Warchoły, agenci i zdrajcy

myslpolska.info 6 часы назад

Istnieje pewna osobliwa cecha polskiej kultury politycznej, odróżniająca nas od większości innych nacji. Kochamy naszą ojczyznę miłością gorącą i płomienną. Całe tomy przeznaczamy żarliwym zapewnieniom o gotowości do poświęceń i naszych obowiązkach wobec narodu. Jednocześnie z zadziwiającą łatwością kwestionujemy autorytet własnego państwa. Nie chodzi bynajmniej o krytykę rządzących, bo ta w każdym społeczeństwie i w każdych realiach historycznych jest rzeczą naturalną i normalną. Chodzi o przekonanie, iż państwo zasługuje na naszą lojalność wyłącznie wtedy, gdy realizuje nasze polityczne oczekiwania.

Polska, która nie jest tożsama z Polską naszych marzeń, staje się automatycznie Polską wrogą. Rządzoną przez obcych, w obcych interesach. Polską, która nie tylko nie zasługuje na nasze wsparcie, ale choćby na naszą elementarną lojalność. To niewybaczalny błąd. Bowiem serce Polski choćby w najmroczniejszych czasach nie biło nad rzeką Hudson, nad Tamizą czy Sekwaną. Biło nad Wisłą, Wartą i Niemnem, a od kilku dekad szczęśliwie także nad Odrą.

Dzisiejsza Polska, choć wysoce niedoskonała, jest zarazem jedyną, którą posiadamy, i jedyną, którą posiadać będziemy. Porównywanie jej z Polską naszych marzeń jest czynnością jałową i bezowocną. Nie da się bowiem tworu rzeczywistego przyrównać do tworu wyimaginowanego. Fantazja zawsze zwycięży w takim porównaniu. Co z tego, skoro jest właśnie wyłącznie fantazją?

Dlatego dzisiejszej Polski nie wolno kontestować. Należy ją naprawiać i reformować, sprawiać, by stała się lepszym miejscem, by była przestrzenią, w której prawidłowo rozwijać się może naród. Odrzucając a priori Polskę dzisiejszą, odrzucamy Polskę jako taką. To zbrodnia wobec nie tylko współczesnych, ale minionych i przyszłych pokoleń.

Ludzie przyjmujący tę postawę lubią nazywać się antysystemowcami. Jest jednak starsze, a zarazem trafniejsze określenie. To warchoły. Dla polskiego warchoła państwo jest zawsze cudze, choćby kiedy jest własne. Każda władza traktowana jest jak władza okupacyjna. Każde ograniczenie indywidualnej swobody – jak zamach na wolność. Każdy obowiązek wobec państwa – jak nieznośny ciężar.

Choć warcholstwo jest zaprzeczeniem patriotyzmu, to niejednokrotnie posługuje się jego językiem. Kontestując istnienie państwa, przybiera zatroskane pozy, odziewając się w bogoojczyźnianą ornamentykę. Tym samym staje się jeszcze bardziej szkodliwe, gdyż zatruwa swoimi miazmatami najzdrowszą część społeczeństwa.

Polski warchoł łatwo staje się narzędziem w ręku autentycznego wroga. Częściej, niż mogło by się wydawać, prywatna wojna z państwem uzyskuje obcego sponsora. Sięgająca jeszcze czasów I Rzeczypospolitej tradycja jurgieltnictwa, a więc wysługiwania się obcym dworom i obcym ambasadom za gratyfikację, często sowitą, nie wynika wyłącznie z zaprzaństwa, ale często z fałszywie pojmowanego patriotyzmu. Tradycja ta była żywa także w Polsce Ludowej, gdzie Solidarność obficie korzystała z ofiarności CIA. Zatem obca agentura, w tym przypadku amerykańska, używała autentycznego ruchu politycznego sprzeciwu w celu destabilizacji polskiego państwa.

Wielu powie: była to jedyna droga. Nieprawda. Można było, jak Bolesław Piasecki, funkcjonować na granicy systemu, jednak nie poza systemem. Można było zachować swoje przekonania i pomimo krytycznej oceny ustroju politycznego, a także, w mniejszym stopniu, sojuszu geopolitycznego ze Związkiem Radzieckim, zwyczajnie pracować dla Polski. Można było, tak jak Jędrzej Giertych, który z przyczyn ideowych pozostał na emigracji i nie wrócił do PRL, w każdej możliwej sytuacji stawać po stronie swojego państwa i bronić jego polityki. Tak właśnie zachowuje się lojalny i odpowiedzialny obywatel.

Takiego właśnie obywatela najbardziej nienawidzi polski warchoł. Nazwie go „agentem”, oskarżając o współpracę z wrogim wobec siebie państwem. Tak oto „agentami” w latach 90., gdy tak zwana lustracja służyła za oręż w politycznych przepychankach, zostali nazwani liczni patrioci. Wiesław Chrzanowski, Jan Tomasz Zamoyski, Jan Matłachowski, Jan Dobraczyński, Napoleon Siemaszko, o. Mieczysław Krąpiec…i dziesiątki innych. Tak jakby ich życie poświęcone Polsce, tak jakby ich dekady pracy i przelana przez wielu z nich krew nie miały żadnego znaczenia. Bo jakiś warchoł uwidział sobie, iż ówczesna Polska nie jest wystarczająco polska.

Każde szanujące się państwo ma swój aparat administracyjny. Ma wojsko, policję, sądy i prokuraturę. Ma wreszcie takie służby, które nie działają w świetle fleszy. Praca dla Polski nie jest powodem do wstydu. W żadnym z tych aspektów. Nasze środowisko wielokrotnie stawało w obronie tych, którzy poświęcili swoje życie pracy dla Polski Ludowej, a w nagrodę III Rzeczpospolita odebrała im emerytury.

Szanujące się państwo nie działa w ten sposób. Takie państwo zachowuje ciągłość niezależnie od zmian politycznych, ustrojowych i geopolitycznych. Bo tego wymaga wyższa konieczność. Bo tego wymaga racja stanu. I jeżeli ktoś łamał prawo i wykorzystywał swoją pozycję w niegodny sposób, zasługuje na karę i potępienie. Nie wolno jednak stosować odpowiedzialności zbiorowej.

Powtórzmy to jeszcze raz. Praca dla Polski, czy to w czasach II Rzeczypospolitej, Polski Ludowej, czy we współczesnej, także przecież niedoskonałej Polsce, nie jest powodem do wstydu. Wstydem jest jednak praca dla obcych.

Warchoł, który kontestuje swoje państwo, jest głupcem i szkodnikiem. Warchoł, który kontestując własne państwo, sięga po pieniądze obcych, jest do tego zdrajcą.

Przemysław Piasta

Читать всю статью