Wczoraj w referendach odwołano prezydenta Częstochowy i nie odwołano burmistrz Brzegu. Wcześniej odwołano prezydenta Krakowa. Szykuje się referendum w Gliwicach i słychać o możliwości referendum w Poznaniu.
W Warszawie zwolennicy referendum nie zdołali zebrać wymaganej liczby podpisów. Te informacje uzupełniają się z głosowaniem w Sejmie, w którym przegrali zwolennicy uchylenia dwukadencyjności sprawowania urzędu przez wójtów, burmistrzów i prezydentów. O czym to świadczy?
Z samorządami jestem związany ponad trzydzieści pięć lat, a choćby dłużej. Najpierw, jeszcze jako student prawa na KUL-u, na seminarium profesora Wojciecha Łączkowskiego, na przełomie lat 80. i 90. dyskutowaliśmy o wprowadzeniu reform samorządowych. Profesor Łączkowski był członkiem zespołu, który tę reformę przygotowywał i przynosił na nasze seminarium magisterskie kwestie nad którymi pracował wspomniany zespół. Potem przez dziesięć lat byłem radnym miejskim w Stalowej Woli. Potem przez dwanaście lat byłem prezydentem Stalowej Woli. Potem przez prawie sześć lat byłem radnym Sejmiku Podkarpackiego. Teraz jestem radnym Powiatu Stalowowolskiego. Jestem chyba jedyną osobą w Polsce, która pełniła wszystkie funkcje na wszystkich szczeblach samorządu, pochodzące z bezpośrednich wyborów. Uważam, iż to upoważnia mnie do publicznego wypowiadania się o sprawach samorządu. Chciałbym wypowiedzieć się w sprawie ograniczenia kadencji wójtów, burmistrzów i prezydentów. Jak widać ta kwestia budzi coraz większe emocje zarówno w wielkich miastach, jak i w małych wiejskich gminach.
Zestawiając wyniki referendów z wynikiem sejmowego głosowania, jakby wyłaniał się jeden z argumentów za zniesieniem dwukadencyjności. No bo po co ograniczać pełnienie funkcji do dwóch kadencji, skoro wójta, burmistrza czy prezydenta, który się nie sprawdza można skutecznie odwołać poprzez referendum. Argument mocny, ale sprawy nie przesądza. Otóż ja, prezydent przez trzy kadencje, jestem zwolennikiem ograniczenia pełnienia tego urzędu do dwóch kadencji. Z tym, iż uważam, iż powinny to być dwie siedmioletnie kadencje. O ile wiem tak jest w Niemczech. Dlaczego akurat dwie siedmioletnie kadencje? jeżeli kadencja wynosi cztery lub pięć lat, to nowy wójt, burmistrz czy prezydent przez pierwsze dwa lata uczy się tego urzędu. Wiem po sobie. Zanim zostałem prezydentem byłem dziesięć lat radnym i wydawało mi się, iż o mieście wiem wszystko, więc jako prezydent z marszu zacznę rozwiązywać największe problemy.
Tymczasem w tym względzie wpadłem na mur, od którego się odbiłem. W końcu wiedziałem co chcę zrobić, w ciągu paru lat nauczyłem się jak to robić i zacząłem to robić. Tylko, iż proces inwestycyjny w Polsce przy dużych inwestycjach trwa dwa – trzy lata zanim inwestycja się rozpocznie i w tym momencie kończy się kadencja. A co przed końcem kadencji i wyborami? A no samorządowcy może nie tyle głupieją, co wariują (różnica między wariatem, a głupkiem jest taka, iż wariat miewa przebłyski autentycznego geniuszu, a głupek jest zwyczajnie głupi). Wariują i licytują się w obietnicach, no bo co szkodzi obiecać. Zadłużają gminy i robią wszystko, żeby się przypodobać, co rzadko pokrywa się z tym, co rzeczywiście rozwija wsie i miasta oraz tworzy ich bezpieczną, dostatnią przyszłość. Druga cztero czy pięcioletnia kadencja wygląda podobnie. W takiej sytuacji jest za mało czasu, żeby stworzyć racjonalny plan rozwoju, przygotować i zrealizować duże inwestycje, a w trakcie nie ulegać politycznej gorączce i nie wariować.
Czternaście lat to wystarczający czas, żeby bez zbędnych nacisków oraz wyborczej gorączki zrobić to, co wymaga czasu, wielkich pieniędzy i nieoglądania się na naciski, różne podchody i przeróżne sytuacje, które przeszkadzają w kończeniu tego, co najważniejsze, a często bywa niepopularne. Dlatego dwie pięcioletnie kadencje, to za krótko. Z kolei na przykład trzy pięcioletnie kadencje to też źle, ponieważ to za krótki dystans między wyborczym wariactwem. jeżeli ktoś przez dwie siedmioletnie kadencje nie potrafi rozwiązać najtrudniejszych problemów, to już ich nie rozwiąże. Oczywiście instrument odwołania poprzez referendum jest cały czas w zasięgu wyborców.
Przeciwnicy dwukadencyjności za najmocniejszy argument uważają zdroworozsądkowe rozumowanie, iż skoro ktoś się sprawdza, to po co ograniczać mu ilość kadencji, skoro po nim może przyjść ktoś gorszy. I znowu muszę powołać się na własny przykład. Każda władza zużywa. Długie sprawowanie urzędu prowadzi do rutyny, a głównym celem zabiegów przestaje być realizowanie wyzwań, które bywają ryzykowne i niepopularne, ale za to są konieczne, głównie na przyszłość. Najważniejszym celem staje się utrzymanie i przedłużenie władzy. W Polsce przyjęło się, iż ci, którzy potrafią wygrywać kolejne wybory, uważani są za wielkich polityków. W małych gminach rzeczywiście potrafią tak zablokować mechanizmy rządzenia, iż praktycznie stają się nieusuwalni, a to w jakim stanie znajduje się owa gmina przestaje ich interesować. Dlatego ograniczenie liczby kadencji jest po prostu konieczne. Ostatecznie ograniczenie liczby kadencji jest jednym z fundamentów demokratycznej formy rządów. Wiedzieli o tym starożytni Grecy, którzy tę formę rządów wymyślili.
Andrzej Szlęzak




![Политическое землетрясение в Сербии. Студентская листа побеждает Вучича [ПЕРЕПИСКА ИЗ БЕЛГРАДА]](https://cdn.oko.press/cdn-cgi/image/trim=72;0;76;0,width=1200,quality=75/https://cdn.oko.press/2026/10/AP26298848750086.jpg)









