Andrzeja Olechowskiego wspomina Piotr Beniuszys
Podejść do tego lepiej było ostrożnie. Wysoki, pewny siebie, elokwentny kandydat na prezydenta czekał na pytania z sali w trakcie jednego z bardzo wczesnych spotkań z wyborcami, w eleganckim hotelu w Sopocie. Było przedwiośnie 2010 r., do planowego terminu wyborów wiele miesięcy, ale ja już wiedziałem, iż zagłosuję na Andrzeja Olechowskiego. Drugi raz w życiu, bo tak samo jak dokładnie 10 lat wcześniej. Ostrożność była wskazana, bo zamierzałem zapytać Go akurat o kwestię, co do której się nie zgadzaliśmy, a więc o zakres potencjalnej liberalizacji ustawy aborcyjnej. Ja pro-choice, o On po stronie utrzymania ustawy z lat 90. Zgodnie ze stanem faktycznym więc, zanim pytanie padło, obwarowałem je zapewnieniem, iż oto pytam o kwestię, która różni, ale osobę, z którą poza tym zgadzam się w około 98%.

Andrzej Olechowski zmarł 25 kwietnia 2026 r. W polskiej polityce był kimś na kształt wzorca z Sèvres postawy liberalnej, choćby jeżeli – jak pokazuje wspomnienie z Sopotu – był to liberalizm o półtora kroku mniej progresywny aniżeli ten, o który walczy moje pokolenie. Był ucieleśnieniem modelu zaangażowania w sprawy publiczne, który dzisiaj został zepchnięty na margines percepcji czy „konsumpcji” polityki przez algorytmiczne media „społecznościowe” i orientację polityków na emocje, polaryzację i histeryczny stan buzowania. Zaangażowanie Olechowskiego po stronie Polski i wolności człowieka było oparte o rozum i rozsądek, racjonalną analizę, rzeczowy spór, niesłychanie dogłębne przygotowanie merytoryczne, spokój i opanowanie, inteligentne poczucie humoru i zdrową dawkę autoironii. A także ciepło i empatię, które akurat długo były deficytowym dobrem, jeżeli chodzi o liberałów przełomu stuleci, nie tylko zresztą polskich.
Olechowski potrafił okazjonalnie sięgnąć po emocje, gdy było to na miejscu. Ponieważ w 2010 r. postanowiłem nie poprzestać na ustnej deklaracji poparcia i związałem się z jego gdańskim sztabem, zostałem zaproszony na event z okazji otwarcia kampanii w Warszawie w sobotę 10 kwietnia 2010. Jak wiadomo, nie była to dobra data na organizację czegokolwiek w Polsce. Słowa Olechowskiego na skróconym spotkaniu, które zastąpiło planowaną konwencję, o katyńskiej ziemi, która „jakoś dziwnie łaknie polskiej krwi” były piorunujące i na zawsze utkną w pamięci. Podobnie jak wcielenie się przez Olechowskiego w swoistego lekarza dusz, który podjął próbę ukojenia bólu, uspokojenia nastrojów i wlania w słuchaczy otuchy i wiary w to, iż nasze państwo przetrwa tę próbę. Tak w chwilach kryzysu postępują mężowie stanu. Niedostrzeżenie przez Polskę tego potencjału Olechowskiego i niewybranie go wtedy, czy i w 2000 r., na prezydenta należy do (skądinąd dość licznych) błędów polskiego wyborcy po 1989 r.
Jeśli z Olechowskiego emanowała elitarność, to nie był to produkt zblazowania, pretensji, natrętnych ambicji czy wyniosłej arogancji. Było to wrażenie, które rodziło się w odbiorcy jego wystąpień czy w rozmówcy jako trudna do uniknięcia konsekwencja jego potencjału intelektualnego. Był wielką postacią liberalizmu nie tylko przez wzgląd na posturę, ale także właśnie ów potencjał. Uderzała łatwość i naturalność roztaczania przez niego tej aury, duża klasa, której wyrazem było dążenie, aby ten dystans w bezpośredniej rozmowie jednak przełamywać. Olechowski był człowiekiem, który – jak się wydaje – swoje kompetencje nabył z dużą łatwością. Nie był typem kujona i profesora naturalnie wpadającego w tryb wykładu, choćby gdy rozmowa dotyczy miejsc parkingowych pod salą konferencyjną czy pogody. Był luzakiem, byłym DJ-em, prezenterem radiowym i rock-n’-rollowcem, który swoją pokaźną wiedzę i doświadczenie zawodowe mnożył niemal mimochodem.
Gdy dwóch długowłosych młodzian z Łodzi postanowiło założyć liberalny kwartalnik o francusko brzmiącym tytule, udzielił im wsparcia na pierwsze kilka lat fazy raczkującej, godząc się na przystąpienie do Rady Patronackiej. Wcześniej podejmował się podobnie karkołomnych wyzwań pełniąc funkcję ministra finansów i tworząc – w czasie głębokiej recesji i sięgającej ponad 40% inflacji – projekt budżetu czy podejmując się misji szefa polskiej dyplomacji, zmuszonego tłumaczyć Zachodowi, dlaczego nie powinien panikować mimo powrotu do władzy w Warszawie niedawnych komunistów. Obie misje pełnił w niezbyt sprzyjającym środowisku politycznym – w pierwszym przypadku jego premierem był katolicki nacjonalista, a w drugim sprzymierzony z postkomunistami, wyrosły z satelickiego ZSL ludowiec (obie pełnił dzięki wpływom prezydenta Lecha Wałęsy, który słusznie dostrzegł w nim czołowego polskiego eksperta w dziedzinach dyplomacji i gospodarki międzynarodowej). Potrafił się tam odnaleźć, ponieważ potrafił rozmawiać z każdym. Jakże różni się to od współczesnego modelu komunikacji między politycznymi przeciwnikami, która najczęściej przebiega według schematu „tweet-tweet-tweet-diss-ban”.
Jednym z największych mankamentów polskiej polityki jest to, iż kolejne pokolenie nie doczekało się wystarczająco wielu swoich Andrzejów Olechowskich. Dla nas, polskich liberałów, Olechowski powinien pozostać nauczycielem podejścia do człowieka, kontroli nad emocjami, powagi w mierzeniu się z zadaniami, rzetelności analizy oraz generalnego optymizmu. Jego ideowy wybór powinien być także dla nas umocnieniem naszych postaw, gdyż człowiek tak racjonalny ideowych wyborów nie dokonuje na podstawie kaprysu czy też urzeczony łzawą opowieścią o emancypacji uciśnionej grupy, a na podstawie zdroworozsądkowej oceny poszczególnych alternatyw. Olechowskiemu wyszło, iż rozum wskazuje na liberalizm. Mało prawdopodobne, aby akurat tutaj się, w drodze rzadkiego wyjątku, pomylił.










