Ministerstwo Edukacji Narodowej planuje powołanie rzecznika praw ucznia w drodze rozporządzenia – z pominięciem ustawy, którą w lipcu zawetował Prezydent RP. Dr Artur Górecki, dyrektor Centrum Edukacyjnego Ordo Iuris, wskazuje na poważną wadę tego rozwiązania: nowy urząd ma podlegać ministerstwu i jednocześnie oceniać jego decyzje, co rodzi konflikt interesów. Autor przestrzega przed „pajdokracją”, czyli przesunięciem władzy decyzyjnej od nauczycieli w stronę roszczeń uczniowskich, czyli wywołuje jeszcze większy bałagan w szkołach, który po raz kolejny obniży poziom nauczania.
Weto prezydenta nie zatrzymało opanowanego przez skrajną lewicę Ministerstwa Edukacji Narodowej. Resort Barbary Nowackiej chce powołać pełnomocnika ministra, który ma wykonywać zadania zbliżone do planowanego Krajowego Rzecznika Praw Uczniowskich, a przy kuratoriach mają działać kolejni rzecznicy. Formalnie nie będzie to więc dokładnie ten sam system, który został zablokowany przez prezydenta, jednak kierunek zmian pozostaje zasadniczo podobny. Tym samym MEN próbuje wprowadzić tylnymi drzwiami rozwiązania, których nie udało się przeforsować w drodze ustawy.
Zawetowana ustawa nie była wyłącznie techniczną regulacją dotyczącą praw ucznia. Zakładała stworzenie całej struktury rzeczników – od Krajowego Rzecznika Praw Uczniowskich, przez rzeczników wojewódzkich, aż po rzeczników szkolnych oraz fakultatywnych rzeczników na poziomie samorządowym. Jednocześnie szczegółowo określała prawa i obowiązki uczniów, działania wychowawcze oraz system reagowania na konflikty występujące w szkołach.
Prezydent, uzasadniając weto, wskazywał m.in. na konsekwencje proponowanych rozwiązań dla praw rodziców do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami oraz na nadmierną rozbudowę administracyjnego systemu ochrony praw uczniowskich.
Z punktu widzenia procesu legislacyjnego sprawa powinna się w tym momencie zakończyć, ponieważ odrzucenie prezydenckiego weta wymaga większości, której rządząca większość nie posiada. MEN znalazło jednak inne rozwiązanie: zamiast tworzyć urząd ustawą, chce powołać pełnomocnika ministra i podobne funkcje ulokować w strukturze kuratoriów. To właśnie ta decyzja jest w tej chwili najbardziej skandalicznym elementem całej sprawy.
Różnica pomiędzy ustawowym rzecznikiem a pełnomocnikiem ministra jest istotna, ponieważ ten pierwszy otrzymuje swoje kompetencje bezpośrednio od ustawodawcy i powinien posiadać określone gwarancje niezależności, podczas gdy pełnomocnik pozostaje elementem administracji rządowej i podlega ministrowi, który go powołuje. Oznacza to, iż pełnomocnik może zajmować się ochroną praw uczniów, przyjmować zgłoszenia i koordynować działania, ale jego pozycja ustrojowa będzie zupełnie inna niż pozycja niezależnego rzecznika ustanowionego ustawą.
Pojawia się więc pytanie, jak daleko MEN będzie mogło posunąć się w nadawaniu mu kompetencji. o ile pełnomocnik ma jedynie koordynować działania resortu, trudno mówić o odtworzeniu zawetowanego urzędu. o ile jednak miałby uzyskać możliwość ingerowania w decyzje szkół, kuratoriów czy organów prowadzących, natychmiast pojawi się pytanie o podstawę prawną takich działań.
Sama idea ochrony ucznia przed przemocą, poniżaniem, dyskryminacją czy arbitralnym traktowaniem nie powinna budzić kontrowersji. Problem zaczyna się wtedy, gdy ochronę praw ucznia próbuje się budować poprzez coraz bardziej rozbudowany system procedur, który może ingerować również w zwykłe relacje wychowawcze. Szkoła nie jest bowiem wyłącznie instytucją świadczącą usługę edukacyjną, w której uczeń występuje jako klient, a nauczyciel jako usługodawca. Jest również miejscem wychowania, a to oznacza istnienie zasad, wymagań i hierarchii odpowiedzialności.
Jeżeli każda reprymenda, uwaga dotycząca zachowania czy decyzja wychowawcza może potencjalnie stać się przedmiotem donosu kierowanego do kolejnego szczebla administracji, nauczyciel może zacząć kalkulować nie tylko to, co jest pedagogicznie adekwatne, ale również ryzyko formalnych konsekwencji dla swojej osoby. Będzie to oczywiście prowadzić do osłabienia autorytetu nauczyciela i unikania sytuacji konfliktowych choćby wtedy, gdy zdecydowana reakcja jest uzasadniona. W efekcie, zawód nauczycielski zostanie jeszcze bardziej zdegradowanyi ponownie nastapi odpływ chętnych do pracy w tej profesji.
Warto również zapytać, jaką konkretnie lukę miałby wypełniać nowy system. Polska posiada już Rzecznika Praw Dziecka, kuratoria oświaty, dyrektorów szkół, organy prowadzące oraz cały system sądowej i administracyjnej ochrony prawnej. o ile więc powstaje kolejny szczebel przyjmowania skarg, powinien posiadać jasno określone kompetencje, których nie mają istniejące instytucje. W przeciwnym razie zamiast zwiększenia ochrony uczniów otrzymamy przede wszystkim kolejną warstwę biurokracji.
Problem jest tym bardziej istotny, iż zawetowana ustawa przewidywała system wielopoziomowy, który mógłby przenosić część konfliktów wychowawczych ze szkoły do struktur administracyjnych. W efekcie sprawy dotychczas rozwiązywane pomiędzy uczniem, rodzicem, nauczycielem i dyrektorem mogłyby coraz częściej trafiać do rzeczników.
Ordo Iuris słusznie określa ten proces „pajdokracją”, rozumiejąc przez to sytuację, w której ochrona dobrego samopoczucia niegrzecznego dziecka ma wypierać autorytet dorosłych oraz ich odpowiedzialność wychowawczą. Dlatego obecny konflikt jest znacznie szerszy niż spór o jedno stanowisko w ministerstwie. Chodzi o to, jak ma wyglądać relacja pomiędzy prawami ucznia, prawami rodziców, autorytetem nauczyciela i kompetencjami państwa. Lewica, która rządzi w MEN chce anarchii oraz wychowania pokolenia ludzi całkowicie wykolejonych, pozbawionych normalnego wychowania, roszczeniowych i kłótliwych.
Uczeń powinien mieć możliwość obrony przed rzeczywistym nadużyciem, ale ochrona ta nie może oznaczać, iż każda decyzja wychowawcza będzie traktowana jak potencjalne naruszenie praw i sposób na uderzenie w nielubianego, wymagającego nauczyciela. Nauczyciel powinien posiadać autorytet i władzę. Bez tego nikt nie będzie go słuchał i szanował.
NASZ KOMENTARZ: Sprawa rzecznika praw uczniowskich jest kolejną odsłoną większego sporu o polską szkołę – o to, gdzie kończy się konieczna ochrona dziecka, a zaczyna nadmierna ingerencja władz w wychowanie. Jest to oczywista realizacja agendy rewolucyjnej, której celem jest zniszczenie rodziny oraz naturalnego systemu hierarchicznego, w którym rodzic oraz nauczyciel mają władzę nad dzieckiem/uczniem.
Polecamy również: Ukraińcy pobili Polaka, po czym oskarżyli go o rasizm







