Stanisław Michalkiewicz: Francja czeka na deszcz

magnapolonia.org 1 час назад

Stanisław Michalkiewicz: Francja czeka na deszcz

W 1968 roku Francję ogarnęła rewolucja studencka. O co tak naprawdę chodziło – nikt dokładnie nie wiedział – bo młodzi rewolucjoniści, którzy przy okazji wylansowali modę na eleganckie chińskie watowane kufajki, chcieli wykorzystać okazję, by – jak to młodzi – pofiglować z panienkami, a przy okazji – poganiać się z policją, co zawodnikom we własnych oczach przydaje heroizmu.

Ale wśród młodych rewolucjonistów byli też tacy, którzy to i owo czytali, a niektórzy z nich trafili choćby na pisma Antoniego Gramsciego, włoskiego komunisty, który jeszcze w latach 20-tych zauważył, iż Marks się pomylił, a jego najważniejsze odkrycie, jakoby byt określał świadomość, co w rewolucyjnej praktyce przekładało się na strategię bolszewicką, nie jest warte funta kłaków. Tak naprawdę bowiem świadomości nie kształtuje żaden „byt”, tylko kultura. Tedy Gramsci uznał, iż najważniejszą bitwą rewolucyjną będzie batalia o kulturę, a pierwsze starcie powinno dotyczyć zdobycia panowania nad językiem mówionym.

Potem miał nastąpić „długi marsz przez instytucje”, nie po to, by je zniszczyć, tylko – bo je opanować i dzięki nim zaprowadzić rewolucję komunistyczną na całym świecie, a szczególnie – we Francji. Nawiasem mówiąc, wygląda na to, iż walka o panowanie nad językiem mówionym została przed promotorów komunistycznej rewolucji wygrana, bo choćby środowiska, które trudno podejrzewać o sympatyzowanie z rewolucją, używają dziś określeń zasuflowanych im przez promotorów rewolucji.

Dzisiaj na przykład choćby przewielebne duchowieństwo nie używa już tradycyjnego określenia „dewianci”, tylko „LGBT” ewentualnie – „LGBTQ” – jakby nie było już żadnej normy, ani odstępstw od niej. Rewolucjoniści poszli zresztą krok dalej i zaczynają tępić kontrrewolucyjne określenie pod pretekstem zwalczania „mowy nienawiści”, która – jak to u totalniaków – ma być w tej chwili powszechnie i bez zastrzeżeń znienawidzona.

Tak się złożyło, iż 10 lat po rewolcie 1968 roku poznałem we Francji epigona tamtych uniesień w osobie Greka, który był wielkim entuzjastą rewolucji. Zapytałem go kiedyś, kim chciałby zostać, a on odparł, iż nauczycielem. Ja na to – to bardzo ładnie, ale czegóż ty być swoich uczniów uczył, kiedy sam niczego tak naprawdę nie umiesz? To go trochę zacukało, ale prawdziwy przełom nastąpił, gdy mu powiedziałem, iż jeżeli wybuchnie rewolucja to nie będzie bagietek.

– Jak to: nie będzie? – pytał zdumiony – a ja na to: a co ty sobie myślisz, iż ty byś się tu całymi dniami rewolucjonizował, a piekarze, po staremu musieliby całe noce spędzać na pieczeniu bagietek? Oni też by chcieli zażyć rewolucji, więc bagietek by nie było. Na takie dictum zamyślił się głęboko i odniosłem wrażenie, iż zasiałem w nim zwątpienie.

Wspominam tego Greka, bo Francją znowu wstrząsa rewolucja – tym razem nie studencka, tylko uczniowska. Uczniowie ganiają się z policją – tym razem pod pretekstem, iż szkoły wprawdzie są, ale nie uczą tego, co trzeba. A czego by trzeba uczyć uczniów? Tego dokładnie nikt nie wie, więc obawiam się, iż najlepiej niczego, a jeżeli już czegoś to zbawiennych prawd, iż głód wypędza wilka z lasu, a dla jednostek ambitniejszych – mądrości o globalnym ociepleniu – iż złowrogi klimat ociepla się z przyczyn antropogenicznych – z czym zgadzają się wszyscy przedstawiciele nauki przodującej.

Warto przypomnieć, iż nauka przodująca jest wynalazkiem Ojca Narodów, Chorążego Pokoju Józefa Stalina, który tak właśnie nazywał rewelacje ogłaszane przez Trofima Łysenkę. Dopóki Stalin żył, to nikomu nie przychodziło do głowy podważanie nauki przodującej, ale kiedy Stalin umarł, to również nauka przodująca zaczęła tracić blask. Nie od razu, co to, to nie. Na przykład w Polskiej Akademii Nauk jeszcze w roku 1964 prof. Kazimierz Petrusewicz był wyznawcą tej nauki, aż jakiś życzliwy wytłumaczył mu, iż już nie musi.

Wprawdzie jedne zbawienne prawdy odchodzą w mroki historii, ale to nic nie szkodzi, bo pojawiają się następne i w ten sposób nauka przodująca cały czas pozostaje żywa, niczym Lenin.

Władze francuskie podobno nie mogą sobie dać rady z rewolucją uczniowską i – jak donoszą niezależne media głównego nurtu – czekają na deszcz, w nadziei, iż jesienne szarugi przegonią uczniów z ulic, gdzie znowu zapanuje porządek. Czy tak będzie – nie wiadomo – więc zamiast bawić się w takie zgadywanki, lepiej zastanówmy się, co sprawiło, iż ni stąd, ni zowąd, tysiące, a choćby dziesiątki tysięcy francuskich uczniów wyległo na ulicę, zaczęło palić samochody i dokazywać z policją. Pewnej wskazówki może dostarczyć niedawna rewolta „żółtych kamizelek”,z którymi rząd też nie bardzo mógł sobie poradzić.

Skąd się ona wzięła – tajemnica to wielka, chociaż warto przypomnieć, iż została ona porzedzona wymiana opinii między francuskim prezydentem Macronem, a amerykańskim prezydentem Trumpem. Prezydent Macron, uzasadniając konieczność utworzenia europejskich sił zbrojnych niezależnych od NATO powiedział, iż chodzi o obronę Europy, min. przed Stanami Zjednoczonymi. Prezydent Trump zwrócił uwagę, iż Ameryka nigdy na Europę nie napadła i dodał z przekąsem, iż gdyby nie USA, to w Paryżu wszyscy uczyliby się po niemiecku.

Na to ówczesny francuski premier poradził prezydentu Trumpu, żeby nie wściubiał nosa w nieswoje sprawy. Oooo, jak tak, to trzy dni później Francją wstrząsnął protest „żółtych kamizelek” z którymi rząd nie mógł sobie poradzić przez kilka następnych miesięcy.

W tej sytuacji ciekaw jestem, jakie przełożenia CIA może mieć na francuskich uczniów – oczywiście nie na wszystkich, tylko na tych najwybitniejszych, podobnie jak to było w roku 1968, kiedy to francuskim odpowiednikiem naszego Michnikuremka, który pojawił się w roku 1980, był słynny Daniel Cohn-Bendit, o którym poeta w nieśmiertelnym poemacie „Bania w Paryżu” napisał: iż „ideolog Bendit-Cohn kapitalizmu wieści zgon”. Tego właśnie nie wiemy, a obawiam się, iż tego nie wie również francuska razwiedka i dlatego czeka na deszcz.

Za pierwszej komuny Maciej Zembaty śpiewał „piosenkę polską o charakterze rosyjskim”, jak to praworządny obywatel „przekazał na punkt NKWD” jegomościa, który chciał się u nas zabawić, opowiadając tubylcowi, iż „w Marsylii jest taki jeden bar”, gdzie „dziewczyny rozebrane kan-kana tańczą w takt, kelnerzy noszą wino, bandyci noszą frak”.

Piosenka kończyła się pogodną puentą, iż „a dzisiaj ludzie na Krym jeżdżą – i dobrze”. Toteż u nas uczniowie się nie buntują, tylko posłusznie przyswajają sobie perły wiedzy, podawane im do wierzenia przez obywatelkę Nowacką Barbarę i pulchną panią Lubnauer. Inna rzecz, iż u nas rząd „bardzo chce” stałej bazy wojsk amerykańskich, więc nie ma potrzeby nikogo buntować.

Polecamy również: Bartoszewski złodziejem? Komisja sejmowa nie ma złudzeń

Читать всю статью