Sławomir N. Goworzycki: Wyjść z tej pułapki cz.2

magnapolonia.org 7 часы назад

Sławomir N. Goworzycki: WRESZCIE WYJŚĆ Z TEJ PUŁAPKI, WIĘC ODESŁAĆ OBCOPLEMIENNYCH NACHODŹCÓW DO DOMÓW, część druga

Ach, nie pamiętacie już, gdyż to było „dawno, ale to bardzo dawno”, ledwie cztery lata temu…! ale dzieje się to nadal, ale Wy i tego co teraz… nie zauważacie. Na przykład:

Zaledwie druga w tym roku mroźna, śnieżna i w dodatku słoneczna styczniowa sobota w tej części kraju. Puszcza Kampinoska – Kampinoski Park Narodowy – w jej wschodniej połaci, przylegającej do granic tzw. Wielkiej Warszawy. Pomimo, iż zaczęły się już feryjne wyjazdy w góry, można się było spodziewać, iż w podanej wyżej okolicy będzie tego dnia, w niedzielę również, niemało spacerowiczów-wędrowników. I rzeczywiście, było!

Ponadto, pomimo iż to po aż czternastu ciepłych latach pierwsza taka zima na Niżu Środkowopolskim, wiele osób, nie tylko młodych, kroćkało się po zmrożonym śniegu na nartach biegowych, wywołując charakterystyczny ni to skrzyp, ni to szelest. przez cały czas posiadali takie narty. Albo sobie gwałtownie kupili.

Lecz… po co my o tym piszemy? Oto z pieszych w co piątej grupie rozmawiano po rosyjsku (sic!), raz tylko po ukraińsku; a spośród owych narciarskich grup po rosyjsku w co czwartej, może choćby w co trzeciej (sic!).

Kto z Was lub Waszych znajomych wybrał się tamtego wolnego od pracy i szkoły dnia na… narciarską wycieczkę za miasto; tu w Polsce? A ci Ruscy, czy też Rusini post-sowieci i owszem, uczynili to! Uprzednio się oni najpewniej rozpatrywali, gdzie by tu warto, zaopatrzyli się w stosowne „aplikacje”, przewodniki, czy też mapy (ros. karty) i wybrali optymalną ku temu okolicę. ale jeszcze wcześniej w do niedawna latami bezśnieżnej Polsce (tej części kraju) zaopatrzyli się w owe narty, kijki narciarskie, specjalne obuwie, nowoczesne plecaki, odzież itd. Wyglądają oni bardziej zachodniacko od prawdziwych zachodniaków – iż na tym uogólnieniu już tu poprzestaniemy.

Wy może i nie…? W Waszym własnym kraju. Ale oni w tymże samym Waszym kraju tak! Oni są tu już „jak u siebie”. Mają „obczajone” wszystkie kąty. Zjawisko to, widoczne już od kilku lat, w tej chwili się jeszcze wzmogło. A jeszcze nie tak dawno temu było poza czyjąkolwiek wyobraźnią, iż w takim dosłownie i w przenośni mateczniku polskości (sic!), jakim jest m.in. Puszcza Kampinoska, ta „Wierna Puszcza”, będziemy słyszeć „na szlaku” język inny, aniżeli polski. Żeby było jeszcze bardziej „ekumenicznie”:

W tym to zimowym dniu jakaś, jak to w ostatnich czasach, grupa „starych patriotów” urządziła sobie z myślą o nadchodzącej kolejnej rocznicy wybuchu Powstania Styczniowego spotkanie połączone ze Mszą Św. (na mrozie) na pogrążonej w ośnieżonych lasach Mogile Powstańców 1863 roku. A tutaj szur, szur, szur po śniegu i oto nadjeżdża wesoło się po rosyjsku nawołująca grupka narciarskiej młodzieży.

Inna taka grupka, ale piesza, miała na swojej trasie Cmentarzysko pomordowanych w Palmirach (tam akurat Niemcy rozstrzeliwali Polaków, nie sowieci). Ale, jakoś tak chyba mało wnikliwie się do tego tematu zabrała, skoro w większej swej części pokrytej śniegiem kamiennej tablicy informacyjnej w języku rosyjskim (takie tablice są tam w kilku językach) tym młodym ludziom nie chciało się choćby oczyścić w kilku ruchach ze śniegu, aby do końca odczytać wiadomość dla nich (!) tam właśnie zapisaną już dawno temu (!) przez założycieli tego Cmentarza.

„A nam wsio rawno… (pol. nam wszystko jedno)” – tak kiedyś w Polsce przyśpiewywano przy wakacyjnym ognisku przedrzeźniając dominującą wówczas sowieckość.

Już noc, mroźna styczniowa, śnieg chrzęści pod butami… Od strony ciemnego lasu do czekającego na pętli autobusu podmiejskiego mającego odjechać do nieodległej Warszawy śpieszy grupka prawdopodobnie ostatnich tego minionego już dnia wytrwałych młodych turystów, miłośników przyrody o każdej porze roku, i są to nie żadni-tam Polacy, ale czworo młodych rosyjskojęzycznych, jak my to li tylko opisowo i bez złośliwości określamy, post-komsomolców.

Po opłaceniu za przejazd za pośrednictwem widniejącego na wewnętrznej ściance autobusu kodu QR (tak to się chyba nazywa) zapadają oni na autobusowych fotelach i pośród wesołych szczebiotów każde z nich zanurza nos w swoim telefonie; co raz to słychać rzucane ceny jakichś artykułów w złotówkach i zdawkowe komentarze – melodyjny russkij jazyk, język Puszkina.

Żeby było jasne – ci i inni młodzi i nie młodzi Rusini zachowują się poprawnie, bez zarzutu. Tę uwagę czynimy dla tych – bez urazy – nie wnikliwych P.T. Czytelników, którzy będą z pretensją w głosie zapytywać: „Czego Pan od nich chce? Czy się awanturowali? Czy hałasowali? Czy śmiecili i brudzili? Czy byli niebezpieczni?”. Ależ uchowaj Panie Boże – odpowiadamy. Nic z tych rzeczy.

Oni, i jakże liczni inni – wedle właśnie takich kryteriów, jakie także dziś obowiązują gdzieś w głębi dżungli amazońskiej (sic! dżungla jako wzór-probierz) – naruszyli, i to jakże głęboko (!!!) MOJE-NASZE TERYTORIUM PLEMIENNE (sic!!!). A o co – za przeproszeniem – toczy się kilkanaście już lat owa wojna rosyjsko-ukraińska? A ci zamiast tam daleko wojować każdy o swoje plemienne terytorium, przybyli tutaj, o blisko półtora tysiąca kilometrów na zachód, aby sobie beztrosko guliat’ (pol. spacerować) po terytorium naszym.

Jeszcze ten dziejowy zbir towarzysz Lenin zamazał im tam „na Donbasie” i gdzie indziej międzyplemienne granice, bo miał być wtedy „jeden człowiek radziecki” i „jeden naród radziecki”. No to tamci ludzie teraz – na ile my dobrze zrozumieliśmy te liczne zdawkowe doniesienia stamtąd – doszukują się tych granic orężnie i krwawo.

My tego tu w Polsce nie chcemy! Nie dość piały z euforii komunistyczne nauczycielki i podręczniki w szkole PRL-u…? Że oto po drugiej wojnie światowej „dzięki Związkowi Radzieckiemu” Polska ma „nareszcie” dobre granice (tak one piały) i iż nareszcie jest Polska krajem jednonarodowym (z tego się one cieszyły), więc wolnym od – cytujemy – „problemu mniejszości narodowych, który wyniszczał Polskę międzywojenną” (unikano nazwy „Druga Rzeczpospolita”, akcentując tymczasowość ówczesnej Polski Niepodległej). Aczkolwiek teraz (po roku 2015), jak widzimy, rządzący Polską wzięli najwidoczniej kurs odmienny.

Całkiem poprawną śpiewną polszczyzną (!) posługiwała się – a było to kilka godzin wcześniej, gdyż jeszcze za dnia – pewna samotna (i takie też tam były!) rusińska narciarka (sic!), dość choćby ładna, która się na tych śliskościach wywaliła i narzekała, iż już jest zmęczona. „A skąd przyjechała…?”. „Mieszkamy pod Warszawą, a w ogóle to jestem z Białorusi”.

Co to oznacza? Otóż także białoruski prezydent – jak widać – najwyraźniej pozwolił tej młodzieży na wyjazdy „na zapad” (pół roku temu przybyszów-nachodźców-osiedleńców z post-sowieckiej Białorusi miało być w Polsce, jak podawały media, ponoć… już pół miliona!). Dziewczyna mieszka więc na obrzeżach Warszawy, na leśny parking w nieodległej Puszczy Kampinoskiej przyjechała ona w wolną sobotę samochodem (zatem ma ona tu Polsce także samochód!), po czym przypięła narty, w które się uprzednio była zaopatrzyła.

Poza tym mamy przecież teraz… karnawał! I właśnie w tym pogodnym okresie ów Polak, od którego pochodzą te relacje, zamiast zażyć w ukochanej Puszczy Kampinoskiej, jak dawniej, jak zawsze wywczasu i koniecznego odprężenia, zaniepokoił się i zdenerwował.

A Wy? Jaka jest Wasza katolicka-łacińska, w porównaniu z tamtą turańsko-post-sowiecką, mobilność-ekspansywność? Bo tamto to są przecież – gdyż taka jest po prostu historia-chronologia – dzieci i wnuki bolszewików, sowietów i banderowców. Oni przecież nie są żadnym-tam „pokoleniem JP Dwa” i zagadnienie to ich w ogóle nie interesuje (może nieliczne wyjątki, ale tak było również dawniej).

Czy w krajach post-sowieckich istnieje jeszcze Komsomoł – Komunistyczny Związek Młodzieży? jeżeli gdzieś istnieje, to przynajmniej jakaś część spośród tych podwarszawskich sobotnio-niedzielnych spacerowiczów może być komsomolcami. Ich rodzice byli na pewno! Gdyż to jest tam cecha pokoleniowa. A teraz wysyłają oni swoje potomstwo po prostu – „w Polszu”, na „libieralno-kapitalisticzieskij zapad”. I czego Wy jeszcze nie rozumiecie? ale co tu jest do rozumienia w epoce… IA, czyli Sztucznej Inteligencji?

I jeszcze jedno. Załóżmy, iż owa „kampinoska” młodzież polskojęzyczna pozostało na tym etapie życia, iż wracając z wycieczki wszyscy się żegnają i rozjeżdżają po Warszawie do swoich domów rodzinnych – każde do swoich rodziców.

A tamci ich rusińscy rówieśnicy-nachodźcy? Przecież wiele spośród nich, „żeby było taniej”, żyje po kilkoro w koedukacyjnych „kwartirach”. A jak oni tam żyją i ile nierządu tym sposobem wiele z nich przydaje tej nieszczęsnej Warszawie… Wiadomo: młoda krew nie woda. ale – bądźmy sprawiedliwi – ci polskojęzyczni w obecnych czasach od nierządu także nie stronią, niestety. Atoli polskich dzieci rodzi się coraz mniej.

Poza samą Polską nie ma na świecie innej krainy, o której w języku polskim napisano więcej, aniżeli o owej ogromnej „Rusi i Rosji”. W ostatniej dekadzie (po 2015) przekonujemy się atoli, iż cała tamta wielopokoleniowa pisanina była na próżno (oby nie!!!), iż dzisiejsi (post)Polacy żadnej, ale to żadnej nauki, żadnych, ale to żadnych wniosków praktycznych z niej dla siebie samych nie wyprowadzili.

Że więc zachowują się oni tak – zarówno rządzący, jak i rządzeni – jakby tamto potężne wielowątkowe i wielopokoleniowe doświadczenie polsko-ruskie, w tym polsko-sowieckie w ogóle nie zaistniało. Katastrofa na miarę politycznego u nas marazmu XVIII stulecia!

choćby stalinizm, wbrew pozorom, nie okazał się aż w stu procentach odmóżdżający. Przykład? Oto w roku 1956 „pani nauczycielka” wchodzi do klasy w szkole podstawowej w środku Warszawy i oznajmia dzieciom, ot tak, iż „marszałek Rokossowski to Rusek” (sic!). Zrazu – szok, konsternacja, milczenie! ale po chwili dziecięce rozbudzenie i radosny rozgwar. Przekaz został powszechnie… zrozumiany.

Dzisiaj jakiekolwiek zdanie o „sprawach wschodnich” i, szerzej, o „sprawach migracyjnych”, w tym o owym wieloetnicznym „multi-kulti”, więc i tych obserwowanych na co dzień przez każdego na ulicach polskich miast, wywołuje, owszem, właśnie milczenie, powodowane niewiedzą, a zatem niezrozumieniem i w następstwie tego – strachem. Ot i różnica – między dawnymi i nowymi laty.

Owszem, wspomniani wyżej mężczyźni „murzyńscy”, „arabscy” i jeszcze inni także stanowią u nas obcoplemienny problem nachodźczy, ichnie kobiety również. Jednak szczęśliwie, jak dotąd, nie w zakresie liczebności (i oby tak zostało!), na pewno w porównaniu z post-sowiecką „Rusią i Rosją” (tak tamten ogromny obszar nazywano w Polsce do początków XX wieku).

Wystarczy spojrzeć na mapę. Ów ludzki – za przeproszeniem – materiał kolonizacyjny z Afryki ma bliżej, aby go wysłać przeciwko katolickim krajom południa Europy; ten południowoazjatycki napiera przez Grecję i Bałkany, a materiał post-sowiecki ma najbliżej właśnie do Polski i innych państw środkowoeuropejskich – dawnych KDL-ów. Są również wyjątki od tych ogólnych zasad, które także obserwujemy na naszych ulicach.

Zawiadowcy całej tej światowej mega-operacji migracyjnej muszą się kosztem zarówno naszym, jak i owych nachodźców… dobrze bawić (sic!). Kto bowiem wyjaśni, dlaczego w środku w tym roku mroźnej i śnieżnej u nas zimy do pracy w roli n.p. rowerowego rozwoziciela gotowych dań, z charakterystycznym plecakiem-pojemnikiem na ramionach, sprowadzono do Polski młodych ludzi także ze znajdującej się na drugim końcu świata tropikalnej południowoamerykańskiej Kolumbii (sic!)?

No, nareszcie, może to dopiero ci latynoscy nachodźcy okażą się być rzymskimi katolikami. ale i tu, w obecnych czasach, gwarancji nie ma. Co na to władze kościelne? Lepiej nie pytać.

A tak poza tym: Dlaczego tych gotowych dań i innych rozwoźnych towarów nie rozwożą w Polsce chłopaki polskie-miejscowe, ale koniecznie (!) wieloetniczni (multi-kulti) nachodźcy-obcoplemieńcy z narodów po części w ogóle nam nieznanych? Przecież to jest bez sensu! Co to za rynek pracy? Co to za gospodarowanie? ale to „działa”, skoro „ktoś” to sztucznie popycha.

Socjologowie nieśmiało zauważyli, iż ta w ostatnim ćwierćwieczu fala wychodźstwa z „katolickiej Polski” na Zachód, w tym ta do Wielkiej Brytanii, swego czasu dość duża, jest pierwszą w liczących już dobrze ponad dwieście lat dziejach polskiej emigracji, która do państw osiedlenia nie zabrała w swej masie ani praktykowania religii rzymskokatolickiej, ani elementarnych polskich cech kulturowych.

Bo prawie jeszcze do końca wieku XX „te rzeczy” na obczyznę jednak z Polski zabierano, w czym choćby pewne kręgi kościelne żywiły nadzieję – chybioną przecież – na, ni mniej ni więcej, rekatolicyzację europejskiego „unijnego” Zachodu dzięki polskiego późno-PRL-owskiego „pokolenia JP Dwa” (kto dziś sięga do tego określenia?). Co na to władze kościelne? Lepiej nie pytać.

Medialne relacje i obrazki z poranka dnia 24 lutego 2022 roku z południowego odcinka tzw. linii Curzona-Namiera, czyli z właśnie rozgrodzonej wtedy „przez kogoś” gwałtownie na oścież granicy ukraińsko-polskiej przyniosły jedne z najcięższych doznań w życiu (sic!)…

Ale… ilu Polakom dzisiejszego pokolenia? Ilu Polaków się przeraziło własną bezradnością wobec tej ludzkiej anonimowej wezbranej fali z post-bolszewickiego Wschodu zalewającej nas w tempie po – wówczas – około 140 tys. osób na dobę? A ilu z tego samego powodu w swej głupocie piało u nas z uciechy (sic!) i/lub załamywało ręce nad losem „biednych uchodźców”? Bo przecież nie nad losem własnej Ojczyzny-Polski-Katolickiej.

Pewien rodak-Polak w związku z powyższym powiada od roku 2022 następująco: Czym prędzej dopomóżmy tym wszystkim obcoplemieńcom, więc ludziom z Ukrainy oraz innym nachodźcom w odnalezieniu ich drogi powrotnej do domu, do ich krajów, do ich ojczyzn. Gdy to się nam powiedzie, wtedy Polska zasłuży na Pokojową Nagrodę Nobla (4). Wystarczy zrobić to co w roku 2022 – oni i my mamy już doświadczenie – ale z przeciwnym wektorem-zwrotem: z Polski na Wschód (oraz – zależy skąd kto przybył – dalej do Azji, do Afryki, ale i do Ameryki Południowej także, choć Latynosi jest to niejako odrębny temat).

Ktoś jeszcze w roku 2022 zauważył, że: Nie było i nie ma takiej przyczyny wojennej lub okołowojennej, dla której obywatele Republiki Ukraińskiej musieliby opuszczać to jakże rozległe terytorium wspomnianej Republiki Ukraińskiej (5). Od tamtej pory przez lata wszystko wskazuje na prawdziwość tego spostrzeżenia. Mapa Ukrainy! A na mapie widnieją bardziej choćby poszczególne miejscowości na jakże oddalonym (od Polski) Wschodzie (w obszarze Donbasu i in.), aniżeli szersze terytoria, w których toczyły się lub toczą jakiekolwiek walki i gdzie doszło do zniszczeń powodujących utratę przez ludzi dachu nad głową.

Zresztą, jak powiadają, na wojnie pierwszą ofiarą jest prawda. Toteż polskojęzyczne wiadomości w mediach największego zasięgu (główne kanały telewizyjne i radiowe) na temat owej rosyjsko-ukraińskiej wojny lat 2014-2022-2026 (gdy piszemy niniejsze, media co pewien czas przypominają, iż ostrzały gdzieś przez cały czas trwają) są przerażająco bałamutne; pomimo iż Polska przecież nie jest stroną wojującą.

Osobny to temat i może ktoś kiedyś napisze nań jakąś wartościową habilitację – o na wzór PRL-owski traktowaniu wielomilionowej medialnej narodowej widowni jak – za przeproszeniem – bezwolnej gromady tępaków. ale skoro… ta widownia sama na to pozwala… Nie zawsze tak było; vide: Pierwsza „Solidarność” i ówczesne powszechne „odkrycie”, iż „telewizja kłamie”.

C.D.N.

Polecamy również: Antyfaszyści okazali się rosyjską agenturą

Читать всю статью