Tylko 15,6 proc. Polaków obawia się, iż wojna na Ukrainie przeniesie się do Polski, wynika z sondażu IBRiS dla „Rzeczpospolitej” opublikowanego 24 września 2026 r. Dwa lata wcześniej strach deklarowało 27,3 proc. badanych. Spadek lęku jest wyraźny, ale dla państwa oznacza także ryzyko uśpienia społecznej czujności.
Strach wyraźnie osłabł
Badanie IBRiS dla „Rzeczpospolitej” przyniosło jednoznaczny wynik. Rozlania wojny na terytorium Polski obawia się 15,6 proc. respondentów. Takiego scenariusza nie przewiduje 77,1 proc., a 7,2 proc. nie ma zdania.
Różnica wobec poprzednich pomiarów jest duża. W kwietniu 2024 r. obawy deklarowało 27,3 proc. ankietowanych, 53,6 proc. odrzucało taki scenariusz, a 19,1 proc. nie potrafiło odpowiedzieć. W lutym 2023 r. przeniesienia wojny do Polski bało się 32,4 proc. badanych. W pierwszych tygodniach po rosyjskiej napaści na Ukrainę, w marcu 2022 r., było to 34 proc.
Nie jest to więc chwilowe wahnięcie, ale kilkuletni trend. Wojna trwa, ale wielu Polaków psychologicznie odsunęło ją od codziennego życia. Taka reakcja jest zrozumiała po latach alarmujących nagłówków. Nie może jednak zastąpić trzeźwej oceny rosyjskiego zagrożenia.
PiS najbardziej zaniepokojone, Konfederacja najmniej
Największe obawy odnotowano wśród wyborców PiS. Strach przed przeniesieniem konfliktu do Polski deklaruje 27 proc. z nich. Wśród wyborców Konfederacji aż 92 proc. nie obawia się takiego rozwoju wydarzeń. Wynik pokazuje poważną różnicę w ocenie bezpieczeństwa między częściami polskiej prawicy.
Niepokój częściej wyrażają kobiety, wśród których odsetek ten wynosi 25 proc., oraz osoby po pięćdziesiątce, gdzie sięga 32 proc. Po przeciwnej stronie są mężczyźni: 90 proc. nie obawia się rozlania wojny. Wśród trzydziestolatków taką odpowiedź wskazało 91 proc., a w grupie osób z wykształceniem podstawowym lub zawodowym 94 proc.
Sondaż opisuje emocje, a nie faktyczną gotowość państwa. To ważne rozróżnienie. Brak lęku może wynikać z poczucia bezpieczeństwa, zmęczenia tematem albo przekonania, iż konflikt pozostanie za wschodnią granicą. Sam wynik nie rozstrzyga, która z tych przyczyn dominuje. Nie mierzy też wiedzy o procedurach alarmowych ani gotowości rodzin do działania w sytuacji kryzysowej.
Państwo ma przygotowywać, a nie straszyć
Prof. Maciej Milczanowski z Uniwersytetu Rzeszowskiego, były oficer Wojska Polskiego, wskazał w rozmowie z „Rzeczpospolitą” na efekt przyzwyczajenia do wojny. Jego zdaniem społeczeństwo potrzebuje rzetelnego informowania o zagrożeniach oraz praktycznego przygotowania. Wymienił brak schronów, szkoleń i próbnych alarmów w szkołach.
To sedno sprawy. Polacy nie powinni żyć w permanentnym strachu, ale muszą wiedzieć, jak zachować się podczas alarmu i gdzie szukać schronienia. Państwo, które ogranicza się do ostrzeżeń, hoduje frustrację. Państwo sprawne buduje obronę cywilną, ćwiczy procedury i przekazuje obywatelom jasne instrukcje. Samorząd, szkoła i służby muszą mówić jednym językiem, bo w kryzysie chaos informacyjny kosztuje najwięcej.
O realności zagrożenia mówił niedawno także Donald Tusk, wskazując na możliwość dalszej rosyjskiej eskalacji. Z kolei Krzysztof Bosak podkreślał, iż pomoc dla Ukrainy musi być podporządkowana polskiemu interesowi. Obie kwestie trzeba rozdzielać: Polska nie może przyjąć cudzej wojny jako własnej, ale musi twardo przygotować własne terytorium, wojsko i ludność na każdy scenariusz.
Spokój nie zwalnia z odpowiedzialności
Spadek lęku sam w sobie jest dobrą wiadomością. Naród sparaliżowany strachem nie podejmuje rozsądnych decyzji. Gorzej, jeżeli spokój staje się obojętnością, a codzienna normalność usprawiedliwia zaniedbania władz.
Dla Polaków stawka jest konkretna: sprawne alarmowanie, dostęp do schronienia, odporna infrastruktura i wiarygodna armia. Sondaż nie daje rządzącym prawa do samozadowolenia. Daje im jasne zadanie. Mają zamienić społeczny spokój w odporność państwa, zanim kolejny kryzys wystawi tę odporność na próbę.
Źródło: „Rzeczpospolita”, sondaż IBRiS opublikowany 24 września 2026 r.
Źródło: Bankier.pl











