Od samego początku wojny na Ukrainie w lutym 2022 roku Polska została, na własne życzenie i życzenie „sojuszników” – wciągnięta w nią po uszy, by użyć sformułowania Viktora Orbana.
Nie chodzi tu rzecz jasna tylko o przyjęcie milionów uchodźców i uciekinierów (zresztą różnej narodowości), których liczba oceniania jest na 6,5 mln (w Polsce zostało ok. 1,5 mln z nich), ale cały szereg innych działań polskiego rządu. Polskie wsparcie, militarne i finansowe, dla Ukrainy to osobny problem. Mnie bardziej będzie interesować to, co się dzieje u nas, w tym odpowiedź na pytanie – czy mamy do czynienia z ukrainizacją Polski, a jeżeli tak – to na czym ona polega? Po raz pierwszy problem ten postawił na forum publicznym Grzegorz Braun, który podczas jednej z konwencji Konfederacji (w której jeszcze był) użył hasła „Stop ukrainizacji i banderyzacji Polski”. Nie spotkało się to wówczas z entuzjazmem kierownictwa tej formacji, czego wyrazem było ostentacyjne nie wstanie Sławomira Mentzena, kiedy sala zareagowała na słowa Brauna owacją. Co prawda Braun nie sprecyzował wtedy, co rozumie pod tym terminem, nie powiedział na czym polega „ukrainizacja”, ale lud podskórnie już wyczuwał, iż jest to prawda.
No właśnie, jeżeli Braun miał rację, to adekwatnie na czym polega owa „ukrainizacja” czy „banderyzacja” Polski? W moim przekonaniu bardziej adekwatny jest tu pierwszy termin, bo jeżeli chodzi o banderyzację, to jest to raczej w Polsce zjawisko raczej śladowe, choć i ono występuje. Na pewno nie jest ukrainizacją, w politycznym tego słowa znaczeniu, duża liczba ukraińskich przybyszy zamieszkałych w Polsce. Społeczność ta dzieli się na dwie grupy – pierwsza grupa to ci, którzy przyjechali do Polski „za pracą” przed 2022 rokiem, druga to ci, którzy przyjechali po 2022 roku. O ile pierwsza z tych grup nie stanowiła żadnego problemu, bo byli to ludzie, którzy dobrze pracowali, nie mieli żadnych roszczeń, nie rzucali się w oczy i nie stwarzali problemów, to druga grupa taka już nie była. Znaleźli się w niej bowiem tzw. aktywiści rożnych fundacji, organizacji, a pewnie i ukraińskich służb, którzy od samego początku zaczęli zajmować się polityką, lobbingiem, organizowaniem demonstracji, pikiet i wieców. Nie jest to grupa liczna, ale krzykliwa i ekspansywna. Ich działalność oczywiście nie spotkała się z żadnymi ograniczeniami ze strony polskich władz. Wręcz przeciwnie, cieszy się ona wsparciem nie tylko medialnym, organizacyjnym, ale i finansowym. W organizacjach tych przeważa młodzież ukraińska, która jest także głównym uczestnikiem wieców i manifestacji politycznych.
Drugie zjawisko, jakie się pojawiło, to swoista demoralizacja sporej części diaspory ukraińskiej z racji przyznania im przywilejów socjalnych. W połączeniu z głupią propagandą głoszącą, iż Ukraina walczy za nas, za naszą wolność i niepodległość – sprawiła znaczące zmiany w mentalności tych ludzi. Skoro walczymy za was, giniemy na froncie – to powinniście traktować nas na specjalnych warunkach i nie wysuwać wobec nas żadnych żądań. Polska padła tu ofiarą własnej propagandy, no bo jeżeli wysuwa się jednocześnie postulaty związane ze zbrodniami UPA, Wołyniem, ekshumacjami – to spotyka się to z agresją i niezrozumieniem. Jak możecie żądać od nas tego teraz, kiedy, jak sami mówicie, walczymy i giniemy za was? I ze swojej pespektywy Ukraińcy mają tu rację, ale tę nienormalną sytuację stworzyła polska propaganda, która wynosi z jednej strony obecną Ukrainę na piedestał, a drugiej żąda od niej pokajania się za historię.
Wszystko to sprawia, iż polska opinia publiczna stopniowo zaczęła stygnąć w swoich proukraińskich nastrojach z roku 2022, co teraz przechodzi już w stan zniecierpliwienia czy choćby wrogości, której ofiarą padają często Ukraińcy z pierwszej grupy, pracującej u nas od lat. Z drugiej strony mamy zjawisko odwrotne – Ukraińcy przebywający w Polsce są coraz bardziej antypolscy, co wykazały niedawne badania, których wyników najpierw w ogóle nie opublikowano, by nie burzyć błogiego przekonania, iż mamy do czynienia z wielką przyjaźnią obu narodów. Wspomnijmy na koniec także o innej ważnej kwestii, tzn. o nachalnym wciskaniu do polskiej przestrzeni publicznej języka ukraińskiego. Napisy i komunikaty w tym języku są powszechne, w środkach transportu, na poczcie, w urzędach, na drukach reklamowych, w bankach. Dzieje się tak, mimo iż – jak wykazały badania – 65 proc. Ukraińców w Polsce używa na co dzień języka rosyjskiego, choć wielu z nich publicznie się z tym nie obnosi. Mamy wiec do czynienia z urzędową próbą władz polskich ukrainizacji językowej rosyjskojęzycznych Ukraińców. To także dowód na to, iż i w tej sferze realizujemy jako państwo postulaty szowinistycznej polityki Kijowa, który walczy z językiem rosyjskim na każdym kroku.
Opisane tu zjawiska są ważne, ale jeżeli chodzi o postawione na początku pytanie – są jeszcze ważniejsze. Ukrainizacja bowiem dokonuje się także w zupełnej innych obszarach. Chodzi tu przede wszystkim o świadome działanie polskich władz, które realizują praktycznie wszystkie postulaty kijowskiej propagandy i ukraińskiej polityki bieżącej, kulturalnej i historycznej. Staliśmy się jako państwo bezkrytyczną tubą tej propagandy. Media w Polsce od samego początku relacjonowały wojnę na Ukrainie przez okulary tylko jednej strony, ukraińskiej. Były w tym przekazie zarówno rzeczy kuriozalne (legendarna babcia, który zestrzeliła rosyjski samolot przy pomocy słoika z ogórkami), jak i poważne i niebezpieczne (relacjonowanie rzekomej wielkiej masakry czy choćby „ludobójstwa” w Buczy). Nikt nie zadawał pytań, nikt nie miał żadnych wątpliwości, nikt nie zamierzał podważać ukraińskiej wersji wydarzeń. Każdy inny głos był traktowany jako próba lansowania „narracji Kremla”. W przeciwieństwie do państw Europy Zachodniej, nie mówiąc już o USA, w Polsce nie ma żadnych rosyjskich dziennikarzy, przyjęliśmy, razem z krajami bałtyckimi najbardziej restrykcyjne przepisy mające na celu odcięcie polskiej opinii publicznej od głosu drugiej strony. Czymże to jest, jak nie ukrainizacją polskiej przestrzeni medialnej? Ba, do mediów w Polsce (z których, jak w wiadomo część nie jest w ogóle polska, vide TVN czy liczne portale internetowe) przyjęto nieznaną bliżej liczbę ukraińskich dziennikarzy. Zaprasza się do komentowania ukraińskich „ekspertów” forsujących ukraińską narrację i propagandę. Nie jest oczywiście czymś niedopuszczalnym, iż oni występują w mediach, ale to, iż ich punkt widzenia jest uznawany, także przez polskich dziennikarzy, za jedynie słuszny. Media nie są więc miejscem wymiany poglądów, tylko często bezczelnej propagandy. Możemy więc mówić o ukrainizacji mediów w Polsce.
Drugi obszar, w którym mamy z tym do czynienia, to kultura. Nagle, z dnia na dzień – uznano w Polsce kulturę rosyjską za nieistniejącą, za „barbarzyńską” czy będącą na usługach „rosyjskiego imperializmu”. Było to, owszem, początkowo zjawisko obejmujące prawie wszystkie kraje Zachodu, ale stopień zaciekłości, zacietrzewienia i bezmyślności – był i jest u nas znacznie większy niż np. we Francji czy we Włoszech. Totalna wojna z kulturą rosyjską to kolejny dowód na przyjęcie wytycznych w tej kwestii polityki ukraińskiej. To na Ukrainie uznano całą kulturę rosyjską za przejaw „rosyjskiego kolonializmu”, masowo ukrainizowano rosyjskich twórców (Michał Gogol, Ilja Repin, Anton Czechow itp.) – lub, jeżeli nie było można, wymazywano ich z pamięci. Niszczy się pomniki Puszkina, zamyka Muzeum Bułhakowa w Kijowie, wycofuje z bibliotek dzieła choćby Lwa Tołstoja. W Polsce sztucznie lansuje się pisarzy ukraińskich, wprowadza w księgarniach działy „książki ukraińskie”, próbuje się przekonywać, iż mamy do czynienia z wielką literaturą (vide Oksana Zabużko), choćby wtedy kiedy mamy do czynienia z klasyczną grafomanią.
Wreszcie obszar nauki. Jak wiadomo, po 2022 Polska zerwała wszelkie kontakty jakie miały polskie uczelnie z rosyjskimi. Przerwano programy badawcze, wymianę naukową, organizację konferencji i wydawanie wspólnych publikacji. W zamian szeroką ławą napłynęli do polskich uczelni „naukowcy ukraińscy”. Ich poziom jest niski, o czym świadczą coraz liczniejsze wspólne publikacje historyczne. „Naukowy” ci przynoszą do polskiej nauki także postulaty ideologiczne, realizują misję „derusyfikacji” polskiej nauki. Mamy dla przykładu projekt badawczy Centrum Mieroszewskiego o „rosyjskiej narracji” w polskiej nauce, którego celem jest „zdemaskowanie” wrogich tendencji i „fałszywych” interpretacji. Walka z „rosyjską narracją” odnosi się nie tylko do czasów obecnych, obejmuje całą historię od zarania historii państwa polskiego. Odbywa się to z równolegle lansowaną kuriozalną tezą o 1000 lat „polsko-ukraińskiej przyjaźni”. Przykład? Proszę bardzo.
Dr Piotr Kroll, historyk z Uniwersytetu Warszawskiego, w wywiadzie dla PAP, mówi: „Współpraca między Polską a Ukrainą sięga początków naszych państwowości, czyli Rusi Kijowskiej oraz państwa Mieszka I. Oba kraje sąsiadowały, co w naturalny sposób sprzyjało wzajemnym kontaktom i wpływom. Można zatem powiedzieć, iż historia Polski oraz historia Ukrainy bardzo często się przeplatały”. Jak to możliwe, żeby zawodowy historyk uznał, iż Polska i Ukraina współpracowały ze sobą już od czasów Mieszka I? To jest tajemnica, którą rozwikłać będzie trudno. Każdy, choćby średnio pojętny uczeń, wie, iż Ukraina powstała dopiero w XX wieku, a nie w X czy XI. Ale pan doktor zdaje się tego nie zauważać. Przypisywanie Rusi Kijowskiej atrybutów państwa „ukraińskiego” jest przejawem skrajnego oportunizmu, wychodzeniem naprzeciw oczekiwaniom politycznym.
W raporcie opublikowanym przez Polski Instytut Spraw Zagranicznych (PISM) możemy się przekonać o skali zlewnia się polskiej i ukraińskiej nauki. Jak czytamy, od samego początku wojny „jednym z kluczowych elementów pomocy było udzielenie bezpośredniego wsparcia ukraińskim studentom i naukowcom. Polskie instytucje, w tym Narodowa Agencja Wymiany Akademickiej (NAWA), uruchomiły programy stypendialne umożliwiające kontynuację nauki i badań. W ramach tych działań oferowano również wsparcie psychologiczne oraz kursy języka polskiego, które miały ułatwić integrację ukraińskich uchodźców w polskim systemie edukacyjnym”. 4 marca 2022 roku „Ministerstwo Edukacji i Nauki wraz z Konferencją Rektorów Akademickich Szkół Polskich (KRASP) powołało Sieć Koordynatorów ds. Pomocy Ukrainie. W jej ramach 310 polskich instytucji i uczelni skutecznie koordynowało działania pomocowe, wymieniając się dobrymi praktykami i gromadząc informacje o potrzebach ukraińskiego środowiska akademickiego”. To tylko niektóre przykłady. A jakie są tego następstwa? Polityzacja i ukrainizacja nauki polskiej, częste przypadki prześladowania naukowców „niesłusznych”, donosy na nich, i całkowity upadek prawdziwych badan naukowych na temat relacji polsko-rosyjskich.
I na koniec sprawa kluczowa. Czy to wszystko nie jest czasem wstępem do powstania jakiegoś polsko-ukraińskiego tworu państwowego, federacji czy wręcz wspólnego państwa? Póki co nikt się do tego nie przyznaje, ale balony próbne, jak na to zareagują Polacy – już się pojawiły. Pamiętamy jeden z Campusów organizowanych przez Rafała Trzaskowskiego, kiedy to lider PSL Władysław Kosiniak-Kamysz taki postulat sformułował. To charakterystyczne, iż właśnie on, a nie polityk PO. Kamysza użyto jako przedskoczka, który ma rozpoznać pole bitwy bojem. Na drugi dzień wszyscy się od tego pomysłu zdystansowali, ale to nie znaczny, iż tego rodzaju wizje nie kołaczą się w umysłach polskich polityków.
Może to być wyjście naprzeciw podszeptom zza Oceanu. W marcu 2023 roku amerykański magazyn „Foreign Policy” zaproponował więcej niż powrót w Europie Środkowej do geopolitycznych rozwiązań z okresu I RP. Znany amerykański magazyn postulował wręcz połączenie Polski oraz Ukrainy w „federację lub konfederację” państwową, co byłoby pośrednim sposobem na wejście Kijowa do struktur Unii Europejskiej oraz NATO. Publikacja ta zbiegła się w czasie mniej więcej z pojawieniem się takich samych głosów w Polsce. Obok Kosiniaka-Kamysza, postulat taki sformułował Marek Budzisz, z think-tanku „Strategy and Future”. „Tak jak w maju 1950 Robert Schumann i Jean Monnet opracowali plan polityczny, który siedem lat później doprowadził do powstania pierwszych organizacji dających początek Unii Europejskiej, tak i my winniśmy zacząć myśleć o deklaracji ideowej zapowiadającej powołanie polsko–ukraińskiego państwa federacyjnego, które może ziścić się za lat 10, ale już dziś powinno porządkować naszą i ukraińską politykę, także – co jest zdecydowanie ważniejsze – to, jak nasze narody myślą o sobie nawzajem” – napisał Budzisz.
Co prawda jego pomysł został skrytykowany, ale pewnie uznano, iż lepiej przedwcześnie tego nie ujawniać, choć jest słuszny. Nie wystarczy mieć racji, trzeba wiedzieć kiedy. Póki co mamy do czynienia z pełzającą ukrainizacją Polski, i to na razie wystarczy. Czy na końcu tej drogi będzie jakiś pomysł powstania polsko-ukraińskiej federacji czy państwa? Na dzisiaj to raczej fantasmagoria, choćby z tego powodu, iż politycy ukraińscy wręcz wyśmiali polskie pomysły tego typu. Oni uważają, iż to Ukraina jest potęgą a nie Polska, i iż to Ukraina będzie dyktować warunki w tej części Europy. Wspólne państwo nie jest im do niczego potrzebne. Dlatego akceptują ukrainizację Polski, żeby móc wpływać na nasze wewnętrzne sprawy, na naszą politykę we wszystkich sferach życia, ale sami nie mają zamiaru dokonywać jakiejś polonizacji Ukrainy. Mamy więc do czynienia z niebezpiecznym, bo jednostronnym trendem osłabiającym naszą odporność na ukraińskie wpływy. To w polskim rządzie i polskich instytucjach mamy wielu Ukraińców, ale nie mamy Polaków w rządzie i instytucjach ukraińskich. Nie wiemy do końca, czy proces ten jest jedynie rezultatem głupoty i marzycielstwa polskich elit, czy też jest dyskretnie wspomagany z zewnątrz.
Jan Engelgard
Jest to tekst, który ukazał się w najnowszym tomie szkiców polsko-rosyjskich prof. Witolda Modzelewskiego pt. Czy czeka nas „czwarta zdrada Zachodu”?
Myśl Polska, nr 13-14 (29.03-5.04.2026)
fot. profil X Prezydenta Ukrainy















