Wbrew wypowiadanym ostatnio przez niektórych alarmistycznym głosom o rzekomej rosnącej potędze Niemiec, pogłoski o tym, iż nasz zachodni sąsiad mozolnie odtwarza mogące nam zagrozić imperium, należą do tych mocno przesadzonych.
Dowodzą tego fakty, ale również opinie, których miałem okazję wysłuchać podczas rozmów, które przeprowadziłem ostatnio z niemieckimi politykami opozycyjnymi. W pierwszej kolejności straszeni jesteśmy rosnącą militaryzacją gospodarki niemieckiej. Ożywają historyczne demony. Niemcy budują armię, ładują kolejne miliardy euro, a – znając historię najnowszą – musi się to nieuchronnie skończyć źle. Istotnie nie brzmi to najlepiej, ale tylko do momentu, w którym zaczynamy rozumieć, iż potencjał niemiecki nie jest tworzony przez Niemców, a jego ewentualne przyszłe wykorzystanie również nie do końca od Niemców będzie zależało.
Gdy przyjrzymy się strukturze własności Rheinmetall i innych gigantów działającego w republice federalnej przemysłu, gwałtownie zorientujemy się, iż to firmy… nie całkiem niemieckie. Dużą część udziałów w nich kontrolują bowiem międzynarodowe, ogromne fundusze inwestycyjne z siedzibą zwykle w Nowym Jorku, a zatem sieć kapitału atlantyckiego, politycznie wyrażana przez ideologię współczesnego globalizmu. A wykorzystanie gromadzonej broni możliwe będzie wyłącznie za zgodą, akceptacją i w interesie klasy rządzącej za Atlantykiem. Możemy się o tym przekonać, czytając głośny ostatnio manifest korporacji Palantir sygnowany przez jej prezesa, Alexandra Karpa (tego samego, który niedawno odwiedził Kijów, zapowiadając współpracę z armią ukraińską w dziedzinie broni opartej na sztucznej inteligencji). Niemiecka potęga militarna nie będzie zatem w istocie niemiecka – Berlin ma w myśl koncepcji w tej chwili panującej stać się zbrojnym ramieniem prawicowej odmiany globalizmu. Przeszłość Friedricha Merza w międzynarodowych, kontrolowanych przez Anglosasów strukturach finansowych to nie przypadek.
Po drugie, nieustannie wykorzystywany jest stary schemat straszenia nas sojuszem niemiecko-rosyjskim ponad naszymi głowami. Sojusz taki byłby jednak możliwy pod warunkiem realnej podmiotowości każdego z tych państw. Siły suwerenistyczne w Berlinie opowiadają się, owszem, za dialogiem z Moskwą. Ich postulaty ograniczają się wszakże do współpracy energetycznej, ze wszech miar dla nas również korzystnej. Pamiętajmy, iż to Polska jest naturalnym krajem tranzytowym dla rosyjskich surowców zmierzających do niemieckich odbiorców. A to ustawia nas w pozycji, z której każdy kraj kierujący się zdrowym rozsądkiem czerpałby pokaźne korzyści. Nie wspominamy już o tym, iż – czy nam się to podoba, czy nie – wchodzimy w skład jednolitej przestrzeni ekonomicznej, a nasza gospodarka utrzymuje się w dużym stopniu dzięki roli podwykonawcy przemysłu niemieckiego.
Wreszcie, zderzamy się z podobnymi wyzwaniami zewnętrznymi, na przykład w postaci migracji, w tym tej niekontrolowanej. Pamiętajmy, iż destabilizacja najbliższego otoczenia Europy automatycznie powoduje napływ imigrantów, których oba nasze kraje nie są w stanie zaabsorbować, a tym bardziej zasymilować. Do tego dochodzi zagrożenie z kierunku ukraińskiego; w tym przypadku stajemy się nie tylko krajem docelowym, ale też tranzytowym na nowym szlaku przemytu ludzi, broni i substancji zabronionych, wiodącym również do Niemiec.
Mamy zatem wyraźne, wspólne interesy. Interesy te łączyć mogą suwerenistów polskich i niemieckich, rozumiejących, iż jedziemy na tym samym wózku. Że obiektywnym interesem obu naszych państw jest: 1) jak najszybsze zakończenie wojny na Ukrainie; 2) normalizacja stosunków z Rosją i przywrócenie bezpiecznych dostaw surowców energetycznych; 3) zabezpieczenie granic przed napływem imigrantów, w tym szlakiem ukraińskim.
Mamy zatem o czym rozmawiać. Być może w najbliższym czasie dojdzie do istotnych zmian politycznych u naszych zachodnich sąsiadów. Kolejne sondaże wskazują, iż na pozycję lidera liczyć może Alternatywa dla Niemiec (AfD). Najpierw ugrupowanie to zdobyć może władzę w kilku landach wschodnich, a pamiętajmy, iż w niemieckim systemie federalnym jest to już realny wpływ na politykę. Później – kto wie – nie możemy wykluczać, iż to właśnie to ugrupowanie zdobędzie duży wpływ na rząd federalny w Berlinie. Dlatego poszukiwanie z nim nie tylko kontaktów, ale też wspólnych, łączących nas spraw ma sens. W przeciwieństwie do obrażania się na rzeczywistość i tkwienia w stereotypach każących uznawać niemieckich prawicowych suwerenistów za ludzi o poglądach z założenia antypolskich i rewizjonistycznych.
Mateusz Piskorski
Myśl Polska, nr 21-22 (24-31.05.2026)














