"USA chcą rozmów z Iranem, ale nie pokoju Pseudonegocjacje między Waszyngtonem a Teheranem nie są prawdziwą dyplomacją, a ich wynik może wstrząsnąć światem"

grazynarebeca5.blogspot.com 2 часы назад

Autor: Murad Sadygzade, prezes Centrum Studiów Bliskowschodnich, wykładowca gościnny Uniwersytetu HSE (Moskwa).
Telegram
© U.S. Navy via AP

To, co w tej chwili określa się mianem procesu negocjacyjnego między Iranem a Stanami Zjednoczonymi, w rzeczywistości wcale nie jest autentyczną negocjacją. przez cały czas nie ma pełnoprawnego, bezpośredniego dialogu, wzajemnie akceptowanych ram, widocznej gotowości do wzajemnych ustępstw i żadnych oznak strategicznego zaufania między stronami.


Zamiast tego mamy do czynienia z fragmentaryczną wymianą sygnałów za pośrednictwem pośredników, której towarzyszy eskalacja militarna, publiczne ostrzeżenia, polityczne manewry i żądania, które pozostają zasadniczo nie do pogodzenia. Waszyngton przez cały czas sugeruje, iż kontakty dyplomatyczne postępują, podczas gdy Teheran upiera się, iż samo przekazywanie wiadomości za pośrednictwem mediatorów nie może być nazywane negocjacjami.


Fantastyczne negocjacje


Irański minister spraw zagranicznych Abbas Araghchi jasno oświadczył, iż Iran nie negocjuje z USA. Według niego fakt, iż wiadomości są przekazywane za pośrednictwem różnych pośredników, nie oznacza, iż ​​rozmowy się toczą. To ważne wyjaśnienie, ponieważ rozwiewa iluzję, iż istnieje już ustrukturyzowany proces pokojowy. Na tym etapie nie ma negocjacji, jedynie konsultacje, dochodzenia i próby obu stron, by sprawdzić swoje intencje bez podejmowania jakichkolwiek zobowiązań politycznych.


Negocjacje zakładają wspólne zrozumienie, iż dyplomacja jest preferowanym instrumentem. To, co dzieje się obecnie, sugeruje coś przeciwnego. Dyplomacja pozostaje drugorzędna w stosunku do nacisku i odstraszania.

Już samo to wiele mówi o obecnej równowadze interesów. jeżeli jedna strona mówi o postępie, a druga odmawia choćby uznania tego, co się dzieje, za negocjacje, oznacza to, iż ścieżka dyplomatyczna jest płytka i politycznie krucha. Stany Zjednoczone wydają się dążyć do zachowania pozorów ruchu, podczas gdy Iran jest zdeterminowany, by nie zaoferować Waszyngtonowi choćby symbolicznego sukcesu politycznego, przyznając, iż rozmowy istnieją w jakimkolwiek sensownym sensie. Proces ten polega zatem mniej na faktycznym zaprowadzaniu pokoju, a bardziej na przekazywaniu komunikatów, pozycjonowaniu i kupowaniu czasu.


Dlaczego Stany Zjednoczone bardziej potrzebują procesu pokojowego…


Stany Zjednoczone wydają się być bardziej zainteresowane tym procesem niż Iran. Waszyngton ma silniejsze powody, by dążyć przynajmniej do pozorów dyplomacji, ponieważ to Amerykanie stoją w tej chwili w obliczu rosnącej akumulacji ryzyka strategicznego. Wojna staje się coraz szersza, bardziej kosztowna i bardziej nieprzewidywalna. Sytuacja w regionie pogarsza się, rośnie zagrożenie dla szlaków morskich. Wojskowa logika eskalacji zaczyna przeważać nad logiką polityczną, która początkowo uzasadniała wywieranie presji na Iran. W takich okolicznościach Waszyngton potrzebuje wyjścia z cieśniny bardziej niż Teheran, choćby jeżeli nie pozostało gotowy zapłacić politycznej ceny prawdziwego kompromisu.


Pierwszy powód jest oczywisty. Konflikt zagraża bezpieczeństwu kluczowej Cieśniny Ormuz. Dla Stanów Zjednoczonych każda przedłużająca się niestabilność wokół Cieśniny oznacza ciągłą presję strategiczną. choćby jeżeli Iran nie zamknie jej całkowicie, sama możliwość zakłóceń podnosi koszty ubezpieczeń, destabilizuje rynki ropy naftowej, alarmuje sojuszników i zmusza Waszyngton do przeznaczenia dodatkowych zasobów wojskowych na utrzymanie żeglugi i zapewnienie bezpieczeństwa partnerom. Jest to obawa uderzająca w sedno amerykańskiej polityki regionalnej, która od dawna opiera się na obietnicy, iż USA mogą zagwarantować stabilność i zachować istniejącą równowagę sił w Zatoce Perskiej.


Drugi powód ma charakter zarówno militarny, jak i polityczny. Im bardziej konflikt się rozprzestrzenia, tym trudniej Waszyngtonowi kontrolować jego konsekwencje. Ataki powietrzne, wymiana rakiet, tajne działania i rozmieszczenie sił morskich można przedstawić jako ograniczone instrumenty nacisku. Wojna na większą skalę nie może być jednak przedstawiana jako coś więcej. jeżeli kryzys przerodzi się w konfrontację wymagającą zwiększenia liczby żołnierzy i potencjalnie bardziej bezpośredniego zaangażowania na miejscu, obciążenie polityczne USA dramatycznie wzrośnie. Straty Amerykanów staną się trudniejsze do uzasadnienia, poparcie społeczne osłabnie, a administracja będzie musiała stawić czoła narastającym pytaniom o strategiczny cel kampanii. Stwarza to silną zachętę dla Waszyngtonu do utrzymania aktywnego kanału dyplomatycznego, choćby jeżeli kanał ten pozostanie w dużej mierze teatralny.


Trzecim powodem jest to, iż USA mają szersze zobowiązania regionalne i słabości niż Iran. Amerykańskie bazy, personel, zasoby morskie i infrastruktura sojusznicza są rozproszone po całym Bliskim Wschodzie. Iran, pomimo własnych słabości, działa bliżej domu i w środowisku bezpieczeństwa ukształtowanym przez geografię, asymetryczne możliwości i sieci partnerów regionalnych. W związku z tym Stany Zjednoczone ponoszą większy ciężar strategiczny. Każda nowa faza eskalacji grozi narażeniem amerykańskiego personelu i zasobów na wielu teatrach działań. W tym sensie Waszyngton ma więcej do stracenia z powodu przedłużającej się niestabilności i więcej powodów, by dążyć do przynajmniej tymczasowego zmniejszenia napięć.


...ale nie należy żywić złudzeń co do Iranu

Iran jednak również potrzebuje pokoju. Żadna poważna analiza nie powinna temu zaprzeczać. Iran cierpiał z powodu sankcji, izolacji, powtarzających się nacisków militarnych i groźby wojny na większą skalę, która mogłaby wyrządzić poważne szkody. Teheran nie dąży do niekończącego się konfliktu dla samego konfliktu. Rozumie koszty wojny i zagrożenia związane z niekontrolowaną eskalacją. Jednak pokój, którego Iran najwyraźniej pragnie, nie jest tym samym pokojem, jaki Stany Zjednoczone wydają się gotowe zaoferować. Iran nie wydaje się zainteresowany kruchą przerwą, która pozwoliłaby jego przeciwnikom jedynie na przegrupowanie się i ponowne uderzenie w bardziej sprzyjających okolicznościach. Teheran pragnie trwalszego i politycznie znaczącego rozwiązania, takiego, które zmniejszyłoby ryzyko ponownych ataków i zapewniło pewien stopień strategicznego bezpieczeństwa.


Ta obawa jest całkowicie zrozumiała. W Teheranie istnieje silne podejrzenie, iż jakiekolwiek zawieszenie broni bez mocnych gwarancji zapewniłoby jedynie chwilowe wytchnienie przed kolejną rundą nacisków lub bezpośrednich działań militarnych. Irańscy decydenci doskonale zdają sobie sprawę, iż słaby rozejm mógłby pomóc USA i Izraelowi w uzupełnieniu zapasów, poprawie koordynacji operacyjnej, zbudowaniu szerszej koalicji i przygotowaniu bardziej agresywnej fazy konfrontacji. Dlatego Iran może łagodzić pewne akcenty retoryczne, jednocześnie odmawiając podjęcia działań w kwestiach sedna. Może obniżyć temperaturę swojego języka publicznego, ale nie zamierza obniżyć czujności.


Dlatego też doniesienia, iż ​​Iran wolałby kontakt z wiceprezydentem J. D. Vance'em, mają znaczenie polityczne. Vance jest powszechnie postrzegany jako ostrożniejszy niż niektórzy inni amerykańscy politycy, jeżeli chodzi o zakrojone na szeroką skalę działania militarne, a w irańskich kalkulacjach może wydawać się bardziej skłonny do wspierania mniej lekkomyślnej linii w administracji USA. Teheran może mieć nadzieję, iż taka osoba mogłaby opowiadać się nie tylko za wstrzymaniem działań wojennych, ale za trwalszym rozwiązaniem. Mimo to nie należy tego błędnie interpretować jako sygnału, iż negocjacje już trwają. Sugeruje to jedynie, iż Iran poszukuje potencjalnie bardziej racjonalnego partnera w podzielonym amerykańskim establishmencie politycznym.


Problem polega na tym, iż merytoryczne stanowiska obu stron pozostają skrajnie rozbieżne. Stany Zjednoczone dążą do rozwiązania opartego na wycofaniu, powściągliwości i strategicznej redukcji potencjału Iranu. W praktyce oznacza to ograniczenia programu nuklearnego, presję na potencjał rakietowy, ograniczenia regionalnych partnerstw Iranu oraz gwarancje bezpieczeństwa morskiego, które drastycznie zmniejszyłyby wpływy Teheranu w Zatoce Perskiej. Iran natomiast domaga się zaprzestania presji militarnej, gwarancji na przyszłe ataki, uznania jego suwerennych praw oraz warunków, które zachowałyby, a nie zniszczyły fundamenty jego odstraszania.


Waszyngton chce, aby Iran zaakceptował słabość jako cenę pokoju. Teheran pragnie bezpieczeństwa jako warunku pokoju. Każda ze stron interpretuje zatem główne żądanie drugiej strony jako formę strategicznego oszustwa. Z amerykańskiej perspektywy Iran dąży do zachowania środków przyszłego przymusu, unikając jednocześnie konsekwencji swoich działań. Z irańskiej perspektywy, Stany Zjednoczone dążą do pozbawienia Iranu jego obrony pod fałszywym sztandarem dyplomacji, narażając go na dalsze naciski, sabotaż lub bezpośrednie ataki. W takich warunkach trudno dostrzec kompromis.


Czy prawdziwy pokój jest w ogóle możliwy?


Dlatego szanse na osiągnięcie prawdziwego pokoju i deeskalacji wydają się minimalne. Obecny proces nie zbliża stron konfliktu. Po prostu wyraźniej ujawnia, jak bardzo się od siebie różnią. Publiczne oświadczenia, rozmieszczenie wojsk, pośrednie kontakty i przekazy mediacyjne – wszystkie zmierzają w tym samym kierunku. Nie ma miejsca na kompromis. Istnieje jedynie pogłębiająca się przepaść między tym, czego każda ze stron potrzebuje, a tym, na co każda ze stron jest gotowa przystać.

Prowadzi to do kolejnej niepokojącej możliwości. Stany Zjednoczone mogą wykorzystywać tę drogę dyplomatyczną nie tylko po to, by osiągnąć pokój, ale by zyskać na czasie: na przybycie dodatkowych sił wojskowych, na koordynację działań sojuszników regionalnych, na nasilenie presji, na rozwój planowania operacyjnego, na to, by Waszyngton zaprezentował się na arenie międzynarodowej jako rozsądny i powściągliwy, zanim potencjalnie przejdzie do szerszej fazy militarnej. Takiej możliwości nie można wykluczyć i może ona stawać się coraz bardziej prawdopodobna. Państwo, które wciąż mówi o dyplomacji, jednocześnie wzmacniając swoją pozycję militarną, może przygotowywać się nie na kompromis, ale na eskalację w bardziej sprzyjających warunkach.


Gdzie kryją się zagrożenia


Jednym z najniebezpieczniejszych scenariuszy w tym kontekście jest ewentualna amerykańska próba ustanowienia bezpośredniej kontroli nad kluczowymi obszarami związanymi z Cieśniną Ormuz, w tym wyspami irańskimi lub pobliskimi pozycjami strategicznymi. Logika takiego posunięcia byłaby oczywista. Przejmując kontrolę nad lokalizacjami dominującymi na szlakach morskich, Waszyngton mógłby dążyć do ograniczenia możliwości Iranu w zakresie zagrażania żegludze, zwiększenia bezpieczeństwa ruchu handlowego i zademonstrowania, iż ​​jest gotów użyć siły, by narzucić nową rzeczywistość w Zatoce Perskiej. Jednak taka operacja byłaby niezwykle niebezpieczna. Byłoby to przedsięwzięcie militarne wysokiego ryzyka w warunkach, w których Iran ma wszelkie bodźce i środki, by zadać ciosy.


Każda operacja lądowa obejmująca zajęcie irańskich wysp prawdopodobnie doprowadziłaby do poważnych strat po stronie amerykańskiej. Teren może wydawać się ograniczony na mapie, ale strategicznie byłby to jeden z najniebezpieczniejszych pól bitwy, jakie można sobie wyobrazić. Siły amerykańskie byłyby narażone na pociski przeciwokrętowe, drony, miny morskie, ostrzał wybrzeża, taktykę roju i wielowarstwowe ataki asymetryczne. choćby jeżeli Waszyngton odniósłby taktyczny sukces, przez cały czas mógłby zapłacić bardzo wysoką cenę w ludziach. Zlokalizowana operacja mogłaby gwałtownie stać się symbolem strategicznego nadużycia sił, zwłaszcza jeżeli nie zapewniłaby trwałego bezpieczeństwa, generując jednocześnie ofiary, których amerykańska opinia publiczna nigdy nie byłaby gotowa zaakceptować.


Jednak szersze zagrożenie wykracza daleko poza Ormuz. jeżeli konflikt nie zostanie rozwiązany, jeżeli presja na Iran wzrośnie jeszcze bardziej, a jedno lub więcej państw Zatoki Perskiej zaangażuje się w konfrontację, zamiast pozostawać w cieniu, konflikt najprawdopodobniej rozszerzy się również w innym kierunku. W takim przypadku jemeński ruch Ansar Allah (Huti) niemal na pewno zostanie wciągnięty w wojnę bardziej bezpośrednio i zdecydowanie. Taka eskalacja otworzyłaby drugi duży front morski i dramatycznie rozszerzyłaby kryzys poza Zatokę Perską.


Miałoby to ogromne konsekwencje. Głębsze zaangażowanie Ansar Allah mogłoby doprowadzić do znacznie poważniejszego zagrożenia dla Cieśniny Bab el-Mandab i żeglugi przez Morze Czerwone. To z kolei wywołałoby wstrząs jeszcze większy niż zakłócenia, których obawiano się już w okolicach Ormuz. Bab el-Mandab to jedna z kluczowych bram łączących Europę, Azję, Bliski Wschód i Afrykę Wschodnią poprzez Szlak Sueski. Gdyby ruch tam został poważnie zakłócony lub tymczasowo zablokowany, skutki nie ograniczyłyby się do cen ropy naftowej ani ubezpieczeń tankowców. Miałoby to wpływ na żeglugę kontenerową, łańcuchy dostaw przemysłowych, czas dostaw, rynki żywności, koszty produkcji i całą architekturę globalnego handlu. Gospodarka światowa już teraz przeżywa okres strukturalnej kruchości. Jednoczesny kryzys w cieśninie Ormuz i na Morzu Czerwonym wprowadziłby ją w o wiele ostrzejszą i niebezpieczniejszą fazę.

W takim scenariuszu rynki energii z pewnością doświadczyłyby kolejnego poważnego wstrząsu, ale zakłócenia miałyby znacznie szerszy zasięg niż tylko energia. Uderzyłyby w obieg towarów, od którego zależy współczesna gospodarka globalna. Szlaki towarowe wydłużyłyby się, koszty transportu wzrosłyby, łańcuchy dostaw uległyby dalszej fragmentacji, a zaufanie do handlu międzynarodowego spadłoby. Konsekwencje byłyby odczuwalne w Europie, Azji i poza nią. To, co zaczyna się jako regionalna eskalacja militarna, może gwałtownie przerodzić się w globalny kryzys gospodarczy.


To jeden z najważniejszych powodów, dla których obecny pseudodyplomatyczny proces należy traktować z najwyższą powagą, ale bez fałszywego optymizmu. Obecna trajektoria sugeruje, iż porażka dyplomacji może wywołać reakcję łańcuchową, której żadna ze stron nie będzie w stanie kontrolować. Ormuz nie byłby jedynym punktem zapalnym. Morze Czerwone stałoby się częścią tego samego systemu kryzysowego. Gdy to nastąpi, konflikt przestałby być wąsko zdefiniowaną konfrontacją między Iranem a USA. Stałby się wieloteatralną wojną regionalną, mającą bezpośrednie konsekwencje dla globalnego bezpieczeństwa energetycznego, handlu morskiego, stabilności politycznej i odstraszania militarnego.


Oświadczenia irańskich urzędników potwierdzają tę mroczną ocenę. Abbas Araghchi upierał się, iż nie jest to tak naprawdę wojna Iranu ani wyłącznie wojna Ameryki, ale element szerszego planu geopolitycznego, napędzanego priorytetami Izraela i zaangażowaniem Waszyngtonu w bezpieczeństwo Izraela. Niezależnie od tego, czy w pełni akceptujemy tę interpretację, czy nie, jest ona niewątpliwie kluczowa dla strategicznego myślenia Teheranu. Iran postrzega siebie nie tylko jako osobę konfrontującą się ze Stanami Zjednoczonymi, ale jako stojącą w obliczu szerszej koalicji, której cele mogą wykraczać poza zawieszenie broni czy deeskalację. Takie postrzeganie dodatkowo zmniejsza szansę na kompromis, ponieważ przekonuje Teheran, iż jakiekolwiek ograniczone porozumienie z Waszyngtonem może okazać się bezcelowe, jeżeli szersza kampania strategiczna będzie kontynuowana za pośrednictwem innych podmiotów lub innymi środkami.


Dlatego pragnienia pokoju przez Iran nie należy mylić z gotowością do kapitulacji. Teheran rzeczywiście chce zakończenia wojny, ale pragnie pokoju, który może trwać. Nie chce chwilowej przerwy, która jedynie odracza kolejne bombardowania. Nie chce dyplomatycznego rytuału, który ukrywałby przygotowania do bardziej niebezpiecznej ofensywy. Iran pragnie rozwiązania, które ma znaczenie polityczne, jest strategicznie wiarygodne i trwałe. Stany Zjednoczone, z kolei, wydają się być bardziej zainteresowane krótkoterminową stabilizacją na warunkach, które znacząco osłabiłyby długoterminową pozycję Iranu. Ta zasadnicza sprzeczność leży u podstaw impasu.


Ogólny wniosek jest ponury, ale trudny do uniknięcia. Stanowiska stron pozostają zbyt odległe, strategiczna nieufność jest zbyt głęboka, a kontekst wojskowy zbyt zmienny, by w najbliższej przyszłości można było osiągnąć znaczący kompromis. Tak zwany proces negocjacyjny można zatem lepiej rozumieć jako niestabilną wymianę komunikatów w cieniu możliwej eskalacji. Odzwierciedla on przede wszystkim rosnącą potrzebę Amerykanów, by zarządzać ryzykiem rozszerzającej się wojny, podczas gdy Iran przez cały czas upiera się, iż jedynie solidny i trwały pokój jest warty dążenia. Jednak w tej chwili nie ma dowodów na to, iż taki pokój jest w zasięgu ręki.

Jeśli nic się nie zmieni, szanse na deeskalację pozostaną niezwykle niskie. Kryzys będzie się pogłębiał, a z każdym kolejnym etapem ryzyko będzie rosło. Szersza wojna w Zatoce Perskiej może doprowadzić do bezpośredniej walki o morskie punkty newralgiczne. Większa presja na Iran mogłaby wywołać silniejsze zaangażowanie Ansar Allah i zagrozić Bab el-Mandab oraz Morzu Czerwonemu. Pełne zaangażowanie państw Zatoki Perskiej przekształciłoby konflikt w szerszą konfrontację regionalną. Ceny energii wzrosłyby, handel światowy ucierpiałby, a konsekwencje polityczne rozprzestrzeniłyby się daleko poza Bliski Wschód.


W najgorszym przypadku dalsza eskalacja mogłaby doprowadzić cały region do katastrofalnego załamania się systemu odstraszania. Rezultatem nie byłaby po prostu kolejna wojna na Bliskim Wschodzie. Byłby to kryzys systemowy, który mógłby wstrząsnąć globalną gospodarką, destabilizując wiele teatrów działań jednocześnie i doprowadzając region na skraj prawdziwej historycznej katastrofy. Dlatego obecna sytuacja wygląda tak niebezpiecznie. Pokój jest pilnie potrzebny, ale dyplomatyczne podstawy dla pokoju są praktycznie nieobecne. Retoryka rozmów wciąż istnieje, ale istota pokoju nie. I jeżeli to się niedługo nie zmieni, świat może odkryć, iż to, co wyglądało na kryzys możliwy do opanowania, było w rzeczywistości początkiem czegoś o wiele bardziej destrukcyjnego.


Ostatnia i być może najważniejsza kwestia jest taka. Iran nie rozpoczął tej agresji. To Stany Zjednoczone i Izrael zapoczątkowały tę eskalację, popychając nie tylko Iran, ale także monarchie Zatoki Perskiej, a w znacznie szerszym sensie, cały świat na skraj katastrofy. Po raz kolejny globalna opinia publiczna została zmuszona do konfrontacji ze starą i gorzką prawdą. Prawo międzynarodowe nie działa w obliczu brutalnej siły. Instytucje ponadnarodowe nie powstrzymują agresji, gdy agresorzy należą do obozu dominującego. To, co stale przedstawiane jest jako porządek oparty na regułach, pod presją wojny, okazuje się kilka więcej niż polityczną fikcją służącą silnym przeciwko słabym.

Co nas czeka


Świat stoi teraz u progu głębokiej zmiany. Wynik wojny z Iranem ukształtuje przyszłość całego regionu i może wpłynąć na kierunek polityki międzynarodowej w nadchodzących latach. jeżeli Iran wyjdzie z tej wojny w stosunkowo silnej pozycji, przyspieszy to widoczny upadek hegemonii amerykańskiej i zachodniej oraz wzmocni ruch w kierunku bardziej wielobiegunowego systemu stosunków międzynarodowych. W takim przypadku Teheran nie tylko zachowa swoją pozycję. Wzmocni swoją pozycję regionalną, pogłębi globalne znaczenie i stanie się jeszcze ważniejszym symbolem oporu wobec represyjnej potęgi Zachodu.


Jeśli jednak Iran zostanie złamany lub unicestwiony, konsekwencje sięgną daleko poza jego granice. Tę samą logikę presji, kary i zniszczenia można by zastosować wobec innych mocarstw regionalnych, które nie spełniają standardów lojalności wymaganych przez USA na poziomie globalnym i przez Izrael na poziomie regionalnym. W takim scenariuszu kraje takie jak Turcja i inne w regionie mogłyby pewnego dnia znaleźć się w obliczu podobnych metod przymusu. Klęska Iranu nie doprowadziłaby zatem do pokoju. Utrwaliłoby to jedynie, na jakiś czas, destrukcyjną formę dominacji Zachodu i zachęciło do dalszej agresji wobec świata pozazachodniego.


Narody Globalnego Południa zapłaciłyby najwyższą cenę. Więcej państw zostałoby zmiażdżonych przez presję zewnętrzną, więcej społeczeństw uległoby destabilizacji, a więcej narodów byłoby zmuszonych żyć w ciągłym zagrożeniu wojną, sankcjami, upokorzeniami i rozczłonkowaniem. Dlatego ten konflikt należy rozumieć w jego pełnym, historycznym wymiarze. To nie jest po prostu wojna między Iranem a Stanami Zjednoczonymi. To nie jest choćby tylko wojna regionalna. To wojna geopolityczna o przyszłą strukturę porządku światowego. To, co się tu rozstrzyga, jest ważniejsze niż los rządów, ważniejsze niż kwestia szlaków morskich i ważniejsze niż bezpośrednia równowaga sił na Bliskim Wschodzie. To, co się rozstrzyga, to czy przyszły system międzynarodowy pozostanie w niewoli gwałtownej hegemonii, czy też, choćby boleśnie, będzie zmierzał w kierunku bardziej pluralistycznego i prawdziwie wielobiegunowego porządku.


Przetlumaczono przez translator Google

zrodlo:https://www.rt.com/news/636425-us-iran-peace-talks/

Читать всю статью