Rodzice są absolwentami Uniwersytetu Harvarda, matka Mira Nair odnosi sukcesy światowe jako reżyserka filmowa, autorka posiekanej przez cenzurę indyjską „Kamasutry”, ojciec wykłada na uniwersytecie Columbia, zaś żona, artystka plastyczka, pochodzi z Syrii. On sam jest działaczem propalestyńskim, a prezydent Trump nazywa go komunistą. W CV brakuje mu tylko śladów współpracy z silnym w Nowym Jorku lobby żydowskim (izraelskim).
Program nowego burmistrza, zajadle krytykowany przez prezydenta Trumpa, zakłada objęcie wszystkich dzieci w mieście opieką wychowawczą, zniesienie opłat za przejazdy autobusami miejskimi, zamrożenie czynszów dla miliona najuboższych nowojorczyków, zwiększenie podatków nakładanych na najbogatszych, utworzenie sieci sklepów z dostępną po umiarkowanych cenach żywnością i potrojenie liczby budowanych mieszkań – też za dostępne dla zainteresowanych środki. Czy to jest komunizm? Mamdani nazywa siebie socjalistą.
Największymi wrogami komunizmu byli zawsze socjaldemokraci, by nie powiedzieć – socjaliści. Na pierwszy rzut oka socjaldemokracja to socjalizm plus demokracja. Nic bardziej błędnego. To kapitalizm plus lęk przed socjalizmem. Największymi wrogami socjalizmu są populiści. Obiecują to, co obiecywali socjaliści, ale nie mają na to pieniędzy. Kandydat na prezydenta, biznesmen o bezceremonialnym sposobie mnożenia dochodów, Donald T., wymyślił, iż środki na realizację obietnic znajdzie… w Chinach. Myślałem, iż to żarty, ale jeden z poprzedników Trumpa, prezydent Nixon, zawiesił bezterminowo wymienialność dolara na złoto. Ilekroć dolar znajdował się w kłopotach, USA przerzucały koszty wychodzenia z kryzysów na markę niemiecką i jena. Dziś prezydent Trump znalazł sposób wychodzenia z kłopotów w… cłach. Zapowiedział, iż każda rodzina amerykańska zyska dodatkowo 2000 dolarów rocznie w dywidendach, które pojawią się w związku z cłami…
Przynajmniej dwa punkty programu Mamdaniego dotyczą Donalda Trumpa osobiście i bezpośrednio: podatki od dochodów elity i budowa mieszkań. Koncepcje ekonomiczne prezydenta, jeżeli takowe ma, godzą, jeżeli to można pogodzić, w liberalizm, czyli likwidację podatków, i populizm, czyli zapowiedź rozdawnictwa wszystkiego, to znaczy niczego. Warto przypomnieć, iż na liberalizmie jako fundamencie budowano Stany Zjednoczone. Mieszkańcy Nowego Jorku, który zwał się na początku Nowym Amsterdamem, uważali, iż Anglia krwiopijczyni ciągnie od nich skarby (podatki), niczego w zamian nie dając. Należało zatem uwolnić się od niej, jeżeli nie można inaczej, to siłą. Miasto było kiedyś rzeczkami błota, w którym taplały się prosięta, co opisywał ówczesny ko respondent Cyprian Kamil Norwid. Walka o niepodległość rozpoczęła się od walki z podatkami, którą Anglicy nazywali kontrabandą (przemytem). Ponieważ była to też walka z Anglikami, Amerykanie uzyskali wsparcie ze strony Francji. I tak dalej.
W historii Nowego Jorku znaleźć można – choć w różnych proporcjach – ślady wszelkich kultur, które istnieją w świecie. Dość przypomnieć, iż mówi się tam ośmiuset językami ludzkości. To są wszystko migranci, jak Mamdani, który przybył z rodziną do Ameryki, kiedy miał 9 lat. Nowy Jork jest światową stolicą wszystkiego: polityki (ONZ), gospodarki (Wall Street), finansów (Federal Bank), kultury (mnóstwo instytucji jak muzea, Metropolitan Opera, teatry Broadwayu), mediów („The New York Times”), sportu (tenis) i – niestety – przestępczości. Dziś co prawda ta ostatnia nie jest tak przerażająca jak w latach 60. i 70. ubiegłego wieku, ale świat kryminalny ewoluuje jak wszystko inne. W walce z przestępczością zapisał się ówczesny burmistrz NY Rudolph Giuliani, z pochodzenia Włoch, a więc dżentelmen znający się na sprawach związanych z Onorata societa, który wprowadził do świata policji zasadę i praktykę „zero tolerancji”. Nawiasem mówiąc, był on w ostatnich wyborach bliskim współpracownikiem Donalda Trumpa i prawdopodobnie wywarł pewien wpływ na ostatnie pociągnięcia administracyjne prezydenta w walce z przestępczością uliczną w Waszyngtonie i innych wielkich miastach USA.
Donald Trump groził, iż w razie zwycięstwa Mamdaniego ograniczy zaspokajanie potrzeb miasta z budżetu federalnego. Jednakże w kalkulacjach prezydenta zabrakło podstawowej informacji o tym, iż miasto wpłaca do kasy państwowej o 11 miliardów dolarów rocznie więcej, niż z niej otrzymuje.











