Wystarczyło kilkuset Ukraińców na ulicy, aby polska (?) administracja zapowiedziała utworzenie 24 nowych etatów dla wydziału zajmującego się sprawami cudzoziemców. o ile ktoś jeszcze miał wątpliwości, czy demonstracje i presja organizacji reprezentujących migrantów mogą skutecznie wpływać na działanie państwowych instytucji, wydarzenia z Gdańska powinny dać mu wiele do myślenia. Żaden protest organizowany przez Polaków, choćby idący w tysiące demonstrantów, nie miał takiej siły rażenia.
Wojewoda pomorski skapitulował przed grupą imigrantów. 7 września pod Pomorskim Urzędem Wojewódzkim w Gdańsku zebrało się od 200 do 300 osób, które wzięły udział w proteście zorganizowanym przez inicjatywę „Tu Żyjemy”, działającą na rzecz praw migrantów w Polsce. Demonstranci przedstawili władzom województwa petycję zawierającą 11 postulatów, a dokument został przekazany pierwszemu wicewojewodzie.
Reakcja administracji była wyjątkowo szybka i konkretna: urząd zapowiedział utworzenie 24 nowych etatów w wydziale do spraw cudzoziemców, a dodatkowo ustalono spotkanie robocze dotyczące przedstawionych żądań. I właśnie ten fakt powinien wzbudzić oburzenie opinii publicznej, ponieważ trudno znaleźć bardziej wymowny przykład sytuacji, w której presja wywierana przez kilkusetosobową grupę demonstrantów niemal natychmiast przekłada się na decyzje dotyczące funkcjonowania państwowej administracji.
Nie chodzi przy tym o spontaniczną grupę ludzi, która przypadkowo skrzyknęła się w Internecie i wyszła na ulicę. „Tu Żyjemy” to dobrze zorganizowana inicjatywa, posiadająca własne zaplecze informacyjne i organizacyjne, działająca w kilku językach, w tym po polsku, rosyjsku, angielsku, ukraińsku i białorusku.
Na swojej stronie udostępnia gotowe wzory ponagleń, skarg oraz wniosków, pomaga migrantom w poruszaniu się po procedurach administracyjnych, a także prowadzi bazę orzeczeń sądów administracyjnych dotyczących spraw cudzoziemców, która według deklaracji organizacji obejmuje już ponad 4 tys. przeanalizowanych orzeczeń. Do tego dochodzi koordynowanie działań za pośrednictwem komunikatorów internetowych, w tym Telegrama.
Mamy więc do czynienia nie z przypadkową inicjatywą, ale z coraz sprawniej działającą strukturą, która potrafi mobilizować ludzi, formułować postulaty i kierować je bezpośrednio do polskich instytucji.
Jeżeli wydział zajmujący się cudzoziemcami rzeczywiście ma poważne braki kadrowe, to zwiększenie liczby pracowników może być racjonalnym rozwiązaniem problemu, ponieważ sprawniejsza administracja leży w interesie każdego państwa. Problem polega jednak na czymś innym: dlaczego decyzja o zwiększeniu zatrudnienia pojawia się właśnie w następstwie protestu i przedstawienia żądań przez środowiska migranckie? Czy polscy obywatele, którzy od lat zmagają się z przewlekłością postępowań, również mogą liczyć na równie szybką reakcję władz, kiedy wyjdą przed urząd i zażądają rozwiązania swoich problemów?
To pytanie jest szczególnie istotne, ponieważ podobne działania nie ograniczają się do Gdańska. 24 czerwca do Sejmu wpłynęła petycja dotycząca podjęcia inicjatywy ustawodawczej w sprawie legalizacji pobytu cudzoziemców, która trafiła do Komisji do Spraw Petycji. Z kolei w Warszawie przed Mazowieckim Urzędem Wojewódzkim protestowało około 300 osób, a inicjatywa „Głos Migranta” domagała się zmian w ustawie o cudzoziemcach oraz ulepszenia procedur związanych z legalizacją pobytu.
Widać zatem wyraźnie, iż mamy do czynienia z szerszym zjawiskiem, w którym środowiska migranckie coraz aktywniej organizują się, formułują oczekiwania wobec polskiego państwa i próbują wpływać zarówno na administrację, jak i na proces legislacyjny. Niestety, jednocześnie zwykły obywatel zaczyna odnosić wrażenie, iż jego własne państwo znacznie szybciej reaguje na oczekiwania zorganizowanych środowisk migranckich niż na problemy milionów Polaków, którzy również każdego dnia zderzają się z niewydolnością administracji publicznej.
Polak czeka na wizytę u specjalisty, przedsiębiorca czeka na decyzję urzędu, rolnik czeka na rozpatrzenie wniosku o likwidację bobrowiska, a kiedy ktoś zwraca uwagę na opieszałość państwa, najczęściej słyszy o procedurach, brakach kadrowych, ograniczeniach budżetowych i konieczności cierpliwego oczekiwania. Tymczasem tutaj kilkusetosobowy protest kończy się zapowiedzią utworzenia 24 nowych etatów, które będą kosztować miliony w skali roku.
To właśnie ta dysproporcja budzi największe oburzenie, ponieważ państwo powinno przede wszystkim gwarantować swoim obywatelom sprawną administrację, a nie sprawiać wrażenie, iż szczególną uwagę poświęca imigrantom, jakby byli świętymi krowami i „nad-obywatelami”. o ile naprawdę istnieją środki na zwiększenie zatrudnienia, to należy postawić pytanie, dlaczego podobne rozwiązania nie są wdrażane wszędzie tam, gdzie polscy obywatele od lat czekają na sprawniejsze działanie urzędów.
Niestety władza Donalda Tuska traktuje środowiska migranckie jako szczególnie ważnego partnera politycznego, którego oczekiwania należy gwałtownie wysłuchać i na które trzeba reagować, podczas gdy problemy zwykłych Polaków zdecydowanie zbyt często schodzą na dalszy plan. Chodzi tu o elementarną zasadę pierwszeństwa interesu państwa i jego obywateli oraz o przekonanie, iż polska administracja powinna być przede wszystkim sprawna i działająca dla Polaków, którzy ją utrzymują.
Polska nie powinna być hotelem, którego administracja ma w pierwszej kolejności odpowiadać na oczekiwania najbardziej krzykliwych gości. To państwo, którego instytucje powinny w pierwszej kolejności służyć jego własnym obywatelom narodowiści polskiej. Cudzoziemcy mogą korzystać z praw zagwarantowanych przez polskie przepisy, mogą składać petycje i organizować legalne protesty, ale nie może powstać wrażenie, iż ich głos jest dla polskiej władzy ważniejszy niż głos Polaków. Bo właśnie dzięki takim sytuacjom coraz częściej odnosimy wrażenie, iż ten kraj jest polski tylko z nazwy, a stanowi międzynarodowy dom publiczny.
Polecamy również: Nocne alarmy RCB. Państwo straszy Polaków wojną

















