W roku 2022, w pierwszych miesiącach aktualnej fazy konfliktu rosyjsko-ukraińskiego, państwo niemieckie zachowywało daleko idący dystans wobec wojujących stron.
Jego najbardziej widowiskowym symbolem było przekazanie w ramach „wsparcia” dla strony ukraińskiej kilkuset przestarzałych hełmów z demobilu Bundeswehry. Od tego czasu zmieniło się jednak bardzo wiele. Dziś Niemcy są jednym z głównych partnerów Ukrainy. Do tego stopnia, iż coraz częściej mówi się już nie o niemiecko-ukraińskiej współpracy, ale wręcz o niemiecko-ukraińskim sojuszu.
Nasi zachodni sąsiedzi, którzy przez dekady z nabożnym spokojem eksportowali głównie samochody, pralki i poczucie własnej wyższości, stali się w ostatnich latach kluczowym dostawcą uzbrojenia dla reżimu Zełenskiego. Na Ukrainę płyną Leopardy 2, Mardery, systemy IRIS-T, amerykańskie Patrioty, haubice samobieżne, amunicja oraz drony rozpoznawcze. Jeszcze niedawno podobna skala zaangażowania Berlina byłaby trudna do wyobrażenia. Niemcy nie ograniczają się jednak wyłącznie do wysyłania sprzętu. Finansują również szkolenia ukraińskich żołnierzy oraz serwis uzbrojenia. W końcu choćby najnowocześniejszy czołg po intensywnym użytkowaniu wymaga napraw i konserwacji. Według danych niemieckiego rządu wartość pomocy wojskowej liczona dla Ukrainy jest już w dziesiątkach miliardów euro. Co, nawiasem mówiąc, pokazuje, iż gdy Berlin naprawdę chce działać szybko, potrafi znaleźć pieniądze znacznie sprawniej niż przy osławionej budowie lotniska Berlin Brandenburg.
Dostawy sprzętu i jego serwis oraz szkolenie ukraińskich kadr to jedno, a kooperacja na niwie produkcji uzbrojenia, drugie. Kluczową rolę w tym procesie odgrywa Rheinmetall. Ten wiodący niemiecki koncern zbrojeniowy mimo historii sięgającej XIX wieku pozostaje firmą nowoczesną i innowacyjną. Koncern jest dziś jednym z największych producentów amunicji artyleryjskiej kalibru 155 mm, czołgowej 120 mm, a także systemów czujników, kontroli ognia oraz amunicji krążącej. Rheinmetall, przy pełnej aprobacie niemieckich czynników rządowych, rozwija współpracę ze stroną ukraińską, produkując w tej chwili już bezpośrednio na terytorium Ukrainy. Firma buduje tam zakłady remontowe dla czołgów i pojazdów wojskowych, rozwija produkcję amunicji, systemów dronowych oraz współpracę przy pojazdach opancerzonych. Plan jest prosty i bardzo niemiecki w swojej konstrukcji: produkować bliżej frontu, dostarczać szybciej, a więc wydajniej i bardziej optymalnie. Przy okazji odbudować potencjał własnego przemysłu zbrojeniowego, który jeszcze niedawno funkcjonował w cieniu europejskich obsesji, wedle których największym zagrożeniem dla kontynentu miała być zbyt wysoka emisja CO? z ekspresów do kawy. Projekt ten ma jadnak też istotny cel polityczny. Jest nim coraz silniejsze związanie Ukrainy oraz jej gospodarki z gospodarką niemiecką.
Zarówno strona niemiecka, jak i ukraińska, bynajmniej nie kryją swoich intencji. Podczas niedawnej wizyty w Kijowie minister obrony Niemiec, Boris Pistorius, ogłosił, iż Niemcy są zainteresowane rozszerzeniem partnerstwa obronnego z Ukrainą oraz wykorzystaniem ukraińskich doświadczeń w nowoczesnej wojnie. Poinformował także dziennikarzy, iż Niemcy i Ukraina planują pogłębić współpracę zbrojeniową, a firmy ukraińskie i niemieckie już pracują nad „obiecującymi projektami”. Obejmują one drony o zasięgu poniżej 100 kilometrów, a także systemy dalekiego zasięgu zdolne do pokonywania odległości do 1500 kilometrów. Jakkolwiek koncepcje Merza i Pistoriusa nie są podzielane przez wszystkie środowiska polityczne w Niemczech, nie wolno ich lekceważyć. Niemcy, odcięte od swojego dotychczasowego partnera na wschodzie, czyli Rosji, poszukują alternatyw. Naturalnym kandydatem jawi się Ukraina, historycznie będąca przecież w dużej mierze efektem niemieckiej kreacji geopolitycznej i społecznej.
Są to dla nas wiadomości co najmniej niepokojące. O ile wieloletnie partnerstwo gospodarcze niemiecko-rosyjskie nie stanowiło dla Polski bezpośredniego zagrożenia, a odpowiednio wykorzystane mogło choćby stać się mechanizmem prorozwojowym, o tyle potencjalne partnerstwo niemiecko-ukraińskie niesie ze sobą cały konglomerat nowych ryzyk. Najważniejszym z nich jest możliwość posiadania zarówno na wschodzie, jak i na zachodzie państw potencjalnie nieprzyjaznych, a choćby wrogich.
Nie zapominajmy, iż państwo niemieckie, a później także istotne siły polityczne w Niemczech, przez dekady kwestionowały obecny porządek geopolityczny oraz zasadność przebiegu polsko-niemieckiej granicy. Jakkolwiek w tej chwili możemy traktować te środowiska jako folklor politycznego marginesu, nie wolno lekceważyć ich potencjału intelektualnego. Koncepcje, które dziś wydają się kuriozalne i przebrzmiałe, w odpowiednich warunkach społecznych i geopolitycznych mogą powrócić ze zdwojoną siłą. Tym bardziej, iż również w Polsce nie brakuje środowisk politycznych gotowych dla doraźnych korzyści budzić demony przeszłości. Jeszcze gorzej sytuacja wygląda na linii relacji polsko-ukraińskich. Ze strony państwa ukraińskiego oraz części jego elit politycznych stosunek do Polski bywa przesadnie asertywny, nieprzyjazny, a niekiedy wręcz wrogi. Roszczenia terytorialne wobec Polski nie są na Ukrainie wyłącznie marginesem, ale pojawiają się także w szerszym nurcie debaty publicznej. Podobnie jest z kultem banderyzmu – ideologii o wyraźnie antypolskim charakterze. W tej sytuacji mamy podstawy do niepokoju.
W roku 1930 Roman Dmowski pisał: „Kwestii (..) ukraińskiej nie można tak traktować, jak się traktuje kwestię pierwszej lepszej narodowości, obudzonej do życia politycznego w XIX stuleciu. Znaczeniem swoim przerasta ona wszystkie inne ze względu na liczbę ludności mówiącej po małorusku, jak na rolę obszaru przez nią zajmowanego i jego bogactw naturalnych w zagadnieniach polityki światowej. Już pod koniec ubiegłego stulecia zajęła ona poczesne miejsce w planach polityki Niemiec, pod których patronatem została tak szeroko postawiona. Odbudowanie państwa polskiego nie zmniejszyło, ale raczej zwiększyło jej znaczenie w widokach polityki niemieckiej: z jej rozwiązaniem wiążą się nadzieje na zmianę granicy niemiecko-polskiej i na zredukowanie Polski do obszaru, na którym byłaby państewkiem nic nie znaczącym, od Niemiec całkowicie uzależnionym.”
Jestem przeciwnikiem bezkrytycznego powtarzania utrwalonych stereotypów. Sam Dmowski nigdy przecież nie kreował się na proroka. Był jedynie, albo aż, niezwykle inteligentnym i spostrzegawczym analitykiem politycznym. Jednak i krytycyzm wobec naszego dziedzictwa politycznego i ideowego musi mieć swoje granice. O ile można powiedzieć, iż dzisiejsze Niemcy nie są Niemcami z lat 30. XX wieku, a naród ukraiński znajduje się dziś w zupełnie innym punkcie swojej historii niż sto lat temu, o tyle pewne prawidła geopolityczne pozostają niezmienne. Musimy zatem poważnie rozpatrywać choćby najgorsze dla nas scenariusze. Choćby miałoby to być dla nas wysoce dyskomfortowe.
Przemysław Piasta
Myśl Polska, nr 21-22 (24-31.05.2026)
















