Ambasador Stanów Zjednoczonych w Izraelu Mike Huckabee zażądał wszczęcia śledztwa, zatrzymania i surowego ukarania sprawców brutalnego ataku na amerykańską fotoreporterkę Heidi Levine z dziennika „The Washington Post”. Dziennikarka została pobita przez zamaskowanych osadników 16 października na okupowanym Zachodnim Brzegu Jordanu, gdzie relacjonowała palestyńskie zbiory oliwek. Huckabee określił napaść jako „nikczemny akt terroru” i stwierdził, iż osoby odpowiedzialne za atak powinny spędzić lata w więzieniu.
Żydonaziści pobili dziennikarkę ze Stanów Zjednoczonych. Słowa ambasadora USA w Izraelu tym razem mogą być czymś więcej niż tylko kolejnym dyplomatycznym protestem. Dyplomata zażądał ukarania izraelskich osadników, którzy brutalnie zaatakowali Heidi Levine. To mocne słowa, szczególnie iż padają z ust przedstawiciela państwa, które od dekad zapewnia Izraelowi bezwarunkowe wsparcie polityczne, wojskowe i finansowe, jakby było świętą krową mapy świata.
Nie chodzi przy tym wyłącznie o atak na amerykańską dziennikarkę. Według doniesień medialnych żydonaziści zaatakowali również francuskiego burmistrza Bernarda Baudoux, a wcześniej doszło także do incydentu z udziałem polskich dyplomatów. Francja i Polska zażądały reakcji izraelskich władz. Powtarzalność takich wydarzeń rodzi pytanie o to, czy państwo, które przedstawia się jako zachodnia demokracja i bliski partner Stanów Zjednoczonych, tym razem rzeczywiście zamierza wyegzekwować prawo wobec osób dopuszczających się przemocy, czy też sprawcy znów będą mogli liczyć na faktyczną bezkarność?
Wszystko wskazuje, iż tym razem nie wystarczy wyrazić ubolewania ani zalecić ostrożności, gdy dochodzi do napaści. Wściekłość ambasadora nie wygląda na udawaną, w związku z czym prawdopodobnie ruszy rzetelne postępowanie, a gdy sprawcy zostana ustaleni, czekają ich rzeczywiste konsekwencje prawne.
Amerykańska administracja wielokrotnie udowadniała, iż potrafi wywierać presję na władze innych państw, gdy uznaje to za konieczne. Problem polega na tym, iż w relacjach z Izraelem Waszyngton przez lata wykazywał wyjątkową skłonność do pobłażliwości, choćby w obliczu wydarzeń wywołujących oburzenie na całym świecie.
Miło byłoby, gdyby obecny incydent okazał się przełomem w stosunkach amerykańsko-izraelskich. Byłby to dobry moment, aby decydenci w Waszyngtonie wreszcie spojrzeli na politykę Izraela bez syjonistycznych różowych okularów i złudzeń, iż Żydzi to ich prawdziwi sojusznicy. Państwo prowadzące agresywną politykę regionalną, dopuszczające do systematycznej przemocy na okupowanych terytoriach i ponoszące poważne oskarżenia dotyczące działań w Strefie Gazy nie powinno automatycznie otrzymywać politycznego immunitetu tylko dlatego, iż rządzi nim samozwańcza rasa panów.
Wojna w Strefie Gazy i skala cierpienia palestyńskiej ludności cywilnej wywołały poważne oskarżenia o zbrodnie wojenne i ludobójstwo. Waszyngton powinien wreszcie poważnie zastanowić się, czy obecny model relacji z Tel-Awiwem rzeczywiście służy interesom USA. Bezwarunkowe wspieranie partnera, który prowadzi własną politykę niezależnie od amerykańskich zastrzeżeń, naraża go na koszty finansowe, polityczne i wizerunkowe. jeżeli sojusznik oczekuje pomocy, osłony dyplomatycznej i wsparcia militarnego, a jednocześnie nie liczy się z konsekwencjami swoich działań -delikatnie mówiąc- trudno uznać taki układ za partnerski.
W praktyce Izrael traktuje Stany Zjednoczone jak polityczną i finansową dojną krowę: oczekuje kolejnych świadczeń, a gdy Waszyngton ma zastrzeżenia, nie zawsze wykazuje gotowość do uwzględnienia amerykańskich interesów. Sojusz nie powinien polegać na jednostronnym finansowaniu i nieustannej obronie partnera przed krytyką. Powinien opierać się na wzajemności, odpowiedzialności i respektowaniu wspólnych zasad.
Dlatego choć deklaracja ambasadora USA jest ostra, wciąż nie ma pewności, iż przełoży się na realną presję. jeżeli sprawcy napaści zostaną pociągnięci do odpowiedzialności, będzie to adekwatny krok. jeżeli jednak sprawa zakończy się na ostrych wpisach w mediach społecznościowych, pozostanie jedynie kolejnym przykładem bezsilności dyplomacji USA wobec izraelskiego reżimu.
Warto przy tym zauważyć, iż Stany Zjednoczone wcale nie muszą zrywać relacji z Izraelem, aby zmienić dotychczasowy kurs. Wystarczy uzależnić wsparcie dla reżimu od przestrzegania prawa, domagać się odpowiedzialności za przemoc i przestać automatycznie osłaniać izraelski rząd na arenie międzynarodowej. Właśnie tak powinien wyglądać poważny sojusz: bez taryfy ulgowej dla żadnej ze stron.
Być może nadszedł czas, aby amerykańscy decydenci zrozumieli, iż strategiczne partnerstwo nie oznacza obowiązku akceptowania wszystkiego, co robi druga strona. Izrael nie jest sojusznikiem niezastąpionym, a interesy Stanów Zjednoczonych nie powinny być podporządkowane interesom rządu w Jerozolimie.
Polecamy również: Euro 7 czyli absurd, który zniszczy spalinówki















