Skoro budżet UE to suma dwudziestu siedmiu narodowych rachunków, polityka unijna zaczyna wyglądać jak coś, co trzeba wewnętrznie negocjować, nie jak coś, o czym powinniśmy myśleć jak o wspólnych osiągnięciach. Rząd w Warszawie broni polskiej koperty finansowej. Rząd w Hadze broni holenderskiego rabatu tą samą logiką. Nikt nie broni budżetu UE jako całości, bo nikt go tak nie traktuje.
W 2025 roku polski budżet państwa wydał 870,2 miliarda złotych, około 204 miliardy euro. Budżet całej Unii Europejskiej, dwudziestu siedmiu państw i 450 milionów ludzi, wypłacił w tym samym roku 155,2 miliarda euro. Jeden kraj członkowski wydał więcej niż cała wspólnota, do której należy.
Na mieszkańca różnica rośnie. Unia wydaje rocznie 345 euro na osobę. Polska wydaje 5370 euro na osobę. Piętnaście razy więcej. Komisja Europejska negocjuje teraz z państwami członkowskimi budżet na lata 2028–2034. Warto zapytać, czy skala tego budżetu odpowiada temu, czego dziś oczekuje się od Unii. Andrius Kubilius objął w 2024 roku nowo utworzone stanowisko komisarza UE do spraw obrony. Dostał do dyspozycji program EDIP, wart 1,5 miliarda euro. To wszystko.
Realne pieniądze na europejskie zbrojenia popłynęły inną drogą, poza budżetem. Instrument SAFE pożyczył rządom państw członkowskich 150 miliardów euro na wspólne zakupy uzbrojenia. Sama Polska zaciągnęła z tej puli 43,7 miliarda euro długu, więcej niż jakikolwiek inny kraj.
Dług nie jest tym samym co budżet. Pożyczkę trzeba spłacić z odsetkami. Budżet rozlicza się od nowa co roku. Jedno wymaga zgody na zadłużenie, drugie na wydatek. Komisja zauważyła ten problem: w propozycji na lata 2028–2034 obronność dostaje wreszcie stałe miejsce w budżecie, 131 miliardów euro. Unia przez lata deklarowała, iż bezpieczeństwo to priorytet, i finansowała ten priorytet długiem, bo budżet na to nie starczał. Unia ogłosiła priorytet o dekadę wcześniej, niż znalazła na niego pieniądze.
Polityka spójności pokazuje ten sam problem z innej strony. W propozycji na lata 2028–2034 Polska dostaje 123,3 miliarda euro, znów największy beneficjent od wejścia do Unii w 2004 roku. Ta liczba dominuje krajową debatę budżetową w Warszawie od dwudziestu lat, niezależnie od tego, która partia akurat rządzi. Politycy mówią o tym, ile Polska „dostaje z Brukseli”, rzadko o tym, co ta polityka razem osiąga. Holandia, Austria, Szwecja i Dania liczą inaczej, ale ten sam rodzaj rachunku. W Brukseli mówi się o nich wprost: kraje oszczędne. Ich ministrowie finansów pytają, ile płacą netto do budżetu UE, i domagają się mniejszej składki. Niemcy, tradycyjnie największy płatnik netto, dołączyły do tego sprzeciwu przy obecnej propozycji, mimo iż rzadko lądują w jednym obozie z Hagą czy Wiedniem. Obie strony sporu mówią językiem transakcji: co wpłaciłem, co dostałem z powrotem. Francuzi nazywają to juste retour, sprawiedliwy zwrot. Ten język ma konsekwencję.
Skoro budżet UE to suma dwudziestu siedmiu narodowych rachunków, polityka unijna zaczyna wyglądać jak coś, co trzeba wewnętrznie negocjować, nie jak coś, o czym powinniśmy myśleć jak o wspólnych osiągnięciach. Rząd w Warszawie broni polskiej koperty finansowej. Rząd w Hadze broni holenderskiego rabatu tą samą logiką. Nikt nie broni budżetu UE jako całości, bo nikt go tak nie traktuje.
Komisja proponuje wyjście z tej pułapki: nowe „zasoby własne”, realne unijne dochody zamiast kolejnych składek liczonych od dochodu narodowego. Pakiet wart 58,5 miliarda euro rocznie obejmuje dochody z granicznego podatku węglowego CBAM, z systemu handlu emisjami ETS, około 9,6 miliarda euro rocznie, nowy podatek od dużych korporacji oraz opłatę od nieprzetworzonych odpadów elektronicznych, kolejne 15 miliardów euro rocznie. CBAM jest tu najlepszym przykładem. To podatek nakładany na import towarów z państw o luźniejszej polityce klimatycznej, więc chroni europejski przemysł przed nieuczciwą konkurencją. To również pierwszy prawdziwy unijny podatek: dochód, który nie jest niczyją składką, tylko bezpośrednim wpływem ze wspólnej polityki handlowej. Nikt w Warszawie ani w Hadze nie policzy tych pieniędzy jako „polski wkład” czy „holenderski rabat”, bo to nie są pieniądze żadnego kraju. Są unijne od początku.
Warto też przebić nominalną liczbę, którą Komisja najchętniej powtarza. Budżet na lata 2028–2034 ma wynieść niemal dwa biliony euro, co brzmi jak duży skok. Ale 8,5 procent tej sumy pójdzie na spłatę długu zaciągniętego na fundusz odbudowy po pandemii. Realny wzrost na nowe wydatki to przejście z 1,13 do 1,15 procent unijnego dochodu narodowego brutto, praktycznie bez zmian. Większy i lepiej skonstruowany budżet zmieniłby też coś poza rachunkowością: zdolność Unii do działania na świecie. Za każdym razem, gdy Europa trafia na poważny kryzys, wymyśla nowy instrument finansowy od zera. Kryzys strefy euro dostał EFSM i EFSF. Potem przyszła pandemia. Przywódcy UE wynegocjowali fundusz odbudowy na szczycie, który trwał cztery doby, po miesiącach wcześniejszych sporów. Teraz wojna w Ukrainie i wyścig zbrojeń dostały SAFE, kolejny osobny mechanizm z osobnymi negocjacjami i osobnymi gwarancjami. Sama Komisja przyznaje w uzasadnieniu nowego budżetu, iż Unia wchodzi w erę „permanentnego kryzysu”: zagrożenia geopolityczne, szoki energetyczne, wojna na kontynencie. Stąd propozycje jak Instrument Elastyczności czy stała rezerwa do 100 miliardów euro na wsparcie Ukrainy, pomyślane tak, by nie trzeba było za każdym razem budować nowego mechanizmu od podstaw.
To ma znaczenie strategiczne, wykraczające poza księgowość. Partner, który potrafi gwałtownie i przewidywalnie sfinansować swoją reakcję na kryzys, buduje wiarygodność. Partner, który za każdym razem musi zwoływać dwadzieścia siedem ministerstw finansów i negocjować nowy fundusz, buduje wrażenie słabości, niezależnie od tego, ile ostatecznie wyda. Rosja i Chiny widzą to tak samo jasno jak Stany Zjednoczone. Ta sama logika działa w polityce handlowej. Kiedy Unia negocjowała umowę z krajami Mercosuru, musiała obiecać europejskim rolnikom fundusz rekompensat wart 6,3 miliarda euro, żeby w ogóle domknąć porozumienie po dwudziestu sześciu latach rozmów. Taka obietnica jest wiarygodna tylko wtedy, gdy stoi za nią budżet zdolny ją zrealizować od ręki, nie kolejna pożyczka czekająca na jednomyślną zgodę dwudziestu siedmiu stolic. Im mniej pewny budżet, tym mniej ambitne umowy Unia może w ogóle zaproponować partnerom handlowym.
Obrońcy obecnego rozmiaru budżetu mają argument wart wysłuchania. Unia celowo nie dubluje wydatków, które państwa członkowskie i tak ponoszą: zdrowia, emerytur, policji, edukacji. Zasada pomocniczości mówi, iż Bruksela powinna robić tylko to, co ma sens robić wspólnie, i zostawić resztę stolicom krajowym, bliżej obywateli. Porównanie do budżetu krajowego jest więc nieuczciwe wobec struktury wydatków. To trafna uwaga o strukturze wydatków. Nie mówi nic o tym, czy ich skala wystarcza. Nikt tu nie postuluje, żeby Unia zaczęła płacić emerytury. Chodzi o to, czy budżet odpowiada liście zadań, którą Unia sama sobie wyznaczyła: obronność, konkurencyjność wobec Chin i Stanów Zjednoczonych, zarządzanie migracją, transformacja klimatyczna. Tę listę Bruksela pisze rok po roku. Lista rośnie szybciej niż budżet, który miałby ją sfinansować.
Wróćmy do liczb z początku. Polska wydała w 2025 roku więcej niż cała Unia razem. Piętnaście razy więcej na mieszkańca. Budżet UE powstał jako narzędzie organizacji międzyrządowej, i ta historia tłumaczy dzisiejszą skalę lepiej niż jakikolwiek przypadek czy błąd księgowy. Dziś ta organizacja próbuje robić robotę, do której potrzeba czegoś więcej. Negocjacje budżetu na lata 2028–2034 potrwają do końca roku. Rada UE musi zgodzić się jednomyślnie, Parlament Europejski bezwzględną większością głosów. Poprzedni budżet negocjowano dwa lata. Rozstrzygnie się przy tym konkretnym stole, nie w ogólnej dyskusji o „więcej Europy”, czy Unia dostanie budżet odpowiadający zadaniom, które sama sobie wyznaczyła. I czy te pieniądze będą wreszcie unijne, a nie tylko pożyczone albo wynegocjowane składka po składce.















