co za widok! Przed nami rozciągał się wyrąbany busz i dżungla, a w tle majestatyczny masyw górski Meru od zachodu – najwyższa góra Tanganiki. Na północy widniało Kilimandżaro. Wokół rozsiane były okrągłe, białe domki, zupełnie jak ule. W języku tubylców, suahili, nazywano je „tokule”.
Brama wjazdowa oznajmiała przybyszom:
„Polish Settlement Camp Tengeru”.
Zostaliśmy przyjęci przez przedstawicieli władz brytyjskich. Był tam brytyjski komendant obozu, pan Steeling, z żoną oraz grupa angielskich pań. Przyjęli nas bardzo życzliwie, okazując wiele serca i pomagając przy organizowaniu osiedla. Przygotowany był również obfity posiłek.
Osiedle zbudowano na terenach, z których dopiero co wykarczowano dżunglę i busz. Teren był nieuporządkowany, pozostawiony w stanie dzikim. Przez środek biegła jedna droga – odgałęzienie od głównej szosy. Domki ustawiono po jedenaście w rzędzie. Jeden blok składał się z czterdziestu dwóch domków. Grupa obejmowała od czterech do sześciu bloków.
Pomiędzy domkami rosła wysoka trawa, przerastająca dorosłego człowieka. W niej gnieździły się miliony komarów malarycznych i innych złośliwych owadów. Nie brakowało również żmij i jadowitych węży. Za mojego pobytu nie wydarzył się jednak ani jeden wypadek ukąszenia.
Mimo tych pozornie niesprzyjających okoliczności ludność nasza, wyczerpana nędzą w ZSSR i tułaczką, była szczęśliwa, iż skończyła się poniewierka, baraki, namioty i wspólne szałasy. Nareszcie znaleźliśmy miejsce, w którym, pracując, mogliśmy spokojnie oczekiwać końca wojny i powrotu do wyzwolonej Ojczyzny.
Każdy cieszył się, iż będzie miał swój upragniony własny kąt – chociaż trudno to sobie było wyobrazić w okrągłym domku.
Przydzielono nam domki. Budynek był okrągły, o średnicy około 5 metrów, pobielony wapnem. Dach stożkowaty, z drążków przekwitłych agaw przeplatanych wikliną, kryty trawą, liściem bananowym lub palmowym. Małe okienko z okiennicą, zamiast szyby siatka zabezpieczająca przed komarami i innymi owadami, drewniane, szczelne drzwi – i domek gotowy.
Wewnątrz nie było sufitu. Widoczne było wiązanie i podszycie dachu. Podłoga była z ubitej ziemi. Domki budowano w pośpiechu, w niespełna dwa miesiące. Nic dziwnego, iż były bardzo prymitywne. Ale były nasze.
W każdym domku znajdowały się cztery drewniane łóżka, wyplatane grubym sznurem, cztery materace i poduszki, cztery poszewki, koce, moskitiery, ręczniki, osiem prześcieradeł, po cztery łyżki, noże, widelce, talerze, kubki, stołki, wiadro, miednica i lampa na naftę.
Nasz obóz zajmował około tysiąca akrów żyznego gruntu pochodzenia wulkanicznego, położonego na południowych stokach masywu górskiego Meru, którego wysokość sięgała 15 tysięcy stóp. Szczyt Meru dominował nad całym obozem, a około 40 mil od osiedla wznosił się potężny masyw Kilimandżaro o wysokości 19 321 stóp.
(Moja pierwsza miłość zdobyła ten szczyt, mając 16 lat, w towarzystwie doktora Szyryńskiego).
Ze szczytu tej góry, pokrytej wiecznym śniegiem i słynącej z przepięknych efektów świetlnych, spływały chłodne wiatry, czyniąc choćby największe upały znośnymi.
Cały teren osiedla był ujęty ramionami dwóch górskich strumieni. Od zachodniej strony znajdowało się jedno z najpiękniejszych jezior – Duluti, powstałe w kraterze wygasłego wulkanu. Po północnej stronie rosły liczne gaje bananowe należące do miejscowej ludności. Na południe od osiedla ciągnęły się ogromne sawanny, będące własnością królewskiego szczepu Masajów.
Sawanny były wręcz idealnym terenem dla myśliwych. Obfitowały we wszelkiego rodzaju zwierzynę – od płochliwej antylopy aż po krwiożerczego lwa i lamparta. choćby słoń i nosorożec nie należały do rzadkości.
Ptactwa było bez liku, a chmary kolibrów w ciągłym locie spijały nektar z kwitnących krzewów. Na wiosnę drzewa jakarandy obsypywały osiedle pięknym kwieciem. Obóz wyglądał wtedy jak po procesji Bożego Ciała.
Wszystko było jeszcze w stanie dzikim i chociaż ludność nie narzekała, jestem pewna, iż niejedna matka drżała ze strachu. To przecież była dla nich dzika Afryka.
Ale dla nas, dzieciaków, był to raj.
Wysoka trawa kryła nasze głowy. Co za wspaniała zabawa w chowanego! Dżungla, która graniczyła z domkami, była istnym labiryntem krętych ścieżek. Z drzew zwisały liany. Każde z nas, z okrzykiem Tarzana, leciało w powietrzu, zeskakując na drugim brzegu strumyka o kryształowo zimnej wodzie.
Nawet nie zauważyłyśmy, kiedy minął czas i słońce stoczyło się za horyzont. Zapadł zmrok. Instynkt samozachowawczy, tak wyostrzony przeżyciami w Rosji, pomógł nam jednak odnaleźć drogę powrotną do „domu”.
Co nas tam czekało, lepiej nie mówić.
W odległości dziesięciu mil od osiedla znajdowało się prowincjonalne miasteczko Arusha. Większość sklepów była własnością Hindusów. Był tam magistrat, dwa kościoły, dwa banki, dwa hotele, apteka, kino i warsztaty naprawcze.
Od pierwszego dnia miało się wrażenie, iż tutaj będzie nam dobrze. Zabrano się do pracy z całą energią. Większość ludności stanowili wieśniacy i rolnicy, więc pod ich kierownictwem wyrównywano teren, usuwano kamienie i przystąpiono do zakładania ogródków.
Wyznaczono polskiego kierownika osiedla i podzielono mieszkańców na grupy z kierowniczką na czele.
Służbę sanitarną zorganizował doktor Goldstücker przy pomocy przybyłych sióstr. Szpital mieścił się w dawnej szkole greckiej, pięknie położonej na wzgórzu osiedla. Był to jedyny budynek z cegły.
Już w pierwszych dniach po przyjeździe zgłaszali się chorzy. Były to głównie przypadki skrajnego wyczerpania głodem w ZSSR – organizmy tych ludzi jeszcze nie wróciły do normalnego funkcjonowania. W wielu przypadkach ciała chorych pokryte były wrzodami.
Na początku dały się nam również we znaki pchły ziemne. Bywały komplikacje, ale nauczyliśmy się je usuwać tak, aby nie dochodziło do ropienia.
Wraz z napływem ludności zorganizowano kursy dla sanitariuszek, aby sprostać wzrastającej liczbie zachorowań na malarię.
W szpitalu leżałam cztery razy. W grudniu 1942 roku zachorowałam na świnkę i przez całe trzy tygodnie przebywałam na izolatce z siedmioletnim chłopcem i pięcioletnią dziewczynką. Dopiero co rozpoczęła się nauka.
Moja nauczycielka, pani Krażyńska, odwiedziła mnie i przez okno podała mi książkę o skrzypku. Czytałam ją bardzo powoli, składając literkę po literce.
Z nudów zaczęłam czytać na głos. Czytałam tę książkę codziennie. Po powrocie do klasy pani Krażyńska nie mogła się nadziwić, jak płynnie zaczęłam czytać.
Drugi pobyt w szpitalu był bardzo bolesny. Zostałam oblana wrzątkiem przez koleżankę, zupełnie niechcący. Było to poparzenie drugiego stopnia. Do dziś mam blizny na klatce piersiowej.
Później przyszedł atak malarii. Leżałam z gorączką prawie 42 stopni, nieprzytomna, i dostawałam zastrzyki z chininy.
Ostatni mój pobyt w szpitalu związany był z usunięciem migdałków – na żywo, jedynie ze znieczuleniem miejscowym. Były już ropiejące, a w klimacie tropikalnym mogło to stać się niebezpieczne.
Jako dziecko nie bałam się szpitala, lekarzy ani personelu. Dzisiejsze szpitale angielskie mogłyby się wiele nauczyć, jak skutecznie można leczyć ludzi choćby w bardzo prymitywnych warunkach.
Brak nam było na początku księdza i kościoła, ale ludność wzniosła kapliczkę pod drzewem, gdzie każdego wieczora była odprawiana wspólna modlitwa. Używano tych zebrań też do przekazywania wiadomości politycznych i spraw obozowych. W niedzielę przyjeżdżał do nas ks. Anglik z Arushy z Misji Katolickiej. Po przybyciu ks. Dzieduszki zbudowano kościół. Dla prawosławnych cerkwie, a grupa 36 Żydów miała swoją bożnicę.
Obóz posiadał różne referaty, a te umożliwiały nam być samowystarczalnym. Była piekarnia, masarnia, hodowla świń, krowy i mleczarnia, wyroby skórzane, szwalnie. Urodzajna gleba rodziła plony dwa razy do roku. Mieliśmy swoje jarzyny, kapustę jak miednice, pomidory wymiarów głowy niemowlęcia.
Owoców było w bród: banany, paw-paw, ananasy, pomarańcze, mandarynki, mango, passiflora, cytryny. Były też kokosy i orzeszki ziemne. Dary z Ameryki w postaci różnych maszyn i książek wzbogacały nasze beztroskie życie. Do najpilniejszych spraw obozowych należało zorganizowanie szkół. Znalazły się wykwalifikowane nauczycielki. Przeprowadzono egzamin i segregację uczniów do poszczególnych klas. Zakupiono najpotrzebniejsze pomoce szkolne i rozpoczęto pracę. Muszę dodać, iż nauczyciele na początku nie byli płatni. Był to szlachetny gest naszych wychowawców, rozumieli, iż edukacja i bezgraniczna miłość i poświęcenie się może częściowo uleczyć rany w dziecięcej psychice spowodowane okrucieństwem, jakie doznały w ZSSR. A było nas sporo, bo na prawie 5,000 więcej niż połowa to były dzieci, przeważnie w wieku szkolnym. Sam sierociniec składał się z 800 dzieci.
W roku 1948 mieliśmy 4 przedszkola, 3 szkoły powszechne, Gimnazjum Ogólnokształcące i Liceum Humanistyczne i Matematyczno-Fizyczne. Gimnazjum Kupieckie, Zawodowe, Szkołę Muzyczną, Szkoły Mechaniczną i Rolniczą, Kursy Zawodowe Żeńskie, Kurs Administracyjno-Handlowy, Szkołę Przysposobienia Gospodarczego i Centralną Pracownię Przyrodniczą. Była spółdzielnia, teatr i kino. Mieliśmy choćby dwa domki przeznaczone na areszt, ale chyba w nim nikt nie siedział. Poszłam do klasy 3-ciej szkoły powszechnej – trwała tylko 4 miesiące, 6 miesięcy klasa 4-ta. Klasa 5 i 6 trwały po całym roku. Nigdy nie byłam w klasie drugiej. Nauka życiowa wypełniła luki i dała bodźca do nadrobienia straconego czasu. Znana byłam w szkole jako „vox populi”. Potrafiłam wytłumaczyć nieodrobione lekcje moich koleżanek, stawać w ich obronie, gdy według mnie działa się im krzywda. Nie uszło to uwadze mojej wychowawczyni, która nie była skora być korygowana przez uczennicę. I tak pewnego razu, tłumacząc koleżankę, zostałam z nią razem wpisana do dziennika. Na przerwie, oburzona tą niesprawiedliwością, starałam się wymazać z dziennika nasze nazwiska przy użyciu poślinionej gumki. Wiadomo, jaki był rezultat – dziura na wylot. A moja osoba znalazła się na wylocie z klasy. Wstawiennictwo p. Zarzyckiej, kierowniczki jednej ze szkół powszechnych, „że to przecież wojna, my na obczyźnie, naszym obowiązkiem jest kształcić dzieci, a nie wyrzucać ich ze szkoły”, wychowawczyni była przygotowana na kompromis. Przeniesiono mnie do klasy, gdzie przewaga to dzieci z sierocińca. Do dzisiaj nie mogę zrozumieć, jakimi kryteriami kierowała się wychowawczyni mojej klasy. Jak się później okazało, miałam wielkie wzięcie u dzieci z sierocińca i wcale nie czułam się ukarana. (Nie chcę tu pokazać, iż ja miałam rację, ale jako późniejszy pedagog nie raz powstrzymywałam się od decyzji, jak chodziło o dzieci w klasie, które można by interpretować: „ja mam władzę i ja decyduję. Rób, jak ci każę, a nie jak jest poprawnie”). Życie szkolne uwielbiałam od 6-go roku życia. Atmosfera klasy dodawała mi bodźca w nauce.
Na początku nasze szkoły w Tengeru mogły się poszczycić dwoma mapami. Był brak podręczników i pomocy naukowych. Drzwi służyły jako tablice, zamiast kredek i farb wyciskaliśmy sok z kwiatów, który blednął z czasem. Podręczniki dostawaliśmy w małych ilościach i dzieliliśmy je skrupulatnie pomiędzy siebie. Wchłaniałyśmy wiedzę jak gąbki. Nauka kwitła. Gremialnie zapisywałyśmy się do harcerstwa (a liczyło ono pod koniec obozu 10 drużyn żeńskich i 3 męskie. Dzieci w wieku przedszkolnym należały do Zuchów). Co rocznie braliśmy udział w obozach harcerskich, a w roku 1947 nasi harcerze brali udział w międzynarodowym zlocie w Kampali, Uganda. Sodalicji Mariańskiej, różnych chórów i lekcji muzyki na fortepianie i innych instrumentach muzycznych. Dwa razy w tygodniu były wyświetlane filmy. Każda rocznica, każde święto było celebrowane. Były przedstawienia, akademie i koncerty. Budynek YMCA wrzał zajęciami organizowanymi przez wolontariuszy. W RKO mieściło się radio, gdzie liczne grupy słuchały audycji BBC z Londynu lub czytano prasę. Harcerska stanica wypełniona była przyszłymi instruktorami, którzy poświęcali cały swój wolny czas, aby później przekazywać nagromadzoną wiedzę młodszym pokoleniom. Czas mieliśmy wypełniony i chociaż żyliśmy w prymitywie, to nikt tak nie potrafił wykorzystać naszego otoczenia do kształtowania naszych charakterów i szkolenia naszych umysłów tak jak nasi wychowawcy. Przed nimi schylam głowę w nieodpłacalnej podzięce. Odżyły wątłe ciała i umysły. Miłość ojczyzny i patriotyzm był podsycany na każdym kroku. Dla nas, młodzieży, były to lata sielsko-anielskie. Z dala od wojny i niebezpieczeństw, otoczone miłością i troską. Były też tragedie. Och, jakże przeżyłyśmy śmierć gen. Sikorskiego. Były też niedociągnięcia życia codziennego. (Mieliśmy zaledwie 176 mężczyzn na prawie 5,000 mieszkańców. Kobiety pozbawione mężczyzn w gorącym klimacie musiały dużo pracować nad hormonami organizmów, które gwałtownie wracały do normy. Księża przewrażliwieni czuwali za gorliwie nad niewinnością ludności. I muszę powiedzieć, iż nieślubne dzieci należały do rzadkości).
Tengeru było dla nas miasteczkiem polskim. Oczekiwaliśmy zakończenia wojny i powrotu do wolnej Polski, aby stanąć na wszystkich platformach życia ojczystego i odbudować ją, silną, sprawiedliwą i szanowaną przez cały świat. Niestety, to pozostało tylko marzeniem.
Powiadają, iż „Fortuna kołem się toczy”. Nasze koło wypaczyła słynna „trójca” – Stalin, Roosevelt i Churchill. Odzyskana Polska była daleka od wolnej, a co najgorsze uszczuplona o całe Kresy. Decydowano o nas bez nas. Moje ojczyste strony były teraz częścią ZSSR. Już nie raz w moim życiu przechodziłam od chwil rozpaczy i rozczarowań do momentów pełnych nadziei i wiary. Ciosy zadawane przez wroga, choć tragiczne, można było przyjąć. Tym razem nasi alianci wbili nóż w plecy. Nasza nadzieja w Niepodległą Polskę przestała istnieć. Ale my nie upadamy na duchu i czujnie śledzimy dalsze posunięcia. Do roku 1945 obóz był odpowiedzialnością Polskiego Rządu w Londynie. Po przekazaniu Polskiego Złota nowemu Rządowi Polski Ludowej sytuacja dla nas stała się beznadziejna. Do powrotu do Polski zgłosiło się tylko 12 osób.
Rząd Brytyjski tymczasowo przejął administrację obozu. Wszelka opieka społeczna dla najbiedniejszych w obozie została wstrzymana. Rada osiedla pod przewodnictwem ks. Rogińskiego zwróciła się do mieszkańców o opodatkowanie się na 3%. Polonia Amerykańska wykazała dużą troskę o nasze życie uchodźcze. War Relief Service spotęgował wysyłki w postaci książek, instrumentów naukowych do gabinetu fizycznego i chemicznego, aby szkoły mogły kontynuować dalej kształcenie młodzieży.
Nasi profesorowie wygłaszali regularnie odczyty na różne tematy. Sierociniec wystawił 3 sztuki: „Z biegiem Wisły”, „Król Bałtyku” i „Noc Świętojańska”. Sztuki opracowane i reżyserowane przez p. Grosicką. Ilustracje muzyczne dała p. Rozalini. Społeczeństwo brytyjskie przyjęło te sztuki z entuzjazmem, świadczyły o tym recenzje w „The East Africa Standard”. Polskie sieroty – Polskimi Ambasadorami.
I grom z jasnego nieba. UNRRA usiłuje zmusić Polaków do rejestracji 8-go stycznia 1945 roku. Panika ogarnęła obóz. „My nie chcemy wracać do Rządu Lubelskiego!!! Po co rejestracja? Zwłaszcza, iż listy z frontu alarmująco brzmią: „Nie dajcie się nabrać”. Listy pochodziły od żołnierzy inteligentnych.
Karty rejestracyjne są w języku angielskim. Większość jej nie rozumie. Nauczycielstwo zwerbowane do rejestracji. Wyjaśnienia dr Kona z ramienia Delegatury o kwestii rejestracji budziły zastrzeżenia. Historia zaczęła się wikłać, gdy przedstawiciel z UNRRA na zadawane pytania nie miał konkretnych odpowiedzi lub też jego odpowiedzi nie przemawiały do przekonania obecnych. W rezultacie nauczycielstwo odmówiło współpracy:
• Kwestionariusze są w języku angielskim, którego ani rejestrujący, ani rejestrowany dobrze nie znają.
• Obowiązek zgłoszenia przez rejestrowanych stałego miejsca pobytu w Polsce, bez względu na jej granice i ustrój, nie do przyjęcia. Granice nie są ustalone, a ustrój pod znakiem zapytania. Nikt z Polaków nie może się zgodzić na wybór miejscowości znajdującej się pod okupacją niemiecką, rosyjską czy Komitetu Lubelskiego, a innego wyjścia nie ma.
• Nikt nie podejmie decyzji bez porozumienia się z rodziną w kraju lub na froncie.
Delegat UNRRA mógł tylko potwierdzić, iż celem rejestracji jest repatriacja Polaków po wojnie.
W dwa miesiące później, 10-go marca 1945 roku, ludność obozu kategorycznie odmówiła współpracy z UNRRA i zapowiedziany Delegat więcej się w naszym obozie nie pokazał.
Zakończenie wojny ludność przyjęła bez entuzjazmu. Krzycząca niesprawiedliwość wyrządzona Polakom przez Aliantów oziębiająco wpłynęła na wyrażanie swych uczuć. Wojna skończyła się dla innych, dla nas ona dalej trwała. Komendant Brytyjski w swoim przemówieniu zakończył następująco:
„W obecnej godzinie zwycięstwa nad narodem Niemieckim wszystkie nasze myśli zwracają się w stronę Polski i sytuacji, w jakiej się w tej chwili znajduje. We wszystkich naszych dziękczynnych nabożeństwach musimy wznieść specjalną modlitwę, aby Polska Sprawa została sprawiedliwie załatwiona”.
Komendant Brytyjski osiedla, pułkownik Minnery, był katolikiem i oddany całą duszą sprawie Polski. W swoich komunikatach prosił o zachowanie spokoju i godności. Prosił o unikanie kontrowersyjnych przemówień politycznych, które by zakłóciły spokój w osiedlu. Mówił: „Zachowujmy się z godnością, bądźmy cierpliwi i spokojni. Potrzebna nam jest modlitwa – a nie kłótnie polityczne”.
Żegnaliśmy go ze łzami, jak 4-go listopada 1945 roku wyjeżdżał na 6-miesięczny urlop.
Ostatnie lata mego pobytu w Tengeru były w pewnym sensie zakłócone wydarzeniami lat 1944 i 1945, ale na ogół życie toczyło się po dobrze przemyślanych torach z lat ubiegłych. Nauka postępowała. Dyscyplina była wzorowa. Nasi wychowawcy prześcigali sami siebie, zwłaszcza iż wciągnięto do szkolnictwa ludzi wykształconych, ale nie nauczycieli. Okazali się znakomitymi wykładowcami. Wnosili do klas swoje doświadczenie życiowe i zawodowe. Do 1948 roku odbyły się 3 matury z bardzo dobrym wynikiem. Eksponaty z gimnazjum krawieckiego zachwycały okolicznych tubylców. Panie, które pokończyły kursa krawiecko-hafciarsko-trykotarskie, chwaliły się swoimi wyczynami w strojach szytych dla siebie czy rodziny. Mało kto nie pracował, a z kasy królewskiej brytyjskiej każdy poniżej lat 16 dostawał 2 szylingi i 50 centów miesięcznie, a powyżej 10 szylingów. Biorąc pod uwagę, iż dostawaliśmy przydział żywności i dary amerykańskie upiększały naszą garderobę, to kieszonkowe można było wydać na kino czy jakieś zakupy w obozowej spółdzielni.
Po przeniesieniu II Korpusu gen. W. Andersa z Włoch do Anglii zaczęto łączyć rodziny z ojcami, braćmi, synami, a czasami z kuzynami. W roku 1948 byłam uczennicą 3-ciej klasy gimnazjum ogólnokształcącego. Obóz pustoszał powoli w miarę jak transporty rodzin żołnierzy Armii generała Andersa kierowane były do Mombasy i odpływały do Anglii. Inne obozy zamykano i ludność przesiedlano do Tengeru. W obozie pozostali ludzie nie należący do powyższej kategorii. Tengeru więc stało się zlepkiem ludności żyjącej w obawie i niepewności. Niektóre kraje, jak Australia, przyjęły pewien kontyngent ludności, ale dla większości pozostał strach przed powrotem do Polski Ludowej. Nie wyglądało na to, iż my będziemy zaliczeni do wyjazdu do Anglii. Staraliśmy się o wyjazd do Libanu i Afryki Południowej, ale z tego nic nie wyszło. Robił starania późniejszy mój ojczym, aby sprowadzić mamę jako narzeczoną. Ale tu chodziło nie tylko o narzeczoną, ale jej dzieci z pierwszego małżeństwa, no i 78-letnią teściową, dla której Anglicy nie mogli znaleźć odpowiedniej kategorii, pod którą ją wpisać, a wiedzieli, iż ma syna i córkę w Polsce. Widzieli ją jako „liability” (ciężar finansowy). Dopiero po jej wyjeździe do Polski osądzili nas jako odpowiednią siłę roboczą. Dostaliśmy się na listę „Westward Ho”. Oznaczało to, iż po przyjeździe do Anglii zostaniemy odesłani do służby u bogatej rodziny angielskiej. Mama jako gospodyni, a ja jako służąca.
I nadszedł więc ten oczekiwany dzień wyjazdu do Anglii. W październiku 1948 roku odstawiono nas do Mombasy, do obozu przejściowego, na 6 tygodni w oczekiwaniu na statek.
I znowu przyszło zasunąć kurtynę. Po nie wiem po raz który skończył się jeszcze jeden etap mego życia. Czas spędzony w Tengeru był dla mnie najpiękniejszym okresem mego młodocianego życia. Wojna szalała daleko, a ja bezpiecznie i spokojnie przeżywałam piękno młodocianego wieku. Nie trzeba się było martwić o zabezpieczenie bytu codziennego, nie trzeba było konkurować z wybrykami zamożniejszej części społeczeństwa. Każdy z nas dzieci był doceniany, a my zamiast obracać dumę w pychę, cieszyliśmy się z różnorodności regionalnych wniesionych w nasze życie przez społeczność sięgającą od Zaleszczyk aż po Suwałki. Było to bogactwo kulturowe, o jakim by się nam nie śniło, pozostając w Polsce. Nigdy w życiu bym nie widziała państw egzotycznych z przyrodą i fauną tryskającą życiem. Nigdy bym nie poznała Masajów czy Kikuju i ich zwyczajów i obyczajów. Nigdy bym nie miała okazji odczuć na własnej skórze, iż ludzie są warci szacunku choćby w dzikiej Afryce. Z latami dialekty regionalne poszczególnych grup się zatarły i większość z nas mówiła i pisała piękną oficjalną polszczyzną. Tu przeżyłam moją pierwszą miłość i tu się rozstaliśmy: ja jadąc do Anglii, a on do Polski. Tu ze łzami w oczach i strasznym bólem serca żegnałam moją ukochaną Babcię, nie wiedząc, czy ją kiedyś zobaczę. Tu żegnałam koleżanki, z którymi mnie tyle łączyło.
Tu pozostawiłam beztroską młodość odzyskaną cudownie po przeżyciach w ZSSR. Tengeru będę pamiętać do śmierci, te przepiękne osiem lat mego życia.
***
Empire Ken był statkiem wojskowym powracającym do suchego doku w Southampton na gruntowny remont. Nie było tam kabin, tylko hamaki rozwieszone w dużej hali. W Mombasie załadowano nas na statek i przez 3 tygodnie płynęliśmy wzdłuż Afryki, przez Morze Czerwone, Kanał Sueski, Morze Śródziemne do Cieśniny Gibraltarskiej. Zatoka Biskajska powitała nas burzą i nagle okręt był zdany na fale wysokości 3-piętrowego domu. Ktoś stwierdził, iż śruba okrętowa wypadła z łożyska. Ale dzięki Bogu dobiliśmy do Southampton 4 grudnia 1948 roku, na moje imieniny. Po odbyciu komory celnej odkomenderowano nas do obozu przejściowego Daglingworth, koło Cirencester w hrabstwie Gloucester.
Zima była w pełni, a my, prosto z upałów afrykańskich, nie mogliśmy się rozgrzać. Przydzielono nam płaszcze, buty i pończochy. Wkładaliśmy na siebie, co się dało, ale bezskutecznie. W barakach – beczki śmiechu – był wprawdzie żelazny piec, ale przydział węgla nie wystarczał na ogrzewanie całodzienne. Nikt się nie spieszył, aby załatwić naszą pracę, bo był to okres przedświąteczny.
W międzyczasie odnalazłam rodzinę mojej przyjaciółki Frani Leduchowicz. Frania dostała się do polskiej szkoły internatowej w Grendon Hall, koło Aylesbury. I niespodziewanie zjawił się mamy „narzeczony” i na drugi dzień odjechaliśmy do Devonu na farmę. Zgłosił on zapotrzebowanie na gospodynię i Ministerstwo Pracy zgodziło się na jego żądanie. Powojenna Anglia polegała na gospodarstwach swego kraju, jeżeli chodziło o żywność. Zapotrzebowanie na pracowników na farmie miało pierwszeństwo.
Farma Norton-Barton koło Lifton w Devonie była ślicznie położona, koło lasku, nad strumykiem, otoczona bukami. Zabudowania sięgały XI wieku i służyły jako przystań dla księcia Norton, gdy się zatrzymywał w tej okolicy. Farma była typowo angielska, z pastwiskami dla bydła, ogrodzona wałami z kamienia lub krzaków. Była tak malownicza, iż choćby Mickiewicz miałby o czym pisać wiersze.
Niestety rzeczywistość była raczej ponura. Nie było tam ani elektryczności, gazu czy kanalizacji. Duży komin w kuchni i małe w pokojach na parterze ogrzewały kamienne ściany i takie same podłogi. Było sporo sypialni na piętrze, ale zimno nas przerażało. Kładłyśmy się z siostrą w swetrach i skarpetach, tuląc się do siebie.
Nie raz przypomniała mi się stajenka w Pietropawłowce. Tam byliśmy zniewoleni. A tu? Robota była ciężka. Zwłaszcza iż ani ja, ani mama nie miałyśmy żadnego przygotowania. Było tam 27 krów, które trzeba było dwa razy dziennie wydoić. Wprawdzie maszyna do dojenia była, ale często się motor zacinał i trzeba było doić manualnie. (Przez lata miałam wyrobione mięśnie pomiędzy kciukiem i palcem wskazującym, ku uciesze moich późniejszych koleżanek. Ich ręce były wypielęgnowane – moje jak parobka.) Po krowy chodziłam na pastwisko o 5 rano. To była moja robota. W lecie było widno, ale w zimie brał strach.
Jedynym kontaktem ze światem był listonosz na rowerze, który przywoził listy i „Dziennik Polski”. Zbliżały się Święta Bożego Narodzenia, tak oczekiwane i wymarzone w Afryce. Śniegu nie było, Święty Mikołaj zgubił nasz adres, a i Gwiazdy Betlejemskiej nie mogłam znaleźć na zachmurzonym angielskim niebie.
Zorientowałam się też, iż mając 16 lat, moja przyszłość to praca na farmie. W angielskim systemie edukacyjnym w tym czasie przymusowy wiek uczęszczania do szkoły kończył się z wiekiem lat 14. Po kryjomu zrobiłam kopie wszystkich moich świadectw i wraz z podaniem wysłałam do polskiej internatowej szkoły w Grendon Hall, nie mając pojęcia, czy przyjęcie mnie jest możliwe.
Nowy rok powitał mnie miłymi niespodziankami. Dostałam nagrodę pocieszenia za konkurs świąteczny w „Dzienniku Polskim” – całe 10 szylingów, pierwsze własne pieniądze angielskie. Dostałam też list od dyrektorki gimnazjum w Grendon Hall. Powiadomiła mnie, iż miejsc w jej szkole już nie ma, ale wysłała wszystkie moje dokumenty wraz z podaniem do nowo otworzonej szkoły internatowej w Stowell Park w hrabstwie Gloucester. Podziwiała moją inicjatywę, iż samorzutnie staram się o przyjęcie, i zapewniła, iż to zostanie docenione.
I rzeczywiście. Dostałam wezwanie stawienia się w szkole 19 lutego 1949 roku. Ciężko mi było opuszczać mamusię i 10-letnią siostrę. Mamusia była zaskoczona moim pociągnięciem, ale uszczęśliwiona, iż moja edukacja nie skończy się na dojeniu krów i rozrzucaniu nawozu po polach.
Podróż z Ashwater w Devonie do Cheltenham w Gloucestershire trwała 8 godzin. Trzeba było się przesiadać w Exeter i Bristol i czekać na stacjach na połączenia. Jechałam sama. Znajomość języka znikoma nie stała na przeszkodzie. Uprzejmi Anglicy i kolejarze na stacjach ułatwiali mi jazdę.
Na stacji Cheltenham z rozpromienionymi policzkami wsiadłam do autobusu. Kierunek Cirencester przez Northleach na Fossebridge, który się zatrzymywał przed szkolną bramą. Poczułam się bezpieczna i szczęśliwa. A jak ks. Jan Przybysz usiadł koło mnie, myślałam, iż mnie wzięto do nieba z kopytami. Rozmawialiśmy całą drogę i od tego czasu ksiądz stał się dla mnie nie tylko podporą duchową, ale powiernikiem kłopotów rodzinnych.
Siedząc przy księdzu w tym autobusie, prysnęły niepewności, smutki i żale za rodziną w Devonie. Czułam, iż podjęcie decyzji wyjazdu do polskiej szkoły miało pełną rację bytu. To była kontynuacja edukacji zaczętej w Tengeru i ja miałam obowiązek kształcić się dalej. Przecież tyle energii i miłości włożyli w to moi afrykańscy wychowawcy.
W tym samym dniu przyjechała Hanka Plucińska, koleżanka z ławy szkolnej z Tengeru. Zajęto się nami i oddano pod opiekę p. Janeczki. W baraku odnalazłyśmy Tereskę Jaworską, Helę Niwczyk i Marysię Przesmycką. Były tam też dziewczęta z Indii, Libanu i innych obozów afrykańskich.
Barak był ponury, z żelaznymi wojskowymi łóżkami i trumiennymi szafami. W środku stał okrągły żelazny piec na koks, który, chociaż rozpalony do czerwoności, nie ogrzewał sali pomieszczającej 30 dziewcząt.
Chociaż narzekałyśmy bez końca na jedzenie, ogrzewanie, angielską pogodę, to wszystko nie było tak istotne jak fakt, iż byłyśmy w polskiej szkole. Początek był trudny. Trzymałyśmy się obozowymi grupkami, ale gwałtownie wciągnęłyśmy się do ogólnego trybu życia. Inaczej przedstawiały się sprawy w klasie.
Byłyśmy na różnych poziomach, przyzwyczajone do różnych systemów nauczania. To musiało stwarzać naszym wychowawcom niesamowite problemy.
Dla mnie 4 lata spędzone w Stowell Park przedstawiały przede wszystkim dążenie do osiągnięcia uznania w angielskim systemie edukacyjnym i otrzymania polskiej matury. Uczyłyśmy się jednocześnie tego samego po polsku, zapisując lewą stronę zeszytu, i po angielsku, prawą.
Wiele z nas uczyło się tekstu na pamięć po angielsku, często nie znając poszczególnych wyrazów, ale rozumiejąc całokształt. Ten sposób uczenia się przynosił dobre rezultaty w pewnych przedmiotach, ale jeżeli chodziło o przedmioty ścisłe, to trzeba było logicznie wyciągać wnioski czy to z ćwiczeń, czy z eksperymentów fizycznych.
Uczyłyśmy się na pamięć, chcąc osiągnąć to minimum potrzebne do przyjęcia na wyższe studia. Nie było mowy o opuszczeniu Stowell Park bez „interview” na uczelni, bez pisania podań o stypendia.
W roku 1951 reforma edukacyjna wprowadziła nowy system egzaminacyjny „O-level”. Niezdany przedmiot można było powtórzyć i zaliczyć do roku poprzedniego. Było to błogosławieństwem, jeżeli chodziło o język angielski. Zdawałyśmy go po parę razy, w końcu uzyskując potrzebną notę.
Po roku zdawałyśmy „A-level”. Szkoły angielskie przerabiały ten egzamin w 2 lata. Myśmy czasu nie miały, zwłaszcza iż wiele z nas zaczynało 3 dekadę naszego życia. Ciężar, jaki nakładano na nas, był olbrzymi. A myśmy się na to godziły, bo dawano nam okazję, a tej zmarnować nie wolno było. Myśmy należały do uprzywilejowanych.
Szansa ta była rezultatem aktu parlamentarnego „Polish Resettlement Act of 1947”. I większość z nas nie zawiodła siebie, szkoły ani Komitetu Oświaty dla Polaków w Wielkiej Brytanii. Osiągałyśmy najlepsze wyniki w całej Anglii, tylko nie z angielskiego. Opuściłam szkołę w lipcu 1953 i powróciłam na sześć miesięcy, aby powtórzyć pewne egzaminy. Ale nie tylko chlebem się żyje. Bo kiedy nastąpił przesyt wkuwania, to przenosiłyśmy się w krainę marzeń.
Zdejmowałyśmy firanki, wyciągałyśmy zabronione ciuchy i odstawiałyśmy egzotyczne i urocze postacie z filmów amerykańskich lub krainy baśni. Były też artystyczne występy obejmujące całą szkołę. Przyjeżdżały do nas teatry. Był Budzyński, Borucki, Wład Majewska. Później cała szkoła śpiewała „I mieć wciąż dwadzieścia lat”. Były akademie Majowe i Listopadowe. Ja brałam udział w „Ślubach panieńskich”. Grałam Gucia nie tylko w naszej szkole, ale we wszystkich internatowych i choćby w Londynie w „Ognisku”.
To było piękne, ale krótkie. Bo były to dla mnie ciężkie lata.
Rozgrywki pomiędzy moim ojczymem i Komitetem Oświaty odbijały się na mnie i nauce. Stracony robotnik na farmie nie dawał memu ojczymowi spokoju. Żeby to przynajmniej chłopak. A to ja, dziewczyna, chciałam czegoś więcej.
Sposób rządzenia farmą przez osobę, która całe swoje życie była zawodowym wojskowym, pozostawiał wiele do życzenia. Przed wojną dostarczał ze swego majątku konie kawalerii i kiszoną kapustę wojsku. Stać go było na to, by całą oficerską pensję oddawać każdego miesiąca na sierociniec w Wilnie. Nie uznawał sprzeciwu, bo rozkaz był rozkazem.
Zaorał pastwiska ku rozpaczy tubylców. Posadził kapustę i buraki cukrowe. Wszystko zgniło. Niepowodzenia odbijały się na współżyciu małżeńskim. Mamusia chciała wracać do Polski, ale był mały braciszek. Wystarałam się mamie o robotę w Stowell Park, ale przysięga oficerska poprawy dla romantyczki mamy miała dość duże znaczenie.
Sprawy się trochę poprawiły po sprzedaży farmy i przeniesieniu się do Londynu w 1951 roku. Na każde ferie przyjeżdżałam do Londynu i każde ferie pracowałam. Mogłam się dogadać po angielsku i zawsze miałam przygotowaną historyjkę, dlaczego w danej firmie chcę pracować. Pod koniec wakacji wymawiałam pracę bez uzasadnienia.
Jedną z takich prac była makabryczna. Fabryka znajdowała się naprzeciwko więzienia Holloway Prison dla kobiet. Dzielnica, pożal się Boże, ale dobrze płacili. Od 8-mej rano siedziałam na wysokim stołku i wkładałam słone herbatniki do małej torebki razem z trójkątnym serem. Szło to do pubów.
Pierwszego dnia zastanawiały mnie te wysokie stołki. Pod koniec roboty byłam wdzięczna, iż były wysokie. Bo od czasu do czasu szczury urządzały sobie wyścigi. Dzisiaj to by było niedopuszczalne, ale w 1951 roku Anglia jeszcze nie powróciła do przedwojennego standardu.
Podczas gdy cała Europa, włączając Niemcy, cieszyła się wolnym rynkiem, Anglia dalej miała kartki żywnościowe i ubraniowe. Ja jako mężatka w 1954 roku kupowałam mięso na kartki.
Przyjechałam do Londynu na stałe z początkiem 1953 roku. Zamieszkałam z matką i młodszą siostrą w domu mojego ojczyma. Pozostało mi parę miesięcy do stawienia się na Uniwersytecie w Manchester na wydziale medycyny. Musiałam zarobić na swoje utrzymanie, więc podjęłam pracę w szwalni jako wykańczarka. To była praca, która dawała najlepsze zarobki w mojej sytuacji.
W międzyczasie poznałam mego przyszłego męża. Chciałam studiować i wyjść za mąż. Ponieważ Komitet Oświaty dla Polaków w Wielkiej Brytanii uważał, iż jako mężatka byłam finansową odpowiedzialnością męża, nie był przygotowany opłacać moich studiów. (Dziwne, bo w rok później, kiedy było wiadomo, iż Komitet Oświaty dla Polaków w W. Brytanii zostanie rozwiązany i Brytyjczycy przejmą zaczęte stypendia, namawiano wszystkich na wyższe studia).
Miałam do wyboru studiować albo zamążpójście. Doszłam do wniosku, iż „mezologia” bardzo mi odpowiada, zwłaszcza iż trzecia alternatywa we współżyciu katolickim nie wchodziła w rachubę.
Zrezygnowałam z medycyny i poszłam na jednoroczny kurs sekretarski na Regent St. Polytechnic w Londynie, na co dostałam pełne stypendium. Kurs był bardzo wyczerpujący, bo poza stenografią i pisaniem na maszynie studiowałyśmy rachunkowość, język angielski i prawo komercyjne. W tym ostatnim zawsze byłam celująca, córka swego Ojca.
Mój mąż (aresztowany we wrześniu 1939 roku, starając dostać się do Wilna po wakacjach u ojca w Warszawie, został aresztowany i oskarżony o szpiega angielsko-amerykańskiego i siedział w Oszmianie, a później w Homlu i w końcu został wysłany do Moskwy. Miał wtedy 16 lat. Tu dostał zaoczny wyrok 8 lat ciężkiej pracy i został wysłany Trassyberyjską koleją aż do Władywostoku. Z pociągu nie wysiadł, bo NKWD dostało rozkaz odesłania go i dołączenia go do wywózki z 10 lutego 1940 do Archangielska. Tam przesiedział do amnestii. Po przyjeździe do Buzułuku i osądzeniu sytuacji, z pięcioma kolegami jeździli po całej Rosji, namawiając mężczyzn do tworzącej się Armii Polskiej. Dobił do wojska w Guzarach dopiero wiosną 1941.)
Po Wyższej Szkole Handlu Zagranicznego w Londynie był zatrudniony przez Thomas Cook & Son w dziedzinie obsługi specjalnych klientów przybywających okrętami do Anglii. Znając wtedy płynnie języki rosyjski i włoski oraz rudementarny niemiecki, był cenionym pracownikiem.
Ja zaś pracowałam dla Century Press Ltd na Oxford St. w Londynie przez 6 miesięcy, a później w FMC Corporation, Hyde Park Corner, Knightsbridge, jako „Assistant to the Accountant” przez 5 lat. Praca była interesująca, w otoczeniu ludzi wykształconych, którzy potrafili docenić inteligentnego obcokrajowca.
Miesiąc miodowy spędziliśmy na motocyklu rok później, pod namiotem mojej roboty, podróżując przez Beneluks, Francję i Szwajcarię. Nie mieliśmy żadnych problemów, bo mój mąż był już obywatelem brytyjskim, jak wychodziłam za niego za mąż. Ja zostałam zarejestrowana jako żona obywatela brytyjskiego.
Mieszkaliśmy w północnym Londynie, dzieląc 2 pokoje z kuchnią z naszym drużbą. Moja pensja wystarczała tylko na pokrycie kosztów mieszkania. Z pensji męża po opłaceniu wszystkich wydatków nie można było odłożyć wystarczająco na dość wysoką pierwszą ratę żądaną przez biuro hipoteczne na kupno domu. Anglicy zaś nie chcieli lokatorów z dziećmi. Planowaliśmy ich mieć siedmioro!
Mieliśmy problem, ale nie na długo. Zaczęliśmy dorabiać na sztucznej biżuterii. Na początku nizaliśmy koraliki, później malowaliśmy kolczyki, w końcu osadzaliśmy kryształki w naszyjnikach. Ta ostatnia robota była najlepiej płatna.
Pracowaliśmy 7 dni w tygodniu na okrągło. choćby wypad w niedzielę do Windsor nad rzekę Tamizę nie odbył się bez koralików. Opalaliśmy plecy przy pracy.
Po dwóch latach mozolnej pracy złożyliśmy podanie o pożyczkę hipoteczną. Okazało się, iż moje zarobki nie będą brane pod uwagę. Aby dostać pożyczkę, zarobki roczne mojego męża musiały przekraczać 1/3 kosztu domu. Wzięliśmy wspólnika, licząc, iż to nam pomoże, ale niegłupi Anglicy domyślili się, iż to tylko fikcyjne. Zażądali 25% kosztów domu jako pierwszą ratę.
Brakło nam £200. Koleżanka mojej matki z czasów afrykańskich, która była świadkiem naszego dylematu, pożyczyła nam te pieniądze bez żadnej asekuracji. Taka była solidarność ludzi, którzy wspólnie przeszli niesamowite koleje życia w ZSSR.
Dom był piętrowy, jednorodzinny, z 3 sypialniami, jadalnią, salonikiem, kuchnią i łazienką. Chociaż nienadający się na wynajem, zdecydowaliśmy zatrzymać dla siebie jeden pokój, a resztę wynajęliśmy żonatym kolegom mojego męża. Inaczej nie dalibyśmy rady spłacać hipoteki, podatki lokalne, no i prywatne pożyczki.
Gołe deski w naszym pokoju wyłożone były gazetami, materac leżał na podłodze, a skrzynki po pomarańczach zastępowały meble. Tak przeżyliśmy rok.
Wstawaliśmy o siódmej rano i opuszczaliśmy dom o ósmej. Mąż do pracy na lotnisko, a ja do firmy biżuteryjnej, aby zdać robotę z poprzedniego wieczoru i pobrać następną. Do biura przyjeżdżałam o 9.30. Pracowałam do 17.30. Po powrocie do domu, o 18.30, szybka kolacja i do roboty.
Słuchaliśmy radia, które było naszym kontaktem z życiem angielskim. To była szkoła języka angielskiego. Różne audycje kształciły nas w zwyczajach i obyczajach ogólnokrajowych, jak także i regionalnych.
Tak przeżyliśmy 3 lata i stanęliśmy na nogi. Już mieliśmy dla siebie dwa pokoje z kuchnią umeblowane i czekaliśmy z niecierpliwością na urodziny naszego pierwszego syna. W tym czasie nasi przyjaciele spodziewali się dziecka. Bohdan, inżynier, pracował dla Woodrow Engineering, jego żona Ala po studiach medycznych musiała odpracować rok na stażu w szpitalu, aby móc podjąć pracę jako lekarz pierwszego kontaktu. Bez wahania, na sugestię mego męża, zajęłam się ich synem przez 6 miesięcy, 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu. Mój syn był o 7 tygodni młodszy. Byli prawie jak bliźniacy. Roboty było dosyć dużo, ale jak mój kochany mąż twierdził, trzeba podać dalej to dobro, którego myśmy doznali od innych. Dzieliliśmy nocne wstawania i karmienia. Praliśmy pieluszki razem i razem płakaliśmy, gdy chłopcy mieli reakcje po zastrzykach immunizacyjnych.
W dwa lata później urodziła się nam córeczka. Życie układało się dobrze. Nasi lokatorzy kupili sobie dom i się wyprowadzili.
Nareszcie byliśmy sami. Ale brak czynszu dawał się nam we znaki. Trzeba było dobrze kombinować, aby na wszystko starczyło. Wakacje w Europie spędzaliśmy pod namiotem i po obliczeniu kosztów przejazdu wychodziło to taniej niż siedzenie w domu.
Po podchowaniu naszych dzieci, a miałam ich tylko troje (najstarszy lat 9, a najmłodszy lat 4), i na sugestię mojego męża poszłam na pełnoetatowe studia. Mój mąż okazał się wspaniałą matką naszych dzieci, a ja zamykałam się w łazience, aby studiować w spokoju. Na jednym z zebrań towarzyskich mój najmłodszy syn poinformował naszych przyjaciół, iż mamusia jest bardzo brudna.
Zapytany: „Dlaczego?” – odpowiedział: „Bo cały czas siedzi w łazience”.
Po 3 latach studiów z wyróżnieniem pozostałam na rok czwarty. Tak więc otrzymałam nie tylko Certificate in Education, ale także Bachelor of Education z pedagogiki i przedmiotów ścisłych. Namawiano mnie, abym uczyła w szkole średniej, ale z moim idealnym poglądem na świat uważałam, iż będę budowała silne podstawy u dzieci wieku młodszego.
Jestem prawie pewna, iż moi wychowawcy ze szkoły powszechnej z Tengeru mieli wiele do czynienia z podjętą przeze mnie decyzją. Po trzech latach nauczania Local Education Authority of Ealing zaproponowało mi pełnoetatowy kurs prowadzący do Dip. SMEMS (Diploma in Teaching Science and Mathematics in the Middle Years of Schooling), na pełnej gaży. Zostałam więc specjalistką od tych przedmiotów w Middle School. Uczyłam do 61 roku życia. Pięć lat w szkole państwowej, a 16 lat w szkole katolickiej.
Byłam traktowana na równi z nauczycielami tego kraju. Uczyłam, jak trzeba było, nie tylko matematyki i przedmiotów ścisłych, ale także religii. Dyrektorka szkoły uważała, iż Papież i ja pochodzimy z Polski, więc to mnie uprawnia do nauczania religii bez kwalifikacji w tym kierunku wymaganych od tubylców.
Piękno artystycznej kultury polskiej i nabyte, i docenione przeze mnie piękno artystyczne kultur krajów, przez które podróżowałam czy mieszkałam, miało swój głęboki wyraz w nauczaniu Art & Craft. Hanwell, dzielnica, w której uczyłam, obchodził rokrocznie Festival/Carnival ku uczczeniu Mid-summer’s Day. Różne organizacje i szkoły lokalne brały w nim udział. Pochód składał się z siedemdziesięciu paru różnie wystrojonych pojazdów – od aut do 50-stopowych wehikułów do przewożenia ciężkiego sprzętu.
Moja szkoła brała też udział pod moją dyrekcją i pomysłem. Wygrałyśmy pierwszą nagrodę przez pięć lat z rzędu w dziale szkół, a w ostatnim roku dwie nagrody: szkolną i ogólną.
Uwielbiałam uczyć!!!
Dla każdego człowieka kraj, w którym się urodził, jest albo powinien być najlepszym i najpiękniejszym. I tak powinno być. Ale w procesie poznania własnego kraju i umiłowania jego powinno zawsze być miejsce na zrozumienie innych krajów, bo takie same uczucia miłości i patriotyzmu są ich kanonem. o ile będziemy w ten sposób podchodzić do życia, to będziemy widzieć piękno całego świata i nie będziemy osądzać pochopnie odmiennego stylu życia, innych obyczajów i zwyczajów. Będziemy doceniać przepiękno różnic kulturalnych.
Wtedy też będziemy w stanie wyrobić w sobie kryteria, według których będziemy oceniać nie tylko innych i ich dorobek kulturalny, ale siebie przede wszystkim. Wtedy też będziemy mogli w inteligentny sposób odrzucić kulturalne nawyki swoje i innych. Bo największym skarbem, jakim obdarzył nas Bóg, jest miłość bliźniego swego, poszanowanie człowieka, jego kultury, bez względu na jego religię, kolor skóry czy przynależność narodowościową.
No więc, kim ja byłam przez te 72 lata?
Byłam szczęśliwym polskim dzieckiem – dobrowolnie.
Byłam niewolnikiem systemu stalinowskiego – pozbawiona wszelkich praw człowieka.
Byłam wyzwolona, ale na politycznym wygnaniu, i byłam obcokrajowcem w kraju, który mnie zdradził.
Pozostałam Brytyjką przez rejestrację, bez utraty polskiego obywatelstwa – aby między innymi móc odwiedzać rodzinę w kraju bez obawy o utratę wolności, ale przez cały czas jako polityczny wygnaniec.
W roku 1989 zostałam emigrantką, bo była Wolna Polska, ale bez moich rodzimych stron.
Czy chciałam wracać? Tak, jak najbardziej. Ale gdzie, kiedy i po co?
Teraz cieszę się wnukami z międzynarodowych małżeństw moich dzieci. Mam zięcia Anglika, jedną synową z Chile, drugą z Tajlandii od najstarszego syna. Najmłodszy ożenił się z Hinduską, której ojciec był Parsee (wyznawca Zarahustry z Persji, na wygnaniu w Bombaju od VII wieku).
Cieszę się ich szczęściem, odwiedzam moje międzynarodowe wnuki i wnuczki, jeżdżę po świecie i, patrząc się na przebogactwo różnych kultur, podziwiam je. Miałam okazję dojrzeć psychicznie i moralnie i czuję się człowiekiem kuli ziemskiej, z lojalnością do Wielkiej Brytanii, bo tu spędziłam 57 lat, tu mnie wyedukowano i pozwolono być Polką w życiu osobistym.
Tu przeżyłam 37 lat pięknego małżeństwa, z mężczyzną, z którym dzieliłam te same poglądy i przeżycia. Ale mimo wszystko moje korzenie na zawsze pozostaną w Polsce.
P.S.
Mój mąż zmarł w lipcu 1989 roku i nie doczekał się Wolnej Polski. Ale odwiedziliśmy Polskę Ludową po raz pierwszy w 1961 roku i szlochaliśmy obydwoje, przekraczając granicę. Ale to był powrót do rodziny, a nie rodzimych zakątków: Wilna i Kamieńca Litewskiego oraz Lwowa i Buska.
Późniejsze wypady były mniej uczuciowe – mówiliśmy tym samym językiem, ale kryły się w nim inne koncepcje. Nasza miłość do ojczyzny wydawała się być jakaś inna, bardziej idealistyczna. Taką w nas wpajali nasi wychowawcy.
Rodzime strony odwiedziłam po 62 latach. To było przeżycie!!!
P.P.S.
W 1998 roku w Warszawie, podczas pobytu w Archiwum Wojskowym, ofiarowano mi książkę „Śladem Zbrodni Katyńskiej”, gdzie na stronie 427 pod pozycją 72/3359 figuruje Epler Adam Franciszek, aresztowany 10.04.1940 roku i więziony w Brygidkach. Z innych dokumentów wynika, iż był przeznaczony do etapu zbrodni katyńskiej.
Ze sprawozdania dla dowódcy I spec-oddziału NKWD majora b.p. Basztokowa z dnia 25.11.1940 roku, sporządzonego przez porucznika Cwejtichin, wynika, iż Adam Epler został rozstrzelany, a ciało jego spoczęło w Bykowni, odległej 22 km od Kijowa.
Autorka tekstu: Barbara M. Epler Matuchniak
London, England. 72 lata w chwili pisania powyższego tekstu.











