Tajskie władze 25 sierpnia poleciły łączyć bazy skarbowe, rejestrowe i policyjne po serii nalotów na spółki nieruchomościowe kontrolowane przez cudzoziemców. W śledztwach pojawia się polski wątek: firma Tropical House Co. z kapitałem 4 mln bahtów miała kontrolować wille warte ponad 200 mln bahtów. To lekcja suwerenności gospodarczej.
Tajlandia uszczelnia kontrolę nad ziemią
Wiceminister spraw wewnętrznych Tajlandii Worasit Liangprasert 25 sierpnia nakazał służbom i urzędom ściślej koordynować działania przeciwko podejrzanym strukturom nominee, czyli układom, w których lokalni figuranci formalnie trzymają udziały dla cudzoziemców. Jak podał Khaosod English, kontrole obejmują własność ziemi, hotele, firmy oraz pracę cudzoziemców na wyspach Koh Samui i Koh Phangan.
Tajska administracja ma łączyć dane Departamentu Rozwoju Biznesu, urzędu ziemskiego, fiskusa, władz lokalnych, inspekcji pracy i służb policyjnych. To nie jest biurokratyczna fanaberia. Państwo, które nie wie, kto faktycznie kontroluje ziemię, przedsiębiorstwo i przepływ pieniędzy, oddaje część suwerenności w ręce prawników od obchodzenia przepisów.
Liczby pokazują skalę problemu
Według danych z prowincji Surat Thani działa tam 25 864 zarejestrowanych podmiotów prawnych. Khaosod English podał, iż 11 721 ma zagranicznych udziałowców, a w 9 281 udział cudzoziemców przekracza 49 proc. Na samym Koh Samui zarejestrowano 12 906 podmiotów, na Koh Phangan 5 009. Wstępna kontrola wykazała 5 486 firm zarejestrowanych pod tymi samymi adresami i 4 621 osób posiadających udziały w wielu spółkach.
Tajskie władze podkreślają, iż same liczby nie oznaczają winy. Służą do typowania spraw do sprawdzenia. To ważne zastrzeżenie, bo legalny kapitał zagraniczny nie jest przestępstwem. Problem zaczyna się wtedy, gdy konstrukcja prawna ma tylko udawać tajską własność, a realna kontrola, pieniądze i zysk idą gdzie indziej.
Hua Hin, wille i zatrzymania
Szeroka akcja ma już konkretne etapy. The Nation informował, iż 10 sierpnia ponad 200 policjantów i urzędników przeszukało 15 lokalizacji w Hua Hin, celując w 33 spółki podejrzewane o wykorzystywanie tajskich udziałowców do trzymania nieruchomości dla cudzoziemców. Zatrzymano 13 obcokrajowców, a sądy wydały nakazy aresztowania wobec 45 zagranicznych osób. Wezwano też 39 obywateli Tajlandii na przesłuchania.
Nieruchomości w badanym osiedlu miały kosztować po około 10-20 mln bahtów za dom lub willę z basenem. Szersze postępowanie w Hua Hin obejmuje 33 spółki i majątek warty około 300 mln bahtów. Funkcjonariusze zabezpieczyli dokumenty rejestrowe, księgi rachunkowe, komputery, telefony i dane elektroniczne. To klasyczna praca państwa, które nie pyta rynku o zgodę na egzekwowanie prawa.
Polski wątek: Tropical House Co.
Wątek polski pojawia się w sprawie Tropical House Co. w Krabi. Jak relacjonował Bankier.pl za PAP, w czerwcu przesłuchano 38 osób, w tym polską parę. Spółka z kapitałem zakładowym 4 mln bahtów miała kontrolować luksusowe wille o wartości ponad 200 mln bahtów, choć w dokumentach widniał wyłącznie kapitał tajski.
To są zarzuty i ustalenia śledczych, nie prawomocny wyrok. Sens sprawy jest jednak szerszy niż los jednej pary czy jednej spółki. Polacy od lat coraz śmielej szukają nieruchomości za granicą, o czym DN pisał przy okazji tekstu o tym, jak polski kapitał płynie do Hiszpanii. Różnica polega na tym, iż każde państwo ma własne reguły. Kto chce zarabiać na cudzym rynku, musi je respektować.
Prawo ziemi to sprawa państwowa
Tajlandia nie udaje, iż ziemia jest zwykłym towarem oderwanym od państwa, wspólnoty i bezpieczeństwa. Ograniczenia dla cudzoziemców w posiadaniu gruntów są tam fundamentem systemu. Można się z tym zgadzać lub nie, ale trudno odmówić temu realizmu. Ziemia, turystyka, hotele i lokalne usługi tworzą władzę ekonomiczną nad miejscem.
Polska powinna patrzeć na tę sprawę bez kompleksów. Własność strategiczna, mieszkania w kurortach, grunty rolne, porty, energia i infrastruktura nie mogą być traktowane wyłącznie jako wykres z rentownością. Państwo narodowe ma obowiązek wiedzieć, kto naprawdę stoi za spółką. Tajlandia pokazuje brutalnie prostą zasadę: otwartość na inwestycje nie oznacza zgody na fikcję prawną.
Lekcja także dla Polski
W tej samej Tajlandii państwo musi mierzyć się z problemami bezpieczeństwa wewnętrznego, o czym DN pisał przy tekście o ponad 50 podpaleniach na południu kraju. Teraz widzimy drugi wymiar tej samej logiki państwowej: kontrolę nad kapitałem, ziemią i legalnością działania firm. Bez tego porządek publiczny staje się pustym hasłem.
Dla Polaków to ostrzeżenie podwójne. Po pierwsze, za granicą nie wolno mylić sprytu z obchodzeniem prawa. Po drugie, własne państwo też powinno mieć narzędzia, by widzieć realnego właściciela i beneficjenta. Suwerenność nie kończy się na hymnie i fladze. Zaczyna się tam, gdzie urzędnik potrafi sprawdzić dokument, a służba doprowadzić sprawę do końca.
Źródło: Khaosod English, The Nation, Bankier.pl/PAP, WP Finanse.
Źródło: Bankier.pl












