Ukraina nauczyła świat jednej brutalnej prawdy o współczesnym polu walki. Drony wygrały wyścig ekonomiczny z obroną przeciwlotniczą. Rosja masowo wysyła na przeciwnika "latające puszki" z rodowodem w irańskiej myśli technicznej, warte maksymalnie kilka tysięcy dolarów sztuka. Akurat Ukraińcy w pierwszej fazie wojny dronowej nie mieli wyjścia i musieli bronić się, wystrzeliwując rakiety warte dziesiątki, a niekiedy setki razy więcej niż strącany nimi dron. Efekt był taki, iż obrońcy wyczerpywali zapasy i budżety, a atakujący produkowali kolejne serie tanich maszyn.
Nie inaczej wygląda sytuacja na Bliskim Wschodzie, gdzie Izrael musiał użyć myśliwców F-35 i rakiet Patriot do zestrzeliwania dronów wartych ułamek procenta kosztów obrony. Każde takie przechwycenie było militarnym sukcesem i ekonomiczną klęską jednocześnie. Dlatego zarówno Ukraińcy, Izraelczycy, jak i każda potrafiąca uczyć się na cudzych doświadczeniach armia świata gwałtownie starają się reagować na nowe wyzwania. Budują nowoczesną i ekonomicznie spinającą się obronę przeciwdronową.
To nie są tajne analizy wywiadowcze dostępne wyłącznie w kwaterach głównych NATO. To rzeczywistość, którą każdy zainteresowany wojskowością może przeczytać w otwartych źródłach. Doktryną odpowiedzi na tanie drony stają się dziś lasery, działka szybkostrzelne, zagłuszanie elektroniczne i przede wszystkim tańsze "drony myśliwskie". Słowem, asymetria musi działać w drugą stronę, bo inaczej agresor po prostu doprowadzi swą ofiarę (i jej sojuszników) do bankructwa.
Na tym tle słowa najważniejsze polskiego generała o gotowości strzelania drogimi rakietami do tanich dronów naprawdę są – delikatnie mówiąc – niepokojące.
Nie dlatego, iż świadczą o złej woli. Pewnie nie. Ale świadczą o tym, iż retoryka troski o obywatela zastępuje chłodną kalkulację, bez której nowoczesnej obrony się nie zbuduje. Od Szefa Sztabu Generalnego oczekujemy jednak więcej.
Wojna obronna to nie jest projekt humanitarny. To gra zasobów, logistyki i czystej matematyki. Kto straci z oczu liczby, ten przegra, choćby miał najszlachetniejsze intencje.
Sławomir Mentzen w Elblągu, a potem w Pruszczu Gdańskim powiedział to wszystko językiem wiecu wyborczego – ostro, personalnie, używając niezbyt wybrednego słownictwa.
Można go za to krytykować. Ale nie można powiedzieć, iż się myli co do meritum. Czasem przykra prawda wypowiedziana nieelegancko wciąż pozostaje prawdą. Nawet, gdy wymaga to zgody z politykiem, którego ogół poglądów jest człowiekowi naprawdę daleki.
I właśnie ta prawda zasługuje na poważną debatę. Debatujmy nie o tym, czy Mentzen był grzeczny wobec generała, ale o tym, czy polska armia naprawdę ma już doktrynę obrony przeciwdronowej, która wytrzymuje zderzenie z rzeczywistością. Odpowiedź na to pytanie jest pilniejsza niż jakikolwiek spór o dobre maniery w polityce.













