Stanisław Michalkiewicz: Nadchodzą Zaduszki
„Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz”. Kiedy sobie przypominać takie rzeczy, jak nie przed dniem Wszystkich Świętych, kiedy to żywi odwiedzają cmentarze, na których spoczywają ich bliscy, będący prochem i cieniem – jak pisał Horacy – „pulvis et umbra sumus”? A gdzie najłatwiej takie rzeczy sobie przypomnieć? Na cmentarzu – owszem, a jakże – ale jeszcze lepszym miejscem może być przestrzeń przed dwiema dziobowymi wieżami artyleryjskimi pancernika „North Carolina” zacumowanego w miejscowości Wilmington w Północnej Karolinie.
Każda z tych wież wyposażona jest w trzy działa kalibru 406 milimetrów – więc w takim sąsiedztwie najłatwiej sobie uświadomić znikomość własnej egzystencji. A właśnie 15 października pojechaliśmy zwiedzić sobie ten okręt, zbudowany tuż przed wybuchem II Wojny Światowej w Nowym Jorku, który po zwycięskich bataliach na Pacyfiku, dzięki ofiarności społeczeństwa Północnej Karoliny został przyholowany do Wilmington i stoi tam do dzisiaj jako muzeum.
A ja w dodatku mam jeszcze jeden powód do odbycia pokuty. Otóż w poprzednim felietonie napisałem, iż dreamliner „LOT”u z Warszawy do Chicago leciał po loksodromie. Tymczasem pan Waldemar Ruczkowski, nawigator morski, na podstawie opisu trasy przelotu poinformował mnie, iż samolot nie leciał po żadnej loksodromie, tylko przeciwnie – po ortodromie, czyli „prostobieżni” – linii przecinającej każdy południk pod innym kątem, będącej najkrótszą linią łączącą dwa punkty na kole wielkim.
Dziękując tedy za pouczenie, chętnie prostuję fałszywą pogłoskę i licząc na ekspiację przechodzę do bulwersujących wydarzeń w naszym nieszczęśliwym kraju, pogrążającym się w odmętach walki o praworządność socjalistyczną.
Walka o praworządność socjalistyczną rozgorzała z niespotykaną energią po starannym przygotowaniu artyleryjskim. Przełamanie miało nastąpić po uzyskaniu opinii Komisji Weneckiej, która jest – jak się wydaje – wynajmowana, kiedy trzeba wytworzyć jakieś praworządne fakty prasowe.
Tak było i w tym przypadku. Komisja Wenecka została zaangażowana, by skonfundować pana prezydenta Karola Nawrockiego, który nie chce przyjąć ślubowania od pana Macieja Berka, do niedawna prawej ręki obywatela Tuska Donalda, który polecił sejmowej większości wybrać go na sędziego Trybunału Konstytucyjnego – co wysoka izba w podskokach wykonała, przechodząc do porządku nad wątpliwościami, czy pan Berek wykonywał przez 10 lat zawód radcy prawnego, czy tylko dysponował takim zawodowym tytułem.
Skoro pan prezydent z powodu tych wątpliwości nie chciał przyjąć od pana Berka ślubowania, ten złożył je wobec pana marszałka Sejmu i uważając się za sędziego Trybunału Konstytucyjnego, dzięki zmobilizowanym siłom policyjnym sforsował zapory sporządzone przez obrońców Trybunału Konstytucyjnego i wtargnął do gmachu przy Al. Szucha. Co działo się w środku – tego dokładnie nie wiadomo, bo pan Berek oskarża pana prezesa Bogdana Święczkowskiego, iż naruszył mu nietykalność cielesną, ale pan prezes Święczkowski sugeruje, iż było odwrotnie.
Jak tam było, tak tam było; zawsze jakoś było, bo jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było – twierdził dobry wojak Szwejk. Podobno na plecach pana Berka do Trybunału wtargnąć miała jeszcze trójka innych kandydatów na sędziów TK, którzy ślubowali panu marszałkowi Czarzastemu, a którzy bywali tam już wcześniej, ale w charakterze osób antyszambrujących. Problem i dodatkowe katiusze polegają na tym, iż pan prezes Święczkowski, nie uznając w nich sędziów TK nie przydziela im żadnych spraw do orzekania, a skoro nie orzekają, to nie dostają też wynagrodzenia.
Z panem Berkiem jest podobnie; jedno źródło już mu wyschło, a drugie nie chce wytrysnąć, więc to nie są żarty. Jednak czyż takich poświeceń nie można dokonać dla Polski, zwłaszcza na odcinku socjalistycznej praworządności? Oczywiście, iż można, a choćby jeszcze większych tym bardziej, iż pan minister Domański podobno złośliwie nie uwzględnił Trybunału Konstytucyjnego w projekcie ustawy budżetowej na rok przyszły, więc nie wiadomo, czy ktokolwiek w ogóle dostanie wynagrodzenia, bez względu na to, czy jest płomiennym szermierzem praworządności socjalistycznej, czy nie.
Ale jak tam będzie – tak tam będzie, bo przecież jakoś będzie. Tymczasem obywatel Tusk Donald pryncypialnie skrytykował pana prezydenta Nawrockiego, iż odmawiając przyjęcia ślubowania od pana Berka, „abdykował”. Z obfitości serca usta mówią – powiada Pismo Święte – więc nic dziwnego, iż z tej wypowiedzi obywatela Tuska Donalda można wydedukować cel całej awantury. Jak wiadomo, ani Judenrat, ani inne instancje odpowiadające w naszym bantustanie za demokrację socjalistyczną, nie uznają wyboru pana prezydenta Nawrockiego, bo wolałyby na tym stanowisku pana Rafała Trzaskowskiego.
Jak jednak osadzić pana Trzaskowskiego na prezydenckim stolcu, kiedy chyba nie wygrał on wyborów? Najwyraźniej rada w radę uradzono, żeby pana prezydenta Karola Nawrockiego wysadzić w powietrze metodą „adwokackiego” zamachu stanu.
Jest w konstytucji art. 131, który stanowi, co się dzieje, gdy prezydent nie może sprawować swego urzędu. Wtedy jego obowiązki przejmuje marszałek Sejmu. Ale może się zdarzyć, iż pan prezydent nikogo nie poinformuje, iż nie jest w stanie pełnić swego urzędu – na przykład z tego powodu, iż nic o tym nie wie. Wtedy właśnie o niemożności sprawowania przez prezydenta urzędu „orzeka” Trybunał Konstytucyjny – oczywiście obsadzony przez osoby, na których można polegać.
Jak przypuszczam, to może być najważniejsza przyczyna, dla której obywatel Tusk Donald tak się zaangażował w lansowanie pana Macieja Berka na sędziego TK. Najwyraźniej jest przekonany, iż pan Berek również na tym stanowisku „powinność swej służby zrozumie”, niczym petersburski policmajster z opowiadania Telimeny w „Panu Tadeuszu” Adama Mickiewicza.
Poza tym obsadzony przez osoby, na których można polegać, Trybunał Konstytucyjny może załatwić również inne sprawy, na przykład – zdelegalizować „niepotrzebne” partie polityczne – żeby przed przyszłorocznymi wyborami na scenie politycznej naszego bantustanu pozostały same potrzebne, między które Judenrat i stare kiejkuty, wykonując stosowne instrukcje, porozdzielają stanowiska tak, żeby było gites-tenteges. I dopiero wtedy zarówno Judenrat, jak i stado autorytetów moralnych unisono beknie, iż socjalistyczna demokracja i praworządność zostały przywrócone.
Bo władza – jak zauważył Mao Zedong – wyrasta z lufy karabinu, a w ostateczności – z policyjnej pały, w której mieści się więcej, niż myślimy.
Polecamy również: Rząd uderza w aktywistów wspierających wojnę hybrydową














