Utrzymanie jednego osadzonego to prawie 7 tysięcy złotych. W Gdańsku pracuje zaledwie co siódmy

dzienniknarodowy.pl 2 часы назад
Zdjęcie: Utrzymanie jednego osadzonego to prawie 7 tysięcy złotych. W Gdańsku pracuje zaledwie co siódmy


Utrzymanie jednego więźnia kosztuje polskiego podatnika już blisko 7 tysięcy złotych miesięcznie, więcej niż wynosi pensja minimalna. Jednocześnie na własne utrzymanie pracuje tylko część osadzonych. W Areszcie Śledczym w Gdańsku zatrudnionych jest zaledwie 206 z ponad 1,4 tysiąca zamkniętych tam osób. Rozdźwięk między kosztem a pracą wraca w debacie o sensie polskiego więziennictwa.

Prawie 7 tysięcy złotych miesięcznie

Według Centralnego Zarządu Służby Więziennej koszt utrzymania jednego osadzonego wyniósł w 2025 roku 6 929,98 zł miesięcznie, czyli 227,83 zł dziennie i ponad 83 tysiące złotych rocznie. Rok wcześniej było to 6 466,66 zł miesięcznie. Przy średniej liczbie ponad 70 tysięcy osadzonych cały system pochłonął w minionym roku ponad 5,8 miliarda złotych, z czego przeszło 3,6 miliarda poszło na wynagrodzenia funkcjonariuszy i pracowników. Kwota wydawana dziś na pojedynczego więźnia przewyższa ustawową płacę minimalną.

Gdańsk: pracuje niespełna 15 procent

Druga liczba pochodzi z gdańskiego aresztu. Jak podał rzecznik dyrektora Aresztu Śledczego w Gdańsku, mjr Marek Stuba, w jednostce przebywa około 1,4 tysiąca osób: 1003 skazanych i 420 tymczasowo aresztowanych. Pracuje spośród nich 206, a więc niespełna 15 procent. Wynik wygląda słabo, ale częściowo tłumaczy go charakter placówki. Areszt śledczy z natury rzeczy przetrzymuje wielu tymczasowo aresztowanych, którzy oczekują na proces i których do pracy nie można kierować bez ich zgody, inaczej niż prawomocnie skazanych.

Ponad połowa osadzonych w kraju pracuje

W skali kraju odsetek jest wyższy. Pod koniec listopada 2024 roku spośród 61 751 więźniów pracowało 33 315, czyli około 54 procent. Zatrudnienie dzieli się na odpłatne, obejmujące wówczas ponad 18 tysięcy osób, oraz nieodpłatne, głównie na rzecz gmin i instytucji publicznych, do którego skierowano blisko 15 tysięcy skazanych. Osadzony zatrudniony w pełnym wymiarze ma zagwarantowane co najmniej wynagrodzenie minimalne, jednak po potrąceniach na własne konto dostaje niewielką część tej kwoty.

Program, który miał aktywizować

Wzrost zatrudnienia więźniów to w dużej mierze efekt programu „Praca dla więźniów", uruchomionego w 2016 roku przez ówczesnego wiceministra sprawiedliwości Patryka Jakiego. Zakładał on m.in. budowę kilkudziesięciu hal produkcyjnych przy zakładach karnych oraz szersze wykorzystanie nieodpłatnej pracy osadzonych. Z pensji pracującego więźnia potrąca się dziś 45 procent na Fundusz Aktywizacji Zawodowej Skazanych i 7 procent na Fundusz Pomocy Pokrzywdzonym oraz Pomocy Postpenitencjarnej, do tego dochodzą składki i podatek.

Nie tylko rachunek

Sam koszt to jednak wąskie spojrzenie na problem. Osadzony, który pracuje, częściowo spłaca zobowiązania wobec pokrzywdzonych i odzyskuje rytm dnia, jakiego wielu nigdy nie poznało na wolności. Brak zatrudnienia oznacza z kolei bezczynność, która sprzyja powrotom do przestępstwa i pogłębia zależność od państwa. Pytanie o odsetek pracujących więźniów jest więc w istocie pytaniem o skuteczność resocjalizacji, a nie tylko o słupki wydatków.

Koszt kontra praca

Zestawienie tych danych układa się w prosty wniosek. Im mniej osadzonych pracuje, tym większy ciężar utrzymania więziennictwa spoczywa wyłącznie na podatniku, a szansa na realną resocjalizację przez pracę pozostaje niewykorzystana. Praca w więzieniu obniża koszty, ale daje też nawyk, którego wielu skazanych nigdy wcześniej nie miało. Pytanie, czy państwo potrafi tę szansę wykorzystać, czy tylko rok po roku księgować rosnący rachunek, pozostaje aktualne.

Читать всю статью