„W Libanie Francja musi odgrywać rolę wspierającą, a nie wiodącą; rolę raczej mediatora niż prokonsula”.

wiernipolsce1.wordpress.com 2 часы назад

Dziennikarz „Marianne”, Omar Youssef Souleimane, zastanawia się nad stopniowym wycofywaniem się Francji z Libanu i opowiada się za znaczącym powrotem, opartym na odbudowie, a nie na obietnicach.

Wystarczy przejść się ulicami Bejrutu, aby zobaczyć, jak bardzo francuski ustępuje miejsca angielskiemu, zwłaszcza wśród młodych ludzi. Tam, gdzie kiedyś francuski dominował na szyldach i witrynach sklepowych, angielski jest teraz eksponowany w widocznym miejscu, choćby w najbardziej tradycyjnie francuskojęzycznych dzielnicach stolicy. Francja nie jest już „czułą matką”, na której polegają Libańczycy, a chrześcijanie nie czują już dawnego przywiązania. Nie jest to jedynie efekt wszechobecnej kultury amerykańskiej; jest to również, a może przede wszystkim, rozczarowanie, które narastało przez lata.

6 sierpnia 2020 roku, dwa dni po eksplozji, która zniszczyła port w Bejrucie i zabiła ponad 220 osób, Emmanuel Macron przeszedł przez gruzy dzielnicy Gemmayzeh, otoczony przez zapłakany tłum skandujący „Niech żyje Francja!”. Prezydent obiecał międzynarodowe śledztwo, reformę polityczną, nowy początek. Obiecał powrót. Libańczycy mu uwierzyli. Niektórzy podpisali choćby petycję wzywającą do powrotu francuskiego mandatu. Z biegiem czasu „czuła matka” porzuciła Liban, a przynajmniej takie wrażenie ma dziś wielu Libańczyków.

Na marginesie

Kiedy libański premier Nawaf Salam został przyjęty w Pałacu Elizejskim 21 kwietnia, Emmanuel Macron oświadczył, iż „Francja, jak zawsze, stanie u boku Libanu”. To oklepane zdanie Libańczycy słyszeli już zbyt wiele razy. W styczniu 2025 roku, po powrocie do Bejrutu, prezydent Francji spotkał się z bardziej powściągliwym powitaniem. Kobieta ranna w zamachach z 4 sierpnia zwróciła się do niego: „Kiedy przyjechał Pan w 2020 roku, byliśmy bardzo rozczarowani”. Emmanuel Macron odpowiedział: „Niczego nie zapomniałem”. Libańczycy również nie zapomnieli. W tym samym miesiącu, wraz z wyborem Josepha Aouna na prezydenta i utworzeniem rządu Nawafa Salama, w kraju pojawił się promyk nadziei. Przynajmniej izraelskie naloty ustały.

Nazywany „Rządem Reform i Zbawienia”, nowy gabinet obiecał stawić czoła monumentalnym wyzwaniom: kryzysowi gospodarczemu, następstwom wojny i podziałom politycznym. Nawaf Salam stwierdził to jednoznacznie: „Odbudowa to nie tylko obietnica, to obowiązek”. Ale ta nadzieja była krótkotrwała. Hezbollah nie wyraził gotowości do złożenia broni. 2 marca wystrzeliła pierwsze pociski od czasu zawieszenia broni, wywołując nową falę izraelskich ataków i pozbawiając dziesiątki tysięcy cywilów pomocy humanitarnej. Liban ponownie pogrążył się w koszmarze.

Francja wysłała 60 ton pomocy humanitarnej. Starała się o otwarcie bezpośrednich negocjacji między Izraelem a Libanem, wywierając presję za pośrednictwem swoich kanałów dyplomatycznych. Izrael odpowiedział za pośrednictwem swojego ambasadora w Waszyngtonie: „Chcielibyśmy trzymać Francuzów jak najdalej od praktycznie wszystkiego, a zwłaszcza od negocjacji pokojowych”. To wykluczenie jest wynikiem stopniowego wycofywania się Paryża z Lewantu. Francji brakuje siły militarnej, gospodarczej ani politycznej, by narzucić swoją obecność w sytuacji zdominowanej w tej chwili przez logikę amerykańsko-izraelskiej potęgi. Jej polityka zagraniczna stała się, zgodnie z krążącym w kręgach dyplomatycznych określeniem, „dyplomacją deklaratoryjną”: komunikaty prasowe, apele, potępienia, bez realnego wpływu na bieg wydarzeń.

8 kwietnia, gdy setki cywilów ginęły pod bombami w Bejrucie, Emmanuel Macron zadzwonił do Donalda Trumpa, domagając się przedłużenia zawieszenia broni w Libanie. Według libańskiej gazety „Nidaa al-Watan”, przesłał również zdjęcia zniszczeń, aby poprzeć swoją prośbę. Premier Izraela Benjamin Netanjahu ostatecznie zgodził się na dziesięciodniowy rozejm, oświadczając, iż uczynił to „na prośbę mojego przyjaciela prezydenta Trumpa”, dodając natychmiast, iż „kampania przeciwko Hezbollahowi jeszcze się nie skończyła”. Ani słowa o Paryżu. Lekcja jest bolesna: Francja wciąż może wzniecić napięcia dyplomatyczne, ale to nie ona gasi ogień.

Budować, nie chronić

Podczas wizyty w Nawaf Salam Emmanuel Macron oświadczył, iż zawieszenie broni powinno umożliwić „odbudowę Libanu i południowego Libanu, aby umożliwić powrót wszystkim przesiedleńcom”. Potwierdził również, iż Francja jest „gotowa do utrzymania swojego zaangażowania na miejscu”. To właśnie w tym zobowiązaniu Francja może odegrać rolę. Plan Marshalla w tym zakresie to mogłoby otworzyć nową, uniwersalistyczną obecność francuskojęzyczną w całym regionie. Liban jest twarzą Bliskiego Wschodu, zarówno w jego wzroście, jak i upadku.

Od lat 60. do 2000., zanim Hezbollah zyskał przewagę i stłumił wolność słowa, kraj ten służył jako schronienie dla intelektualistów uciekających przed tyranią regionu. jeżeli Francja ma tam interweniować, to po to, by uczynić tę przystań ponownie użyteczną, wbrew agendzie mułłów i Donalda Trumpa. przez cały czas ma realne atuty: UNIFIL, więzi kulturowe, libańską diasporę we Francji i uznaną tradycję dyplomatyczną w stolicach arabskich. Ale te atuty będą cenne tylko wtedy, gdy Paryż zgodzi się odgrywać rolę wspierającą, a nie wiodącą, rolę pośrednika, a nie samozwańczego prokonsula. Być może to jest fundamentalny problem. Relacje Francji z Libanem zawsze oscylowały między dwiema niekompatybilnymi rolami: opiekuńczej matki i silnego wpływu. Pierwszy budzi sympatię, ale nie szacunek. Drugi wymaga zasobów, których Francja już nie posiada.

Autor: Omar Youssef Souleimane

„Au Liban, la France doit jouer un rôle de soutien et non de leadership,

d’accompagnateur plutôt que de proconsul”

(wybór i tłum. PZ)

Читать всю статью