Stanisław Michalkiewicz: Prawda z lufy karabinu
Czy istnieje jakiś stały punkt we Wszechświecie? Podobno nie istnieje, jako, iż nikt jeszcze tak naprawdę Wszechświata nie spenetrował. Istnieje tylko rodzaj namiastki stałych punktów we Wszechświecie w postaci pulsarów. Te pulsary są pozostałościami supernowych, czyli gwiazd, które zakończyły swoją egzystencję potężnym fajerwerkiem, ale nie zniknęły ze szczętem, bo pozostała po nich pozostałość w postaci gwiazdy neutronowej, czyli właśnie pulsara.
Rozmiary jego są niewielkie, zwłaszcza gdy porównać je z rozmiarami gwiazdy – ale za to gęstość tworzącej ją materii jest ogromna. Pulsar bardzo gwałtownie obraca się wokół własnej osi, wytwarzając niezwykle silne pole magnetyczne, oraz emitując promieniowanie elektromagnetyczne w postaci regularnych błysków. Dzięki temu pulsary mogłyby służyć do nawigacji w przypadku podróży kosmicznych. Jednak ponieważ Wszechświat się rozszerza, to i pulsary nie są w nim żadnymi stałymi punktami. W tej sytuacji wygląda na to, iż we Wszechświecie żadnych stałych punktów nie ma.
Nie ma – ale z jednym wyjątkiem. Co prawda obiekt, o którym będę za chwilę mówił, nie jest punktem stałym w sensie astrofizycznym. Jest to rodzaj metafory, ale metafory oddającej istotę rzeczy. Chodzi mi o tak zwane „kłamstwo oświęcimskie”, które zostało wprowadzone do ustawodawstwa naszego i tak przecież wystarczająco nieszczęśliwego kraju w roku 1998, w postaci art. 55 ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej.
Ponieważ bezcenny Izrael już wtedy udzielał naszemu nieszczęśliwemu krajowi wskazówek, w jakim kierunku kształtować tubylcze prawodawstwo, Sejm w podskokach tę ustawę z artykułem 55 uchwalił i od tamtej pory ona u nas obwiązuje. Po co bezcennemu Izraelowi art. 55 przewidujący sądową karalność tzw. „kłamstwa oświęcimskiego”? Bezcennemu Izraelowi potrzebne jest to do narzucenia wszystkim narodom świata przekonania, iż dokonana przez Rzeszę Niemiecką podczas II wojny światowej masakra europejskich Żydów, była wydarzeniem bez precedensu w historii ludzkości.
Jest to warunek konieczny dla utrzymywania się tzw. „religii holokaustu”, która w epoce postępującej sekularyzacji, kiedy to choćby liczni Żydowie mają wątpliwości, czy powinni wierzyć w starożytne sagi, jakoby przed laską Mojżesza rozstąpiły się wody Morza Czerwonego, dzięki czemu Żydowie suchą nogą przeszli na drugą stronę, podczas gdy całe wojsko egipskie utonęło, gdyż na rozkaz Stwórcy Wszechświata, nad nim wody się zamknęły, odwołuje się już nie do wspomnianych sag, tylko do wydarzenia całkiem świeżego, w które w dodatku nie trzeba „wierzyć”, bo wystarczy tylko o nim pamiętać.
Rzecz jednak w tym, by nie tylko Żydowie o tym pamiętali – ale żeby wbiła to sobie w pamięć reszta świata i to w dodatku jako wydarzenie bez precedensu. Ponieważ taki pogląd nie wytrzymuje krytyki w konfrontacji z rzeczywistością historyczną, trzeba wbijać go do głów przy pomocy specjalnego ustawodawstwa karnego, wzorowanego na sowieckim art. 58 kodeksu karnego RFSRR, czy ustaw norymberskich III Rzeszy. Taki właśnie charakter ma wspomniany art. 55 ustawy o IPN, którego skutkiem jest to, iż w sporach historycznych ostatnie słowo ma prokurator, nienawistny sąd, a wreszcie – „towarzysz Mauzer”.
W rezultacie tej tresury mało kto ma już odwagę przyznawać się do wątpliwości w podane do wierzenia tzw. historyczne prawdy, choćby jeżeli już na pierwszy rzut oka skłaniają do powątpiewania. Na przykład zatwierdzone jest, iż w następstwie , pogromów w Rosji zginęło 6 mln Żydów. Następnie – iż 6 mln Żydów – czy przypadkiem nie ci sami, co mieli zginąć w pogromach? – uciekło z Rosji do Ameryki, no a podczas II wojny światowej 6 mln Żydów zostało zamordowanych – przeważnie w komorach gazowych.
W czasach mojej młodości taką zatwierdzoną ponad wszelką wątpliwość liczbą ofiar oświęcimskiego obozu były 4 mln. Terazść okazuje się, iż nie cztery, tylko jakiś milion. Być może, gdyby nie art. 55 ustawy o IPN, również ta liczba by się zmniejszyła – ale wspomniany przepis obowiązuje już ponad 20 lat, więc żaden historyk, zwłaszcza – jak to nazywa pani Barbara Nowacka – „przyzwoity”, nie ośmiela się kiwnąć palcem, również z obawy, iż nie tylko odbiorą mu „granty”, ale w ogóle wywalą z posady.
Dzięki temu Żydowie mogą bezpiecznie i skutecznie wbijać światu do głów zbawienne prawdy religii holokaustu, z której ciągnęli, ciągną i mają nadzieję ciągnąć grubą rentę nie tylko w postaci forsy, ale również – w postaci swego rodzaju immunitetu, na który w swoim czasie zwrócił uwagę Anioł kardynał Sodano, sekretarz stanu Stolicy Apostolskiej, mówiąc z goryczą, iż „od jednych narodów wymaga się czegoś, od innych narodów nie wymaga się nic”.
Ale mimo tresury zawsze znajdzie się jakiś desperat, który będzie próbował podważać zbawienne, podane raz na zawsze do wierzenia prawdy. Tak właśnie było w przypadku Grzegorza Brauna, który ośmielił się wyrazić przypuszczenie, iż opowieści o komorach gazowych w Auszwicu, to „fejk”. Świat, a zwłaszcza jego „przyzwoita” część, najpierw zaniemówiła z oburzenia na tę zuchwałość, a kiedy już ochłonęła – na wyścigi zaczęła Grzegorza Brauna „potępiać”, piętnując go za „skandal”. Do tego skłania wszystkich świadoma dyscyplina, która jednocześnie zniechęca do wdawania się w jakieś polemiki.
Wyrażenie oburzenia jest bezpieczniejsze, bo nie wymaga przedstawiania żadnych argumentów, których prezentacja mogłaby dyskutanta narazić na odpowiedzialność karną z art. 55 ustawy o IPN, a poza tym – pozwala choćby wyleczyć się politycznie z jakichś błędów młodości, których tyle przytrafiło się Wielce Czcigodnemu Giertychowi Romanowi. Nie jest wykluczone, iż w grę mogą wchodzić kwestie prestiżowe.
Na przykład Komendantura chwilowo nieczynnego obozu w Auszwicu może traktować opowieści iż nie było tam komór gazowych, jako próbę podważania autentyczności części muzealnej ekspozycji, toteż nic dziwnego, iż pan dr Piotr Cywiński znalazł się w czołówce delatorów Grzegorza Brauna. Interesu trzeba pilnować, bo w przeciwnym razie można stracić znakomitą posadę, na którą Żydowie mogliby wysunąć choćby panią prof. Barbarę Mróz-Gorgoń, co to pokazała, iż jest zdolna do wszystkiego.
Jak wiadomo, Grzegorz Braun nie tylko nie przyznał się do winy, ale w dodatku podtrzymał opinię, która zaprowadziła go przed surowe oblicze prokuratora. Najwyraźniej zamierza podjąć próbę wykazania prawdziwości swej opinii przed niezawisłym sądem. To ambitne, ale trochę ryzykowne, bo jeżeli choćby oburzony niezawisły sąd nie udusi go natychmiast na sali sądowej własnymi rękami, to prawdopodobnie zatka sobie uszy, podniesie wielki krzyk, niczym Żydowie dyskutujący ze świętym Szczepanem, a następnie wyda siepaczom.
Co poeta pisze na ten temat? „Ale ty wyjść nie możesz, tobie by wyjść nie dali, bo za drzwiami jest siła, potęga z żelaza i stali. Kiedy tak stoisz zajączku u stóp mistycznej drabiny, za drzwiami stoją ludzie mający karabiny”.
Polecamy również: Lewacy chcą wpisać prawo do eutanazji do traktatu ONZ o osobach starszych












