Sztuka polega na tym, żeby zrobić coś tak, jak nikt nie zrobił Z Piotrem Głowackim o wysiłku i staranności, które niosą piękno, rozmawia Angelika Swoboda

nno.pl 2 дни назад

Co widzisz, gdy mówię „piękno”?


Zawsze, gdy nie wiem, zaczynam od samego słowa. Sprawdźmy w słowniku etymologicznym Aleksandra Brücknera. „Słowo to innym Słowianom zupełnie obce utworzone od piek – starać się. Piękrzyć, pieczołować. Dawny język miał podobnych wyrazów więcej: urępny, sudanny, krasny”. Ale zwyciężyło „piękno” i objęło wszystko, co pod pięknem, w pięknie dla nas i dziś się kryje. Polskie piękno, a w nim staranie się. interesujące bardzo. Nie sprawdzałem wcześniej tego hasła, a zgadza się z tym, co czuję. W pięknie dla mnie, odkąd je rozmyślam, zawsze krył się jakiś rodzaj wysiłku, staranność, obfitość, pożywność, pewien rodzaj bogactwa i dążenie ku górze.

Dążenie ku górze nieodparcie kojarzy mi
się z tobą. Lubisz się wspinać.


Uwielbiam ten moment w trakcie wysiłku, na przykład gdy chodzę z dziećmi po Beskidach, jesteśmy w połowie drogi i wyciągam termos ze słodką herbatą, a oprócz niej kanapki z masłem i serem albo kotletem sojowym, bo dzieci lubią. Siedzimy uspokojeni staraniem i mamy dookoła ludzi, którzy są w podobnym stanie. I doświadczamy piękna przyrody

Czy to jest piękno zapierające dech
w piersiach?

Raczej zgodne z oddechem. Uspokojone. Piękno to dla mnie harmonia zjednoczenia z tym wielkim, które mnie otacza, przenika. Lubię te podróże z dziećmi letnią porą, kiedy zrywamy i zjadamy, co się wokół da zjeść. Jesteśmy otwarci na smaki, na kolory, na rośliny. Dzieci mają wtedy większą niż w mieście otwartość na doświadczanie świata. Niedawno mieliśmy taką sytuację: Ida weszła w jagody, szła i zrywała, szła i jadła te jagody i nagle zrobiła się cała jagodowa. Była oszołomiona tymi jagodami, z językiem jagodowym, ustami i jagodowymi rękami.

Piotr Głowacki, archiwum prywatne

Czy ty jako dziecko też byłeś zafascynowany pięknem otaczającej cię przyrody?

Pochodzę z Kujaw. Ten region jest tak płaski, iż trudno zachwycić się w pierwszym momencie krajobrazem, którego jakby nie ma, ale po chwili może zacząć przypominać blejtram, na którym o wiele wyraźniej malują się wszystkie zmiany pogody i pory roku. Nie było tam gór, morza czy innej wody. Pamiętam, kiedy miałem może z pięć lat. Totalna zima, czas karnawałowy. Wracaliśmy z rodzicami od rodziny, która mieszkała od naszego domu niecały kilometr. W siarczystym mrozie. Opatulony w koce, ciągnięty na sankach, jechałem przez zmrożone pola równiutko zasypane śniegiem. Była pełnia księżyca, która na biel śniegu rzuca światło słońca. Noc, a jednocześnie bardzo jasno. I pamiętam starszego ode mnie kuzyna, który stał przed chałupą i na pożegnanie grał wtedy dla nas na trąbce, a muzyka niosła się po tej skrzącej płaszczyźnie po kraniec świata, wypełniała go, tworzyła.

Piękno w najczystszej postaci!

Gdy weszliśmy do domu, skończył grać, bo nas widział jak na dłoni. Teraz pomyślałem o pięknie w kontekście harmonii. O tym, iż aby zagrać dobrze na instrumencie, trzeba poćwiczyć, trzeba się postarać.

To prawda.

Niedawno w szkole moich dzieci odbywało się… kraszenie, upiększanie dyń. Ogłoszono konkurs wśród dzieci, które zrobi to najładniej. Przedłużyły mi się zdjęcia do serialu, było już późno, ale zdążyłem kupić dwie średnie dynie. Przywiozłem je do domu i położyłem w kuchni. Mówię dzieciom: „Słuchajcie, nie będziemy nic w dyniach wycinać, bo z jednej strony zajmie nam to dużo czasu, a z drugiej będzie to w większości moja praca. Nie chodzi o to, żeby to była moja dynia, tylko wasza”.

Jak zareagowały?

Porysowały dynie czarnym flamastrem. Ida zrobiła cztery obrazki na czterech stronach dyni, a Aaron narysował swoją historyjkę, którą zakończył słowem „the end”. Następnego dnia podjechaliśmy pod szkołę, żeby te dynie położyć przed wyjściem na przygotowanej wystawie. Było ich już mnóstwo. Wszystkie ładne, zrobione starannie. Piękne, równiutkie, niektóre w malowidła, inne złocone. Ida i Aaron patrzyli na te dynie i widziałem w nich jakiś rodzaj zachwytu. Pytam ich kolegów z pięknymi dyniami, czy sami je robili. Jeden na to, iż on zaczął, ale mama skończyła. Kolejny mówi, iż tata zrobił, bo to trudne. Moje dzieci patrzyły i nie wiedziały do końca, co mają myśleć. Podobały im się te inne dynie. Były przygniecione tym, jak skomplikowane są te konstrukcje i dekoracje. A przy tym ich dynie – po prostu porysowane. Wsiedliśmy do auta i zaczęliśmy rozmawiać.

O czym?

Mówię im: „Te wasze dynie podobały mi się najbardziej. Wiecie, dlaczego?”. „Bo jesteś naszym tatą”. Mówię: „Tak, dlatego też, ale przede wszystkim dlatego, iż to wy je zrobiliście i iż były jedyne i niepowtarzalne. W tym czasie, który spędziliście w tym wysiłku i staraniu. One są wasze”. A potem w telefonie wpisałem – „dynia oko do it yourself” – bo ta z okiem w środku podobała się dzieciakom najbardziej. Wyskoczył mi filmik, na którym dziewczyna pokazuje, jak zrobić dokładnie taką dynię, która ich zachwyciła. Mówią: „O, to ta dynia! Widać, iż nie mogło zrobić tego dziecko”. Powiedziałem: „Zobaczcie, to jest wzór, ta pod szkołą to kopia. Sztuka polega na tym, żeby zrobić coś tak, jak nikt nie zrobił. Wymarzyć obraz. Wymyślić technikę albo technologię, zastosować ją, odbyć różne próby. Trzeba się postarać”.

Piotr Głowacki, archiwum prywatne

Powiedziałabym: piękna motywacja dla
dzieci, żeby starały się zrobić coś oryginalnego. A jak ciebie motywowali
rodzice?

Jako aktor jestem cały czas w drodze. Rozmyślam, gram różne ujęcia i role, podejmuję kolejne próby. To próbowanie, ta gra z życiem, jest istotą aktorstwa. Szukam harmonii z innymi w tym wspólnym próbowaniu. Zdaję sobie sprawę, iż im więcej pracy w to włożę, tym większą mam szansę, iż nam się uda. Chociaż sztuką jest też odpuszczenie „starania się”. Moi rodzice byli bardzo aktywni społecznie. Począwszy od spotkań rodzinnych czy przyjacielskich, po życie kulturalne naszej małej wspólnoty skupionej wokół szkoły. Kiedy miałem cztery lata, mama miała dwadzieścia sześć, była na tej wsi najmłodszą nauczycielką. Tworzyła harcerstwo, organizowała przedstawienia. Tata przez pewien czas trenował szkolną drużynę piłki manualnej.

Czyli byłeś motywowany i wychowywany przez wzorce?

Ale też byłem dzieckiem, wobec którego nie stosowano przemocy fizycznej. Wiem, iż w moim pokoleniu nie wszyscy mieli to szczęście. Czasem to, czego się nie robi, może być choćby ważniejsze. Już jako trzy-, czterolatek zabawiałem uczestników rodzinnych spotkań. Mówiłem wierszyki, a potem angażowałem kuzynów w robienie teatrzyków. Rodzice mnie nie powstrzymywali. W ogóle z dziećmi jest tak, iż najważniejsze, co możemy zrobić, to nie szkodzić, nie przeszkadzać i nie zatrzymywać. Ale w tym nie szkodzić jest też zaklęte dawanie przykładu i stawianie granic. Na przykład, żeby nie wkładało ręki do ognia. To nie jest odpowiedzialne, gdy się dziecku mówi: „rób, co chcesz”. Wiem, bo zbyt wcześnie zacząłem na przykład pytać dzieci, co chcą jeść. Dawałem im wybór, kiedy one nie miały szansy przewidzieć konsekwencji swoich decyzji. Jak mogły wybierać, co im smakuje, o ile nie poznały jeszcze wszystkich smaków?

Wracając do ciebie – co jest piękne
w aktorstwie?

Piękne w tym zawodzie jest to, iż nigdy nie czuję się gotowy do premiery. Prawdopodobnie, gdyby nie było ustalonego sztywno terminu, można by przeciągać tę premierę w nieskończoność. W pewnym szczytowym momencie taką możliwość miał Krystian Lupa. Przeciągał przygotowywanie spektaklu z trzech miesięcy do sześciu, a potem do roku. Bywało, iż próby trwały półtora roku i trudno stwierdzić, czy było lepiej. Osobiście znam twórców teatralnych, których najlepsze rzeczy powstawały w trudnych warunkach, gdy nie było pieniędzy albo czasu, w poczuciu niedoskonałości. I te spektakle miały największą siłę. A te, których przygotowania trwały długo i wymagały dużo pieniędzy, okazywały się przerostem formy nad treścią. W aktorstwie bardzo lubię pracę przed, wymyślanie, najchętniej do ostatniej chwili, ale wiem, iż pomysły muszą się wreszcie ucieleśnić w tej mojej niedoskonałości.

Niedoskonałość jakoś mi do ciebie nie
pasuje…

Wielokrotnie podejmowałem decyzje, które wielu mogły się wydawać utrudnianiem sobie życia. Na przykład w 2007 roku, będąc na etacie w TR Warszawa, centralnym miejscu ówczesnego polskiego świata teatralnego, odszedłem. Czułem, iż nie wydarzy się to, co mi to miejsce obiecało. Po wielu latach ludzie, którzy pozostali w TR-ze, mówili, iż ten czas był dla nich czasem powolnego cierpienia. Po kilku latach wróciłem do TR-u, ale już na innych zasadach. Przyznam, iż moment, kiedy zrezygnowałem, był straszny. Było we mnie dużo bólu, niepewności, żalu, rozdarcia, wiedziałem, iż ryzykuję. Nie była to łatwa decyzja, ale jedyna, jaką czułem, iż muszę wtedy podjąć.

Co robiłeś, gdy nie grałeś w TR-ze?

Założyłem Stowarzyszenie Twórców Sztuk Wszelkich, które upadło pod ciężarem wysokości opłat narzuconych przez władze miejskie. Wszedłem do filmu – to był powrót po przerwie. Pojechałem do Krakowa i na dwa lata wszedłem do zespołu Starego Teatru. Gdy film zaczął mnie mocniej wzywać, odszedłem ze Starego Teatru. Czułem, iż zwalnianie się na zdjęcia jest nie w porządku wobec zespołu, który w idei teatru był dla mnie najważniejszy. W filmie decydowałem się na każdą rzecz, która do mnie przychodziła, choćby najmniejszą. Gdy byłem biednym, ambitnym, młodym aktorem i grałem w teatrze, to odmawiałem telewizji. Później jako aktor dojrzały, pierwszego dnia po moich trzydziestych urodzinach, podjąłem wyzwanie mówienia „tak” wszystkiemu, co wiąże się z pracą z kamerą. Pojechałem wtedy na zdjęcia do „Na dobre i na złe”. Potem zagrałem w filmie „80 milionów”. Przyszło też do mnie zaproszenie do „Pierwszej miłości”. Serial, który przed odejściem z TR-u był dla mnie synonimem trywialności, okazał się niezwykłym kilkuletnim doświadczeniem i oddechem. Potem była „Dziewczyna z szafy”, „Bogowie”, dostałem Orła, Nagrodę im. Zbyszka Cybulskiego i na tej fali wróciłem do TR Warszawa, do roli nauczyciela WF-u w spektaklu „Męczennicy”. Piękny spektakl. Harmonijny. Mocny i subtelny jednocześnie. Moja droga zawodowa może się wydawać bardzo kręta, pewna przełomów i różnych, pozornie sprzecznych decyzji, ale dla mnie jest prostą drogą do punktu, w którym jestem dzisiaj.

Gdybyś miał dokończyć zdanie: jak by to
było pięknie, gdyby…

…marzenie zaklęte w naszej Fundacji DAJESZ!, którym jest Jurajska Republika Wspinaczkowa, urzeczywistniło się w odważnej decyzji wszystkich rodziców: nie przeszkadzajmy dzieciom się wspinać i stwórzmy im do tego najbezpieczniejsze, najfajniejsze warunki. To możliwe. Wystarczy się tylko postarać.

PIOTR GŁOWACKI – aktor filmowy, teatralny i serialowy. Ukończył Wydział Aktorski PWST w Krakowie. Ma na koncie ponad 100 ról filmowych i serialowych. Laureat Orła, Nagrody im. Zbyszka Cybulskiego, Złotego Szczeniaka oraz nominowany m.in. do Nagrody im. Jana Machulskiego, Złotej Kaczki czy Telekamery. W latach 2006-2007 aktor warszawskiego Teatru Rozmaitości. Następnie występował na deskach Narodowego Starego Teatru im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie, występował też w przedstawieniach Garnizonu Sztuki, Teatru 6.piętro czy Teatru Powszechnego. W latach 2014-2015 wiceprezes Związku Artystów Scen Polskich. Wykładowca w Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie. Angelika Swoboda – absolwentka polonistyki i dziennikarstwa na Uniwersytecie Śląskim oraz italianistyki na Uniwersytecie Gdańskim. Zaczynała jako reporterka kryminalna w katowickiej „Gazecie Wyborczej”, miała audycje w Radiu Pogoda oraz autorski podcast „Miłość i Swoboda”. w tej chwili jej wywiady można czytać w magazynie premium Weekend.Gazeta.pl, prowadzi też program „Domowy kryminał” w telewizji Active Family

PIOTR GŁOWACKI – aktor filmowy, teatralny i serialowy. Ukończył Wydział Aktorski PWST w Krakowie. Ma na koncie ponad 100 ról filmowych i serialowych. Laureat Orła, Nagrody im. Zbyszka Cybulskiego, Złotego Szczeniaka oraz nominowany m.in. do Nagrody im. Jana Machulskiego, Złotej Kaczki czy Telekamery. W latach 2006-2007 aktor warszawskiego Teatru Rozmaitości. Następnie występował
na deskach Narodowego Starego Teatru im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie, występował też w przedstawieniach Garnizonu Sztuki, Teatru 6.piętro czy Teatru Powszechnego. W latach 2014-2015 wiceprezes Związku Artystów Scen Polskich. Wykładowca w Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie.

Читать всю статью