Wprowadzony solidarnie przez zielonych komunistów z PiS i PO system kaucyjny, miał być wizytówką nowoczesnej polityki środowiskowej. Przejrzysty, efektywny, wzorowany na niemieckim, a zatem „europejski” — jednym słowem: taki, który działa. Dziś coraz częściej wygląda jednak jak projekt, który działa… ale głównie w teorii. W praktyce pojawia się pytanie znacznie bardziej przyziemne: ekologia ekologią, ale adekwatnie gdzie są pieniądze za butelki, których nie oddano do butelkomatów?
Z systemu kaucyjnego „wyparowało” 900 mln zł. W centrum sprawy znalazła się wielokrotnie już skompromitowana niemieckim lobbingiem Paulina Hennig-Kloska, a konkretnie odpowiedź jej resortu na wniosek o dostęp do informacji publicznej. Pytania były z gatunku podstawowych: ile Polacy wpłacili kaucji, ile im zwrócono, ile zatrzymali operatorzy i ile kosztuje cały system. Odpowiedź? Ministerstwo nie posiada tych danych. Trudno o bardziej minimalistyczne podejście do zarządzania setkami milionów złotych. Można powiedzieć: mniej wiedzy, mniej problemów.
Szacunki wskazują, iż do systemu mogło już trafić około 900 mln zł. To nie jest drobna zguba między kanapą a fotelem — raczej kwota, którą zwykle ktoś jednak próbuje policzyć. W systemie kaucyjnym logika jest prosta: płacisz kaucję, oddajesz opakowanie, dostajesz zwrot. A jeżeli nie oddasz? Cóż, wtedy pieniądze zostają w systemie. A dokładniej — u operatorów.
W Polsce działa siedem takich podmiotów, formalnie non-profit. Czyli teoretycznie nikt na tym nie zarabia. Praktycznie — nikt nie wie, ile środków przepływa przez system i jak są wykorzystywane. Transparentność najwyraźniej została uznana za opcję dodatkową, dostępną może w przyszłych wersjach.
Najbardziej ironiczne jest to, iż dane — według ekspertów — jak najbardziej istnieją. Systemy informatyczne operatorów pozwalają na precyzyjne analizy. Można więc dokładnie sprawdzić, ile pieniędzy wpłynęło, ile wypłynęło i gdzie się zatrzymało. Ale po co się spieszyć? Na razie informacje pozostają „chronione”. Przed kim? Najwyraźniej przed tymi, którzy system finansują. To dość nowatorskie podejście: jawność danych ograniczona w imię… no właśnie, trudno powiedzieć czego, ale na pewno nie przejrzystości.
Według zapowiedzi pełniejsze dane mają być dostępne w przyszłości — mówi się o 2027 roku. Czyli wszystko jest pod kontrolą, tylko jeszcze nikt nie wie jaką. To trochę jak prowadzenie budżetu domowego z założeniem, iż rachunki sprawdzimy za dwa lata. Napięcie rośnie, ale przynajmniej jest element zaskoczenia.
Do sprawy odnosi się m.in. Konfederacja, domagając się dymisji minister oraz pełnej jawności finansów systemu. Wśród postulatów pojawia się obowiązek raportowania przez operatorów i większy nadzór państwa. Z drugiej strony pojawiają się zapewnienia, iż system działa i spełnia swoją funkcję. Co w pewnym sensie jest prawdą — działa na tyle dobrze, iż generuje setki milionów złotych. Kwestia tego, kto i jak nad nimi panuje, pozostaje już mniej oczywista.
NASZ KOMENTARZ: Wszystko wskazuje na to, iż w systemie kaucyjnym wcale nie chodzi o butelki i puszki. Chodzi o zarabianie przez firmy znajomych królika, nową aferę śmieciową, tylko na większą skalę.
Polecamy również: Prezes Zondacrypto uciekł do ojczyzny wszystkich aferałów










