Sławnik teatralny numer 10: „Anioły w Warszawie”

liberte.pl 1 день назад

Niemal cztery godziny mijają zaskakująco szybko, choć przecież nie jest to przedstawienie łatwe ani lekkie. To spektakl wymagający emocjonalnie, momentami wręcz duszny od napięcia, ale jednocześnie hipnotyzujący swoją intensywnością.

W ramach mojego małego „Sławnika teatralnego” – już po raz dziesiąty – trafiam na spektakl, po którym trudno po prostu wrócić do codzienności i udawać, iż nic się nie wydarzyło. Anioły w Warszawie w Teatrze Dramatycznym to teatr, który nie daje komfortu obojętności. Niemal cztery godziny mijają zaskakująco szybko, choć przecież nie jest to przedstawienie łatwe ani lekkie. To spektakl wymagający emocjonalnie, momentami wręcz duszny od napięcia, ale jednocześnie hipnotyzujący swoją intensywnością.

Twórcy przenoszą widza do lat 80., w sam środek pandemii AIDS – czasu strachu, paniki moralnej, społecznego wykluczenia i politycznej obojętności. To opowieść o świecie, który bardzo gwałtownie nauczył się oceniać, ale bardzo długo nie potrafił współczuć. Choroba staje się tutaj czymś więcej niż medycznym problemem – jest symbolem społecznego lęku przed innością, przed tym, co wymyka się konserwatywnym normom i wygodnym definicjom.

Materiały Teatru Dramatycznego w Warszawie, Fot. Karolina Jóźwiak

Najmocniejsze w tym spektaklu jest jednak to, iż nie sprowadza swoich bohaterów wyłącznie do cierpienia. Anioły w Warszawie pokazują ludzi pełnych sprzeczności – kochających, toksycznych, zagubionych, czułych, egoistycznych i heroicznych jednocześnie. Relacje między bohaterami są niejednoznaczne i przez to niezwykle prawdziwe. Nie ma tu prostych podziałów na dobrych i złych. Jest człowiek – ze swoim lękiem, samotnością, potrzebą bliskości i desperacką próbą znalezienia sensu.

Ogromną siłą spektaklu jest jego forma. Ruchoma scena nadaje całości wyjątkowego rytm i dynamikę. Przestrzenie zmieniają się płynnie, niemal filmowo, a widz ma poczucie nieustannego ruchu – jakby świat bohaterów nigdy nie pozwalał im się zatrzymać. Ta sceniczna konstrukcja świetnie współgra z emocjonalnym chaosem przedstawienia. Dzięki temu choćby długie sceny dialogowe nie tracą napięcia, a spektakl oddycha i pulsuje niemal fizycznie.

Nie sposób też nie zatrzymać się przy aktorstwie. Małgorzata Niemirska tworzy rolę niezwykle przejmującą – oszczędną, ale pełną emocjonalnego ciężaru. Katarzyna Herman wnosi na scenę energię i niepokój, których nie da się zignorować. Marcin Bosak z kolei buduje postać z ogromną intensywnością i wewnętrznym pęknięciem, które długo zostaje w pamięci. To właśnie dzięki takim rolom spektakl nie staje się publicystycznym manifestem, ale głęboko ludzką opowieścią. Ale każdy z występujących wnosi na scenę własną wrażliwość i siłę, tworząc postaci niejednoznaczne, poruszające, zapadające w pamięć. Bo czy nie chce się momentami znienawidzić postaci granej przez Piotra Siwkiewicza, którego ścieżka kariery wydaje się dziwnie znajoma? Albo jednocześnie winić i rozumieć bohatera Konrada Szymańskiego, który zwyczajnie się bał… To dzięki całej obsadzie Anioły w Warszawie nie są tylko opowieścią o przeszłości, ale żywym, pulsującym świadectwem ludzkiego doświadczenia – z całym jego ciężarem i światłem.

Materiały Teatru Dramatycznego w Warszawie, Fot. Karolina Jóźwiak

Warto docenić również to, jak przedstawienie operuje emocjami bez taniego szantażu. Nie próbuje wymuszać wzruszenia. Nie moralizuje wprost. Raczej zmusza do patrzenia – czasem bardzo niewygodnego. I chyba właśnie dlatego działa tak mocno. Widz nie wychodzi z teatru z poczuciem obejrzenia „ważnego tematu”. Wychodzi raczej z pytaniem, dlaczego tak wiele mechanizmów społecznego wykluczenia wciąż wygląda dziś znajomo.

Bo choć akcja dzieje się dekady temu, trudno uciec od refleksji, iż jako społeczeństwo wcale nie jesteśmy tak daleko, jak lubimy o sobie myśleć. Minęły lata demokracji, zmienił się język, zmieniła się estetyka debaty publicznej, ale problem akceptacji inności przez cały czas wraca z zaskakującą siłą. przez cały czas łatwo odczłowieczyć tych, którzy żyją inaczej, kochają inaczej albo po prostu nie mieszczą się w wygodnym obrazie „normalności”.

I może właśnie dlatego ten spektakl wybrzmiewa dziś tak mocno. Bo opowiada nie tylko o AIDS i latach 80. Opowiada o mechanizmach społecznego wykluczenia, które ciągle mają się dobrze. O strachu ubieranym w moralność. O polityce, która zbyt często boi się empatii bardziej niż radykalizmu. O ludziach, którzy przez dekady musieli walczyć nie tylko o własną godność, ale choćby o podstawowe prawo do bycia uznanym przez państwo i społeczeństwo.

Materiały Teatru Dramatycznego w Warszawie, Fot. Karolina Jóźwiak

Po wyjściu z teatru trudno nie pomyśleć, iż w kraju, który tak chętnie mówi o wolności, wspólnocie i wartościach, wciąż brakuje elementarnej odwagi do uporządkowania spraw tak podstawowych jak prawne uznanie życia osób LGBT+. I może właśnie dlatego Anioły w Warszawie nie są spektaklem o przeszłości. Są bardzo bolesnym spektaklem o teraźniejszości.

Читать всю статью