Miałem przyjemność obejrzeć przedpremierowy pokaz „Balu w operze” w Teatrze Polonia. Już sam udział w tym wieczorze był dla mnie wyróżnieniem. A to, co zobaczyłem na scenie, tylko spotęgowało poczucie, iż uczestniczę w czymś wyjątkowym. Artur Barciś – reżyser i wykonawca spektaklu – pokazał aktorstwo, które najchętniej określiłbym krótko: mistrzostwo świata.
U Tuwima rym i rytm mają ogromne znaczenie. To w nich zawierają się emocje, drwina, narastające szaleństwo. Słowa wpadają na siebie, przyspieszają, wprawiają cały opisywany świat w coraz bardziej gorączkowy ruch. Wystarczy zgubić puls, żeby osłabić siłę tego tekstu. Barciś zachowuje go przez cały spektakl. Z niezwykłą precyzją prowadzi frazę, wydobywa rymy, panuje nad tempem, a przy tym pozwala wybrzmieć znaczeniom. Słychać Tuwima w całym jego językowym rozmachu. I słychać aktora, który doskonale rozumie, po co wypowiada każde zdanie.
W takim wykonaniu szczególnie mocno ujawnia się geniusz poety. Tuwim potrafi językiem jednocześnie zachwycać i niepokoić. Rozbawić brzmieniem, by za chwilę uderzyć sensem. Wciągnąć w roztańczony świat, a potem pokazać jego moralną brzydotę. Napisany w 1936 roku poemat po dziewięćdziesięciu latach przez cały czas boleśnie dotyka spraw, z którymi nie potrafiliśmy sobie poradzić.
Barciś tę dwoistość znakomicie wydobywa. Jego sceniczny klaun stopniowo rozpoznaje własną rolę w przedstawieniu, któremu służy. Za błazeństwem odsłaniają się świadomość i groza. Muzyka Jerzego Satanowskiego współtworzy ten niepokój, nadając słowom dodatkową siłę. Zachwyt nad aktorskim kunsztem coraz mocniej splata się z pytaniem o świat, który ten kunszt pozwala zobaczyć.
Bo „Bal w operze” to także opowieść o władzy, pieniądzach i ideologii, która potrafi zwolnić człowieka z samodzielnego myślenia. O ludziach tak pochłoniętych własnym znaczeniem, iż przestają dostrzegać rzeczywistość poza salą balową. Tuwim bezlitośnie obnaża świat, w którym wzniosłe deklaracje doskonale współistnieją z małymi interesami, a zasady obowiązują przede wszystkim tych, którzy nie mają wpływowych znajomych. Pokazuje też, jak łatwo zbiorowy entuzjazm zagłusza indywidualne sumienie. W tłumie prościej powtarzać hasła, usprawiedliwiać podłość, przyzwyczajać się do kolejnych przekroczonych granic. I właśnie to wydaje mi się szczególnie niepokojące: ten bal może trwać również dzięki ludziom, którzy wszystko widzą, ale dla własnej wygody wolą nie psuć zabawy.
Trudno mi przy tym nie myśleć o dzisiejszej Polsce i dzisiejszym świecie. O polityce, w której wywołanie kolejnego oburzenia staje się ważniejsze niż rozwiązanie problemu. O patriotyzmie odmierzanym głośnością deklaracji. O podsycaniu lęku, na którym można zbudować popularność, i o cynizmie ludzi gotowych uznać cudze kłopoty za własną polityczną szansę. Tuwim pomaga rozpoznać ten mechanizm: im głośniejsza orkiestra, tym łatwiej zagłuszyć pytanie, dokąd adekwatnie zmierzamy.
Jest w tym również pytanie o nierówności. Kto bawi się na balu, kto go obsługuje, a kto ostatecznie ponosi jego koszty? Z perspektywy zastawionego stołu świat może wyglądać znakomicie. Trudniej zobaczyć ludzi, dla których codzienność oznacza liczenie każdej złotówki. Szczególnie gdy ich doświadczenie psuje nastrój przyjęcia.
Barciś daje Tuwimowi głos, którego trudno przestać słuchać. I przypomina, jak wiele potrafi teatr, kiedy wielka literatura spotyka się z aktorem umiejącym wydobyć jej pełną siłę. Za precyzją słowa, oddechu i rytmu stoi tu ogromna praca, a jednak pozostaje w tym wykonaniu żywość myśli i emocji. Każda kolejna fraza pozwala mocniej odczuć, jak blisko w tym poemacie sąsiadują śmieszność i groza. Szczególnie cenię to, iż zachwyt nad sposobem mówienia prowadzi wprost do refleksji nad tym, co zostało powiedziane. Barciś utrzymuje tę trudną równowagę przez cały spektakl. Można podziwiać jego warsztat, cieszyć się Tuwimowską polszczyzną i jednocześnie coraz dotkliwiej rozpoznawać w niej własną współczesność.
Wielkie brawa dla aktora. A dla nas pytanie: czy jeszcze słyszymy ostrzeżenie, czy już tylko muzykę do tańca?














