Administracja Donalda Trumpa w ciągu 10 dni deportowała ponad 100 osób trzema lotami do ośmiu państw Afryki, choć żadna z nich nie była obywatelem kraju docelowego. Waszyngton rozszerza w ten sposób deportacje do państw trzecich. To dowód, iż państwo może egzekwować prawo migracyjne, ale musi przy tym zachować kontrolę prawną nad losem deportowanych.
Trzy loty w ciągu 10 dni
Ponad 100 deportowanych trafiło do Burundi, Kamerunu, Republiki Środkowoafrykańskiej, Gwinei Równikowej, Eswatini, Liberii, Rwandy i Sierra Leone. Jak podała stacja CBS News na podstawie wewnętrznych dokumentów rządu USA, operację przeprowadzono w trzech lotach w ciągu 10 dni pod koniec sierpnia. Deportowani pochodzili między innymi z Afganistanu, Kuby, Iranu, Nepalu, Nikaragui, Turcji i Wenezueli.
Nie jest to zwykłe odesłanie cudzoziemca do ojczyzny. Mowa o deportacji do państwa trzeciego, czyli kraju, którego obywatelstwa dana osoba nie ma i z którym często nie łączą jej więzi. Waszyngton sięga po ten mechanizm wtedy, gdy powrót do kraju pochodzenia jest utrudniony lub zablokowany.
Skuteczność państwa i granice jego działania
Administracja Donalda Trumpa stawia na wykonanie decyzji, które przez lata w wielu państwach Zachodu pozostawały na papierze. To ważna lekcja. Prawo migracyjne bez realnej możliwości deportacji przestaje odstraszać, a państwo samo odbiera powagę własnym granicom. W Polsce ten sam problem wraca w sporze o to, czy deportacje są testem powagi państwa.
Twardość nie zwalnia jednak z odpowiedzialności. Kraj przyjmujący musi zapewnić deportowanym legalny status, podstawowe bezpieczeństwo i dostęp do procedury ochronnej, o ile powrót do ojczyzny grozi prześladowaniem lub torturami. Szczególne wątpliwości budzi niejawność części umów zawieranych przez Waszyngton z państwami afrykańskimi. Obywatel ma prawo oczekiwać, iż władza egzekwuje granice. Ma też prawo wiedzieć, jakie zobowiązania i koszty państwo bierze na siebie.
Nie każdy deportowany miał wyrok kryminalny
Wśród odesłanych były osoby skazane za poważne przestępstwa, ale także ludzie, których historia prawna ograniczała się do naruszenia przepisów imigracyjnych. Tych przypadków nie wolno wrzucać do jednego worka. Rozróżnienie między groźnym przestępcą a cudzoziemcem bez prawa pobytu jest podstawą rzetelnej polityki bezpieczeństwa.
Tak samo trzeba odróżnić samą zasadę deportacji od wyboru kraju docelowego. Usuwanie osób, które nie mają prawa pozostać na terytorium państwa, jest normalnym narzędziem suwerennej polityki. Przekazanie ich do obcego państwa wymaga natomiast indywidualnej kontroli i gwarancji, iż decyzja nie stanie się administracyjnym przerzuceniem problemu.
Wniosek dla Polski
Polska potrzebuje skutecznego systemu powrotów, jasnych decyzji i sprawnej współpracy Straży Granicznej z sądami oraz państwami pochodzenia. Dane o tym, iż deportacje z Polski rosną, mają sens wyłącznie wtedy, gdy za liczbami stoi trwałe odzyskanie kontroli nad tym, kto może przebywać w kraju.
Amerykański przykład pokazuje zarazem drugą stronę sprawy. Suwerenność nie polega na chaosie ani na tajnych ustaleniach bez społecznej kontroli. Państwo ma bronić granic, wykonywać prawo i odpowiadać za skutki własnych decyzji. Polska powinna wyciągnąć z tego prosty wniosek: polityka migracyjna musi być stanowcza, przejrzysta i podporządkowana bezpieczeństwu obywateli.
Źródło: WP Wiadomości, CBS News
Źródło: WP Wiadomości
















