Z frontu na sprzedaż: kulisy „pomocy” Ukrainie

magnapolonia.org 10 часы назад

Na papierze wszystko wyglądało idealnie: europejska solidarność, szybka pomoc dla walczącej armii, sprawnie działające organizacje. Historia jak z podręcznika o współczesnej jedności Zachodu. Tyle iż papier przyjmie wszystko, a rzeczywistość gwałtownie dopisuje własne, znacznie mniej chwalebne przypisy. Wystarczyło zajrzeć trochę głębiej, by okazało się, iż za deklaracjami wsparcia kryje się coś, co z pomocą ma kilka wspólnego, za to dużo z typowym dla turańców biznesem.

Auta z polskiej pomocy dla frontu na Ukrainie, trafiały na sprzedaż. Według ustaleń ukraińskich śledczych, na które powołuje się m.in. Ukrinform, mechanizm był wręcz elegancki w swojej prostocie. Samochody z Unii Europejskiej wjeżdżają na Ukrainę jako pomoc humanitarna — bez zbędnych opłat, bez nadmiernych formalności, bo przecież liczy się czas i wsparcie dla frontu. A potem? Potem zaczyna się już ta mniej oficjalna część „misji humanitarnej”.

Auto trafia na krótką rejestrację, po czym znika z radarów… by cudownie odnaleźć się na rynku prywatnym. Transakcja oczywiście gotówkowa, bo po co komplikować sobie życie przelewami, które zostawiają ślady. Gotówka to taki bohater drugiego planu — zawsze obecna tam, gdzie przejrzystość finansowa mogłaby zepsuć turańską zabawę.

Śledczy mówią o około stu pojazdach w ciągu dwóch lat. Zabezpieczono zaledwie czternaście. Trzeba przyznać, liczba imponująca — jeszcze chwila i może uda się odnaleźć resztę, zanim zdążą „zniknąć” w kolejnych cudownych okolicznościach. Wojna, chaos, przecież wszystko się może zdarzyć. choćby masowe wyparowanie samochodów. prawdopodobnie zniszczyły je złowrogie, rosyjskie drony…

Najbardziej urocze w tej historii jest jednak to, jak dobrze wszystko wpisuje się w ukraiński system korupcyjny. Import humanitarny? Uproszczony. Kontrole? Ograniczone. Formalności? Minimalne. Idealne warunki, żeby nieść pomoc — albo, jeżeli ktoś ma bardziej przedsiębiorcze podejście do życia, całkiem sprawnie na tej pomocy zarobić. W końcu skoro system ufa, to aż żal tego zaufania nie wykorzystać, prawda?

Oczywiście, zaraz pojawi się argument, iż to tylko jednostkowy przypadek. Jakiś incydent, albo wypadek przy pracy. Problem polega na tym, iż tych „incydentów” robi się jakoś dziwnie dużo. I za każdym razem schemat wygląda podejrzanie podobnie: wielkie słowa, szczytne cele, a gdzieś po drodze… gotówka i prywatni nabywcy.

Trudno nie docenić ukraińskiej kreatywności, wykorzystującej polską i zachodnią naiwność. W sytuacji, w której jedni organizują zbiórki, oddają własne pieniądze i wierzą, iż realnie pomagają walczącemu krajowi, inni potrafią tę samą pomoc przekształcić w całkiem przyzwoity model biznesowy. Wojna wojną, ale rachunki za luksusowe życie przecież same się nie zapłacą.

Śledztwo trwa, pojawiają się kolejne zabezpieczenia, padają poważne zarzuty — przemyt, fałszywe dokumenty. Wszystko brzmi bardzo stanowczo i profesjonalnie. Tylko iż gdzieś z tyłu głowy zostaje pytanie, ile takich historii nigdy nie ujrzy światła dziennego a ilu tym odkrytym, łeb zostanie ostatecznie ukręcony, a jeżeli ktoś zostanie skazany, to jakiś słup, nie „wor w zakonie”. Bo jeżeli coś działa przez dwa lata i obejmuje dziesiątki pojazdów, to raczej nie jest to efekt jednorazowego „błędu”, tylko działalność ukraińskiej mafii.

Wojna tworzy idealne okazje i jak widać, niektórzy potrafią z tych okazji korzystać z godną podziwu skutecznością. Pomoc humanitarna? Oczywiście. Najlepiej taką, którą da się gwałtownie spieniężyć. Pozostaje więc pytanie, które z każdą taką historią brzmi coraz mniej retorycznie: czy naprawdę warto było wspierać Ukrainę, skoro — jak widać — dla niektórych ta wojna stała się po prostu kolejnym źródłem dochodu?

Polecamy również: Prezes Zondacrypto uciekł do ojczyzny wszystkich aferałów
Читать всю статью