Zakończony 8 lipca szczyt NATO w Ankarze był kolejnym starannie wyreżyserowanym, syntetycznym pokazem jedności Sojuszu. Donald Trump zadbał przy tym o wszystko, do czego zdążył już przyzwyczaić światową opinię publiczną.
Pierwszego dnia wywołał burzę, ostro krytykując Hiszpanię, by już następnego opowiadać dziennikarzom o „ogromie miłości” panującym przy stole obrad oraz wychwalać jedność NATO i „świetnego lidera”, Marka Rutte. Przywódcy państw NATO ponownie zapewnili o niezachwianym poparciu dla Ukrainy, zapowiedzieli przekazanie 70 mld euro pomocy wojskowej do końca 2027 roku, rozszerzenie współpracy w zakresie przemysłu obronnego, nowe programy dotyczące produkcji dronów oraz wsparcie dla rozwoju ukraińskich zdolności związanych z systemami Patriot. Największe zainteresowanie wzbudziła zapowiedź, iż Ukraina ma w bliżej nieokreślonej przyszłości uzyskać możliwość produkowania tych systemów na własnym terytorium. Sam Trump przyznał jednak chwilę później, iż producent Patriotów nie został jeszcze choćby poinformowany o takim pomyśle. Trudno więc mówić o uruchomieniu jakichkolwiek procedur prawnych czy przemysłowych, a tym bardziej o realnym przedsięwzięciu, którego powodzenie można byłoby dziś w ogóle oceniać.
Szczyt nie przyniósł żadnej nowej inicjatywy dyplomatycznej, żadnych politycznych ram prowadzących do zakończenia wojny ani poważnej debaty o tym, jak mogłoby wyglądać przyszłe porozumienie pokojowe. Nie padły również praktycznie żadne propozycje dotyczące przyszłej architektury bezpieczeństwa w Europie po zakończeniu konfliktu. Zamiast tego NATO usankcjonowało strategię długotrwałego wywierania presji na Rosję poprzez dalsze dozbrajanie Ukrainy, utrzymywanie sankcji oraz stopniowe zwiększanie kosztów prowadzenia wojny z nadzieją, iż w pewnym momencie Moskwa zostanie ostatecznie zamęczona.
Priorytetem jest ciągłe przedłużanie wojny. Taka strategia ma z jednej strony kupić Europie czas niezbędny do odbudowy własnego potencjału militarnego, a z drugiej – nakładać na Rosję możliwie najwyższe koszty militarne, gospodarcze i polityczne. Temu mają służyć zarówno kolejne pakiety sankcji, jak i dostawy uzbrojenia, uderzenia z użyciem rakiet i dronów dalekiego zasięgu oraz próby wyniszczania rosyjskiego potencjału na froncie.
Najważniejszym przesłaniem szczytu w Ankarze nie była więc zapowiedź rychłego zakończenia wojny, a deklaracja długofalowego zaangażowania. Zobowiązanie do utrzymania co najmniej obecnego poziomu pomocy wojskowej dla Ukrainy do końca 2027 roku pokazuje, iż NATO coraz wyraźniej postrzega ten konflikt jako wieloletnią konfrontację. W deklaracji końcowej czytamy:
„Państwa członkowskie podkreślają, iż wsparcie dla Ukrainy musi być sprawiedliwe, przewidywalne i trwałe w długoterminowej perspektywie. W 2026 roku zobowiązują się przekazać 70 mld euro na sprzęt wojskowy, pomoc i szkolenie oraz utrzymać co najmniej równoważny poziom wsparcia również w 2027 roku.”
Dokument opisuje mechanizm dalszego prowadzenia wojny, natomiast praktycznie nic nie mówi o politycznej strategii jej zakończenia.
Każdy szczyt NATO od początku wojny przynosił kolejne deklaracje dotyczące wsparcia Ukrainy. W Madrycie w 2022 roku przyjęto nową Koncepcję Strategiczną i uznano Rosję za „najbardziej znaczące i bezpośrednie zagrożenie” dla bezpieczeństwa Sojuszu. W Wilnie w 2023 roku powołano Radę NATO–Ukraina, zapowiedziano wieloletni program pomocy wojskowej oraz ponownie zadeklarowano, iż Ukraina zostanie członkiem NATO. W Waszyngtonie w 2024 roku utworzono misję NSATU koordynującą dostawy uzbrojenia i szkolenie ukraińskich sił zbrojnych, zapowiedziano dalszą rozbudowę współpracy przemysłów obronnych oraz kolejne wielomiliardowe pakiety wsparcia. W Ankarze zwiększono skalę zobowiązań finansowych, wydłużono horyzont ich obowiązywania i przedstawiono nowe projekty dotyczące produkcji uzbrojenia. Realistycznej wizji politycznego zakończenia konfliktu przez cały czas brak.
Rosja natomiast konsekwentnie przedstawia tę wojnę jako środek do osiągnięcia celów politycznych, przede wszystkim: zablokowanie dalszego rozszerzenia NATO na Ukrainę, demilitaryzacja Ukrainy oraz tzw. „denazyfikacja”. Należy domniemywać, iż rosyjskie władze rozumieją to jako likwidację środowisk i struktur odwołujących się do tradycji banderowskich i rusofobii jako czynnika państwowotwórczego. To, czy uzna się te cele za uzasadnione i realistyczne, nie ma w tym kontekście większego znaczenia. Istotne jest to, iż stanowią one jasno określone cele polityczne, względem których można oceniać rosyjskie działania militarne, choćby choćby bardzo negatywnie.
Brak analogicznie sprecyzowanego celu po stronie NATO jest tym bardziej uderzający, iż każda strategia wojskowa czerpie swoją logikę z politycznego celu, któremu ma służyć. o ile takowym pozostaje odzyskanie przez Ukrainę granic z 1991 roku, sytuacja na froncie, oględnie mówiąc, dostarcza doprawdy niewielu przesłanek, by uznać taki scenariusz za realny. Mimo ogromnych nakładów finansowych, dostaw nowoczesnego uzbrojenia i szerokiego wsparcia wywiadowczego państw NATO.
Jeżeli natomiast celem miałaby być strategiczna porażka Rosji, zmiana władzy na Kremlu, a choćby dezintegracja Federacji Rosyjskiej, to są to wizje kompletnie oderwane zarówno od doświadczeń historycznych, jak i od realiów obecnej wojny. Tymczasem NATO stawia na długotrwały konflikt takie właśnie fantasmagorie biorąc za punkt wyjścia.
W całej Europie rządy zwiększają wydatki na obronność, rozbudowują moce produkcyjne przemysłu zbrojeniowego i odbudowują siły zbrojne, które przez dziesięciolecia po zakończeniu zimnej wojny ulegały stopniowej redukcji. Ukraina coraz wyraźniej pełni przy tym rolę strategicznego bufora NATO wobec Rosji, kupując europejskim państwom czas na odbudowę własnego potencjału militarnego. Problem polega jednak na tym, iż czas jest zasobem strategicznym wyłącznie jeżeli zostanie wykorzystany do zasadniczej zmiany układu sił.
Czy istnieją dziś przekonujące przesłanki wskazujące, iż kolejne trzy lata wojny przyniosą jakościowo odmienny rezultat polityczny niż poprzednie cztery, niemal pięć? Czy Rosja wykazuje oznaki załamania gospodarczego, politycznego lub militarnego, których nie było widać wcześniej? Czy stanowisko Kremla staje się bardziej elastyczne czy raczej się usztywnia? Obradujący w Ankarze nie zajęli się żadnym z tych pytań.
Przez ponad trzy dekady zachodnia doktryna wojskowa opierała się na przewadze technologicznej, broni precyzyjnej, szybkich działaniach manewrowych oraz dążeniu do rozstrzygnięcia konfliktu w początkowej fazie. Rosyjska myśl wojskowa rozwijała się natomiast w zupełnie innym kierunku. Ukształtowana doświadczeniami II wojny światowej, od dawna traktuje czas, terytorium, mobilizację przemysłową, głębię operacyjną/strategiczną oraz systematyczne wyniszczanie przeciwnika jako podstawowe instrumenty prowadzenia wojny. W konfliktach między państwami uprzemysłowionymi o zwycięstwie decyduje nie wejściowy spektakularny manewr, ale zdolność do uzupełniania strat, utrzymania produkcji i logistyki, przetrwania uderzeń przeciwnika oraz stopniowego ograniczania jego potencjału bojowego.
W tym kontekście jednym z największych paradoksów wojny na Ukrainie jest to, iż NATO coraz bardziej wikła się w konflikt prowadzony na zasadach odpowiadających rosyjskiej koncepcji wojny, a nie tej, do której Zachód przygotowywał się przez ostatnie 30 lat. Oczekiwania, iż broń precyzyjna i przewaga technologiczna zapewnią przełamanie frontu i doprowadzą do jakiegoś knock outu Rosji, ustąpiły miejsca wyniszczającej rywalizacji opartej na artylerii, dronach, zdolnościach produkcyjnych, logistyce i zasobach ludzkich. Drony, rozpoznanie satelitarne i systemy cyfrowe zrewolucjonizowały poziom taktyczny prowadzenia działań wojennych, jednak strategiczna logika konfliktu coraz bardziej przypomina klasyczną radziecką koncepcję prowadzenia wielkoskalowej wojny konwencjonalnej.
Szczyt NATO w Ankarze uwidacznia zatem paradoks strategiczny. Sojusz pozostaje najpotężniejszym militarnie blokiem na świecie. Łączny potencjał gospodarczy państw członkowskich, ich przewaga technologiczna oraz wydatki na obronność wielokrotnie przewyższają możliwości Rosji. Mimo to przewaga ta nie przekłada się na rozstrzygającą przewagę polityczną. A to dlatego, iż NATO nie jest gotowe na bezpośrednią konfrontację z innym mocarstwem nuklearnym. Co więcej, choćby w wymiarze konwencjonalnym, według wielu analityków, Sojusz nie jest dziś przygotowany do prowadzenia wojny o skali i intensywności, z jaką Rosja prowadzi działania na Ukrainie.
Prawdziwe znaczenie szczytu w Ankarze nie sprowadza się więc do zapowiedzianych 70 mld euro wsparcia. Znacznie ważniejsze jest to, co zostało w nim milcząco przyjęte jako punkt wyjścia: NATO oficjalnie przyjęło strategię długiej wojny, nie wskazując jednocześnie, w jaki sposób miałaby się ona zakończyć ani jaki konkretny cel polityczny miałaby ostatecznie zrealizować. Dopóki cel ten nie zostanie jasno zdefiniowany, kolejne pakiety finansowe, coraz bardziej zaawansowane uzbrojenie i pogłębianie współpracy przemysłów obronnych mogą przedłużać konflikt oraz zwiększać koszty ponoszone przez Rosję. Nie są jednak w stanie zastąpić spójnej strategii politycznej.
Mało tego. Za starannie podtrzymywaną fasadą „niezachwianej jedności” coraz wyraźniej widać nie tylko brak spójnej strategii politycznej, ale także narastający sceptycyzm. Aż cztery państwa zgłosiły votum separatum: Holandia, Czechy, Słowacja i Bułgaria. Mało tego, państwa NATO zaczynają budować podzbiory, których deklarowanymi celami są koordynacja finansowa, organizacyjna i wojskowa, czyli funkcje nakładające się de facto z tymi Sojuszu.
To szczególnie istotne w kontekście zapowiadanego „NATO 3.0”. o ile nowa formuła Sojuszu ma polegać na powstawaniu wewnętrznych bloków – jednego skupionego wokół Wielkiej Brytanii, Polski, Finlandii i Holandii (Multilateral Defence Mechanism), drugiego wokół Kanady i Luksemburga (DSRB) – to trudno mówić wyłącznie o technicznych różnicach organizacyjnych.
Pojawia się pytanie, czy mamy do czynienia z początkiem bardziej zdecentralizowanej architektury NATO, czy raczej z rywalizacją o kontrolę nad finansowaniem, zamówieniami i przyszłym kształtem europejskiego przemysłu militarnego. Jakby na to nie spojrzeć, nie umacnia to bynajmniej przekazu o „niezachwianej jedności”.
W kontekście szczytu w Ankarze warto przyjrzeć się zwłaszcza zabiegom i roli Luksemburga. Najbardziej konkretnym wkładem okazało się zdecydowane poparcie dla powołania nowej międzynarodowej instytucji finansowej – Defence, Security and Resilience Bank (DSRB). Bank ma zostać ulokowany w Kanadzie, natomiast Luksemburg ma odegrać rolę jednego z jego głównych europejskich filarów. Oficjalnym celem przedsięwzięcia jest kierowanie prywatnego kapitału do projektów związanych z bezpieczeństwem i obronnością. W praktyce nie chodzi jednak wyłącznie o technologie podwójnego zastosowania, ale również o finansowanie produkcji uzbrojenia i innych zdolności bojowych.
Do projektu przystąpiły dotąd Albania, Belgia, Grecja, Łotwa, Rumunia, Turcja i Ukraina. Sama koncepcja powstała jeszcze w 2024 roku z inicjatywy grupy bankowców oraz byłych doradców NATO i wysokich rangą wojskowych. W jej rozwój zaangażowały się już takie instytucje jak JPMorgan, Deutsche Bank, Commerzbank, ING oraz największe banki kanadyjskie.
Równie wymowna jest ewolucja luksemburskiej polityki obronnej. Gdy premier Luc Frieden obejmował urząd, wydatki obronne tego państwa wynosiły zaledwie 0,4 proc. dochodu narodowego brutto. Dziś rząd zapowiada ich zwiększenie do 2,3 proc. do 2029 roku, co odpowiada kwocie około 1,66 mld euro. Trudno oprzeć się wrażeniu, iż dla kraju dysponującego mikroskopijną armią równie istotne jak sam wzrost wydatków jest zapewnienie sobie miejsca przy stole, przy którym będą zapadały decyzje o podziale kontraktów i przepływach kapitału.
Na tym jednak ambicje Luksemburga się nie kończą. Państwo to przystąpiło również do nowych projektów NATO obejmujących system rozpoznawczy GlobalEye, współpracę w zakresie surowców krytycznych dla przemysłu obronnego oraz finansowanie kolejnego samolotu wielozadaniowego MRTT.
Bardzo interesujący jest także kierunek zmian świecie spekulacji finansowych. Jeszcze kilka lat temu wielu zarządzających funduszami traktowało przemysł zbrojeniowy jako sektor od którego lepiej się trzymać z daleka. Dziś ten sam sektor stał się jedną z najbardziej pożądanych klas aktywów. Europejskie fundusze ETF inwestujące w spółki zbrojeniowe przyniosły od 2025 roku do połowy 2026 roku stopy zwrotu sięgające 60–75 proc., a tylko w pierwszych pięciu miesiącach 2025 roku napłynęło do nich ponad 2,7 mld dolarów nowego kapitału.
Zmianę widać również w polityce największych instytucji finansowych. choćby BlackRock uruchomił europejski fundusz ETF skoncentrowany na sektorze obronnym. BNP Paribas zwiększył finansowanie przemysłu zbrojeniowego o kolejne 2 mld euro, jednocześnie rezygnując z ograniczeń dotyczących finansowania części rodzajów uzbrojenia ze względów etycznych. BPCE wyemitował obligacje przeznaczone na finansowanie sektora obronnego o wartości 750 mln euro, na które popyt okazał się niemal czterokrotnie większy od podaży. Z kolei fundusz Warburg Pincus rozważa utworzenie specjalnego funduszu obronnego o wartości do 1,5 mld euro. Deutsche Bank powołał już w 2024 r. specjalny zespół zajmujący się wyłącznie finansowaniem projektów związanych z obronnością i infrastrukturą. Według dostępnych informacji od tamtej pory zespół ten został jeszcze rozbudowany.
Trudno więc nie zauważyć, iż europejskie dozbrajanie staje się nie tylko przedsięwzięciem geopolitycznym, ale również spekulacyjno-finansowym, wokół którego powstaje rozbudowana infrastruktura kapitałowa, dla której rosnące wydatki wojskowe oznaczają po prostu nowy, dynamicznie wzrastający i niezwykle atrakcyjny rynek.
Bojan Stanisławski













