Ukraina odzyskała około 140 km² we wschodnim Donbasie w ramach operacji „Vivaldi”, a miesięczne straty Rosji mają sięgać około 42 tys., powiedział Wołodymyr Zełenski w wywiadzie dla Reutersa. Prezydent Ukrainy twierdzi, iż Władimir Putin odpowiada „nową doktryną”. Dla Polski oznacza to, iż rosyjska presja nie znika mimo kosztów wojny.
Operacja „Vivaldi” i 140 km² odzyskanego terenu
Według informacji przekazanych przez Interię Wołodymyr Zełenski podał w rozmowie z Reutersem, iż w ramach operacji „Vivaldi” siły ukraińskie odzyskały około 140 km² we wschodnim Donbasie. Prezydent Ukrainy powiązał ten wynik z reakcją Władimira Putina, którą określił mianem „nowej doktryny”.
To istotny sygnał, ale jego granice są jasne. Udostępniony materiał nie opisuje założeń tej doktryny ani nie podaje szczegółów przebiegu operacji. Nie wolno więc dopisywać kierunków natarcia, nazw jednostek czy dalszych planów. Potwierdzony przekaz sprowadza się do odzyskanego obszaru, deklarowanej skali rosyjskich strat i politycznej oceny Zełenskiego.
Rosyjskie straty według Zełenskiego
Zełenski stwierdził również, iż rosyjskie straty wzrosły do około 42 tys. miesięcznie. Liczba pochodzi z wypowiedzi strony ukraińskiej, a źródło nie zawiera jej niezależnej weryfikacji. Nie zmienia to znaczenia samej deklaracji: Kijów chce pokazać, iż Rosja płaci wysoką cenę za utrzymywanie presji na froncie i nie ma pełnej swobody działania.
Rosyjska odpowiedź nie ogranicza się przy tym do bezpośrednich działań wojennych. W szerszym obrazie bezpieczeństwa mieszczą się także groźby Moskwy wobec europejskich zakładów zbrojeniowych. Kreml próbuje podnosić koszt wspierania Ukrainy i oddziaływać na państwa NATO presją, zastraszaniem oraz działaniami poniżej progu otwartej wojny.
Co rosyjska presja oznacza dla Polski
Dla Polski wynik operacji „Vivaldi” jest korzystny, jeżeli rzeczywiście ogranicza rosyjskie możliwości na froncie. Nie daje jednak prawa do samozadowolenia. Państwo rosyjskie ponosi straty, ale przez cały czas szuka narzędzi nacisku na zaplecze Ukrainy i wschodnią flankę NATO. Świadczą o tym również ostrzeżenia dotyczące możliwego sabotażu systemów Starlink.
Polski interes narodowy wymaga trzeźwego podejścia. Warszawa powinna wzmacniać własną armię, ochronę infrastruktury i przemysł obronny, zamiast uznawać każde rosyjskie niepowodzenie za trwałe odwrócenie losów wojny. Pomoc Ukrainie ma sens tam, gdzie wiąże rosyjski potencjał i zwiększa bezpieczeństwo Polski, ale musi iść w parze z odbudową własnych zdolności.
Sam obszar odzyskany przez Ukraińców nie rozstrzyga wojny. Pokazuje jednak, iż koszt rosyjskiej agresji można podnosić, a inicjatywa na froncie nie musi należeć stale do Moskwy. Polska powinna patrzeć na takie informacje przez własny interes: ile czasu zyskujemy na modernizację armii i czy potrafimy ten czas dobrze wykorzystać. Odpowiedzią nie może być bierność.
Wojna na wyczerpanie trwa
Odzyskanie około 140 km² pokazuje, iż Rosja nie kontroluje biegu wydarzeń w sposób pełny. Deklarowane 42 tys. strat miesięcznie wskazuje zarazem na skalę ceny, jaką ma płacić za dalszą agresję. Nie znamy treści zapowiadanej „nowej doktryny” Putina, dlatego rozsądek nakazuje oceniać czyny, nie etykiety.
Dla Polaków stawka jest konkretna: czas kupiony na Ukrainie trzeba wykorzystać na zbrojenia, odporność państwa i ochronę granic. Rosyjska słabość może być chwilowa. Polskie bezpieczeństwo musi być trwałe.
Źródło: Interia Wydarzenia
Źródło: Interia Wydarzenia












