USA nie mogą żyć bez wojny. Przypadek Wenezueli

gazetatrybunalska.info 3 дни назад

W nocy z 2 na 3 stycznia 2026 roku siły zbrojne USA przeprowadziły zmasowane uderzenia powietrzne i lądowe na północną część Wenezueli, w tym stolicę Caracas, wykorzystując naloty i ataki lotnicze z użyciem nowoczesnych samolotów bojowych oraz operacje sił specjalnych.

Według doniesień eksplozje – co najmniej siedem – rozległy się w okolicach Fortu Tiuna i innych strategicznych punktów miasta około godziny 2:00 czasu lokalnego, a prezydent Nicolás Maduro i jego żona Cilia Flores zostali pojmani przez amerykańskie siły specjalne. To formalne rozpoczęcie ofensywy było spektakularnym i bezprecedensowym aktem militarnym wobec suwerennego państwa na półkuli zachodniej.

Prezydent Trump powiedział dziś rano, iż Maduro jest na pokładzie USS Iwo Jima i zmierza do Nowego Jorku, gdzie będzie musiał zmierzyć się z zarzutami dotyczącymi narkotyków i broni w sądzie federalnym na Manhattanie.

Jeśli to prawda, oznaczałoby to bezprecedensowe w najnowszej historii porwanie urzędującej głowy suwerennego państwa i jej przetransportowanie na okręcie wojennym USA w celu postawienia przed amerykańskim sądem, co stanowiłoby rażące naruszenie prawa międzynarodowego, Karty Narodów Zjednoczonych oraz podstawowych zasad suwerenności państwowej.

W amerykańskiej polityce zagranicznej wojna, rozumiana nie zawsze jako otwarty konflikt zbrojny, ale częściej jako stan permanentnej presji, destabilizacji i konfrontacji, nie jest wypadkiem przy pracy. Jest narzędziem systemowym. Wenezuela stanowi tego podręcznikowy przykład. Od ponad dwóch dekad kraj ten funkcjonuje nie tyle jako realny problem bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych, ile jako wygodny pretekst do utrzymywania narracji o zagrożeniu, chaosie i konieczności „interwencji w imię demokracji”.

Waszyngton nie potrafi, a być może nie chce, prowadzić polityki wobec państw nieposłusznych w sposób neutralny. Logika jest stała: jeżeli kraj nie wpisuje się w amerykańską architekturę wpływów, musi zostać napiętnowany. Najpierw retorycznie, potem ekonomicznie, wreszcie politycznie. Sankcje, izolacja dyplomatyczna, wsparcie dla opozycji, wojna informacyjna – to instrumentarium znane od lat. W przypadku Wenezueli zastosowano je niemal modelowo.

Problem w tym, iż Wenezuela nie zaatakowała USA, nie zagraża ich terytorium ani bezpieczeństwu obywateli. Jej „winą” jest to, iż posiada jedne z największych złóż ropy naftowej na świecie i przez lata próbowała prowadzić politykę suwerennościową, wymykającą się kontroli amerykańskich koncernów i instytucji finansowych. To wystarczyło, by została uznana za wroga.

Narracja o „upadłym państwie” i „reżimie” Nicolása Maduro od lat służy uzasadnianiu działań, które w istocie pogłębiają kryzys gospodarczy kraju. Sankcje nie uderzają w elity władzy – uderzają w społeczeństwo. Braki leków, problemy z importem żywności, zapaść infrastruktury – wszystko to bywa następnie przedstawiane jako dowód nieudolności rządu w Caracas, a nie jako skutek zewnętrznej presji. Mechanizm jest prosty i cyniczny.

USA potrzebują konfliktu nie tylko jako narzędzia polityki zagranicznej, ale także jako elementu własnej stabilności wewnętrznej. Przemysł zbrojeniowy, aparat bezpieczeństwa, think tanki i media funkcjonują w symbiozie z narracją zagrożenia. Wróg zewnętrzny jest konieczny, by uzasadniać astronomiczne wydatki wojskowe i globalną obecność militarną. Gdy jeden konflikt wygasa, musi pojawić się kolejny. Wenezuela idealnie nadaje się do tej roli: daleko, egzotycznie, bez możliwości realnej obrony wizerunkowej.

Co istotne, amerykańska polityka wobec Wenezueli nie przyniosła żadnych deklarowanych efektów. Nie doszło do „demokratyzacji”, nie poprawiła się sytuacja obywateli, nie nastąpiła stabilizacja regionu. Przyniosła natomiast chaos, masową emigrację i dalszą polaryzację społeczną. To jednak nie skłania Waszyngtonu do rewizji strategii – bo celem nigdy nie było dobro Wenezuelczyków.

W szerszej perspektywie przypadek Wenezueli pokazuje fundamentalny problem amerykańskiego podejścia do świata: brak umiejętności akceptacji wielobiegunowości. Każde państwo, które próbuje prowadzić politykę niezależną, musi liczyć się z reakcją. Wojna nie musi mieć formy bombardowań, wystarczy długotrwałe duszenie gospodarcze i narracyjne.

Stany Zjednoczone nie są w stanie funkcjonować bez konfliktu, ponieważ konflikt stał się częścią ich globalnej tożsamości. Wenezuela jest tylko jednym z wielu przykładów, ale wyjątkowo czytelnym. I dopóki ta logika się nie zmieni, kolejne kraje będą trafiać na listę „problemów”, które w rzeczywistości są jedynie przeszkodami na drodze do utrzymania hegemonii.

Najgorsze jest jednak to, iż we współczesnym świecie nie istnieje żadna realna siła polityczna ani instytucjonalna zdolna skutecznie powstrzymać tę logikę działania – ani na poziomie militarnym, ani prawnym, ani dyplomatycznym.

→ I.R. Parchatkiewicz

9.12.2025

• collage: barma / Gazeta Trybunalska

• więcej tekstów autora: > tutaj

Читать всю статью