Samotna placówka

polska-zbrojna.pl 5 часы назад

Baza morska, lotniska, systemy rakietowe – wszystko upchnięte na 15,5 tys. km2, tuż pod nosem NATO. Obwód królewiecki to militarny atut Rosji, o którym ostatnio znów bardzo głośno. Tyle iż siła tej fortecy – odciętej od reszty kraju, otoczonej terytoriami Sojuszu – łatwo może przerodzić się w jej słabość. Kreml zdaje sobie z tego sprawę, więc wysyła pogróżki – mówią eksperci.

Rosyjscy żołnierze podczas paradywojskowej z okazji 316. rocznicy powstania Floty Bałtyckiej. Bałtyjsk w obwodzie królewieckim.

„Rosja jest gotowa użyć pełnego arsenału sił i zdolności, jakimi dysponuje, w tym broni jądrowej, jeżeli kraje NATO podejmą jakąkolwiek próbę odizolowania obwodu królewieckiego od reszty kraju” – ustęp tej treści znalazł się w nieformalnej nocie, która pod koniec września popłynęła z Kremla do Kwatery Głównej NATO. Kilka dni później na temat rosyjskiej eksklawy w niemal identycznych słowach wypowiedział się prezydent Władimir Putin. Zachodowi pogroził wreszcie jego rzecznik Dmitrij Pieskow. Podkreślał, iż Rosja będzie bronić integralności terytorialnej wszelkimi dostępnymi metodami, przy czym… to wcale nie jest groźba, ale jedynie „sygnał ostrzegawczy”.

W ostatnich tygodniach o obwodzie królewieckim Rosjanie mówią dużo i chętnie. Budując obraz eksklawy rzekomo zagrożonej przez agresywne NATO, prowadzą wielopoziomową grę. Według ekspertów z jednej strony chcą zmobilizować zmęczone wojną społeczeństwo, z drugiej zastraszyć Zachód i wymóc na nim porzucenie Ukrainy. Przy okazji przypominają, jak istotny dla nich jest ten przekształcony w fortecę skrawek lądu. Pytanie tylko, czy wobec zmieniającej się sytuacji geopolitycznej, paradoksalnie nie staje się on dla Moskwy obciążeniem.

REKLAMA

Obwód królewiecki liczy 15,5 tys. km2, rozmiarami dorównuje więc ledwie Małopolsce. Ale dla Rosjan stał się on jedną z najcenniejszych zdobyczy II wojny światowej. Józef Stalin, przejmując od Niemców część dawnych Prus Wschodnich, zyskał na Bałtyku niezamarzający port, a jednocześnie przyczółek wzmacniający kontrolę nad środkową Europą. Rychło też wokół Królewca przemianowanego na Kaliningrad zaczęły wyrastać kolejne instalacje wojskowe.

Rosyjskie oko, rosyjskie ucho

Znaczenie regionu wzrosło jeszcze bardziej po rozpadzie ZSRR, kiedy państwa bałtyckie odzyskały niepodległość i wraz z sąsiednią Polską obrały kurs na Zachód. – Dziś pozostający w rękach Rosji obwód królewiecki jest niczym klin wbity pomiędzy terytoria NATO – podkreśla prof. Krzysztof Fedorowicz, politolog z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Rosjanie utrzymują tam bliżej niesprecyzowaną liczbę żołnierzy (zachodnie wywiady i państwa bałtyckie szacują ich liczbę na około 10–12 tys.), wyposażonych m.in. w systemy obrony powietrznej S-400, a także pociski Iskander i Kindżał. Oba typy rakiet są przystosowane do przenoszenia ładunków nuklearnych – pierwsze na dystansie 500 km, drugie zaś choćby 2 tys. kilometrów, choć jak dotąd nikt oficjalnie nie potwierdził, iż w eksklawie znajdują się głowice. Na pewno jednak w ostatnim czasie rosyjska armia rozbudowywała infrastrukturę niezbędną do przechowywania takiej broni.

Do tego dochodzi lotnictwo – m.in. wielozadaniowe myśliwce Su-30SM/SM2, myśliwce przewagi powietrznej Su-27 i bombowce taktyczne Su-24M/MR, a także marynarka wojenna – w Bałtyjsku mieści się główna baza Floty Bałtyckiej, wyposażonej m.in. w niszczyciel rakietowy „Nastojczywyj” i fregaty „Nieustraszymyj” i „Jarosław Mudryj”.

– Dysponując takimi siłami, Rosja posiada realną zdolność do oddziaływania na polskie i litewskie zaplecze, na żeglugę bałtycką, lotniska i porty – wylicza dr hab. Wojciech Kotowicz, politolog z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego. Nie bez znaczenia jest też rozpoznanie. – Z Królewca Rosja obserwuje ruchy wojsk NATO w regionie, monitoruje łączność, zakłóca sygnały nawigacji satelitarnej – tłumaczy ekspert. Skutki ingerowania w pracę GPS-ów odczuwają dziś choćby załogi statków i piloci cywilnych samolotów. Co więcej, Rosjanie robią wiele, by wzmocnić związane z eksklawą możliwości wywiadowcze. – Od kilku lat w pobliżu miejscowości Czerniachowsk trwa budowa stacji nasłuchowej. Średnica zainstalowanej w kompleksie anteny wynosi 1,5 km. Pozwoli ona przechwytywać sygnały radioelektroniczne z odległości kilku tysięcy kilometrów – podkreśla prof. Fedorowicz.

Obwód królewiecki stwarza też możliwość nacisku polityczno-wojskowego. Zgromadzone tam zasoby ułatwiają Rosji stosowanie nuklearnego szantażu, komplikują też pracę natowskim planistom. Jednak kij, którym starają się wymachiwać Rosjanie, jak to zwykle bywa, ma dwa końce.

Niebo dla NATO

Siłą rosyjskiej fortecy zachwiała wywołana przez Władimira Putina wojna w Ukrainie. – Począwszy od 2022 roku część personelu i sprzętu z obwodu królewieckiego zaczęła trafiać na front – zauważa dr hab. Kotowicz. – Litewski wywiad mówi o czasowym osłabieniu komponentu lądowego. Według niektórych szacunków w porównaniu ze stanem sprzed inwazji mógł się on zmniejszyć choćby o 80% – dodaje naukowiec. Podczas walk na wschodzie Ukrainy najpewniej zostały zdziesiątkowane 18 Gwardyjska Dywizja Zmechanizowana i 336 Brygada Piechoty Morskiej. Wszystko to miało sprawić, iż w krytycznym dla Rosji momencie liczba żołnierzy na stałe rozmieszczonych wokół Królewca spadła poniżej 10 tys. Na pewno też Rosjanie byli zmuszeni wycofać z eksklawy część systemów obrony powietrznej. Naukowiec z UMW zastrzega jednak, iż liczby, które raz po raz padają w przestrzeni publicznej, trudno zweryfikować. – Nie sposób tego zrobić na podstawie oficjalnych dokumentów – przyznaje.

Na tym jednak nie koniec. Sytuację obwodu królewieckiego drastycznie bowiem pogorszyło też rozszerzenie NATO o Finlandię i Szwecję. Dzięki tej akcesji Sojusz wzmocnił kontrolę nad Bałtykiem, a co za tym idzie ograniczył możliwości operacyjne rosyjskiej Floty Bałtyckiej i lotnictwa. Jednocześnie zamknięcie przez Zachód przestrzeni powietrznej dla wysyłanych z Rosji samolotów utrudniło zaopatrywanie eksklawy. Stawiając na transport lotniczy, Rosjanie są zmuszeni korzystać wyłącznie z międzynarodowych korytarzy. Dodatkowo musieli rozbudować flotę promów. To powoduje znaczące koszty.

Rosyjscy planiści muszą też zdawać sobie sprawę z tego, jak wielkim potencjałem dysponuje w regionie NATO. I choć sojusznicy konsekwentnie podkreślają, iż nie zamierzają nikogo atakować, od czasu do czasu sygnalizują, co się może stać, jeżeli Rosja wykona pierwszy ruch i zdecyduje się na otwartą inwazję. W lutym 2026 roku, przy okazji zorganizowanej w Niemczech gry wojennej, emerytowany gen. Ben Hodges, który przez lata stał na czele wojsk lądowych USA w Europie, mówił: „Odstraszanie oznacza uświadomienie Moskwie, jak gwałtownie straciłaby Królewiec”. Podkreślał przy tym, iż Sojusz dysponuje niezwykle precyzyjnymi informacjami na temat rozmieszczenia i potencjału zgromadzonych w eksklawie wojsk, a w razie eskalacji jest w stanie wyprowadzić błyskawiczne i dotkliwe w skutkach ciosy. Według niego obwód królewiecki zostałby zneutralizowany w ciągu doby. Aby to osiągnąć, NATO nie musiałoby choćby wprowadzać na rosyjskie terytorium wojsk lądowych. Wystarczyłyby precyzyjne uderzenia cybernetyczne i rakietowe.

Próbkę swoich możliwości Sojusz zademonstrował choćby w sierpniu 2026 roku, kiedy to po kolejnych prowokacjach Kremla w powietrze wzbiło się kilkadziesiąt stacjonujących na wschodniej flance samolotów bojowych i rozpoznawczych. Przez pewien czas operowały one w sąsiedztwie obwodu królewieckiego, wysyłając Kremlowi czytelny sygnał: patrzymy wam na ręce, nie przekraczajcie czerwonych linii, bo jesteśmy gotowi odpowiedzieć.

— W czasie pokoju i kryzysu poniżej progu otwartej wojny Królewiec jest dla Rosji ważnym atutem. Ale w razie długotrwałej, pełnoskalowej konfrontacji ten sam region staje się obciążeniem: jest odcięty od reszty kraju, otoczony terytoriami NATO. Wszystkie te bazy, magazyny, systemy dowodzenia byłyby wyeksponowane na obserwację i oddziaływanie Sojuszu Północnoatlantyckiego. Nieco przekornie można więc powiedzieć, iż Rosji powinno bardzo zależeć na tym, by do takiej wojny nie doszło – uważa dr hab. Kotowicz.

Pałka w górze

Nie oznacza to oczywiście, iż członkowie Sojuszu mogą spać spokojnie. Inwazja na Ukrainę pokazała bowiem, iż Kreml nie zawsze jest skłonny myśleć kategoriami, które na Zachodzie są uznawane za racjonalne. Eksklawa pozostaje więc narzędziem szantażu. I nie chodzi wyłącznie o zgromadzone tam wojska. – Odległość pomiędzy obwodem królewieckim a Białorusią, która jest w tej chwili w pełni kontrolowana przez Rosjan, w najwęższym miejscu wynosi zaledwie 65 km. Pośrodku rozciąga się tzw. przesmyk suwalski, w tej chwili jedno z najbardziej newralgicznych terytoriów NATO. choćby jeżeli Rosja nie odważy się skierować tam wojsk, by przebić korytarz do Królewca, może podjąć próbę szczególnie intensywnych działań hybrydowych, choćby z udziałem wojsk specjalnych – uważa prof. Fedorowicz. – Potrafię wyobrazić sobie rajd niewielkiego oddziału, szczególnie przez Litwę. Na tym odcinku wspomniany obszar jest gęsto zalesiony i słabo zaludniony – dodaje.

Co zatem może zrobić Sojusz Północnoatlantycki? Zagrożenia związane z obwodem królewieckim prawdopodobnie nie znikną. NATO po prostu musi z nimi żyć – zabezpieczać granice, zachować czujność i systematycznie pokazywać Rosji, iż wszelkie prowokacje, nie mówiąc już o działaniach militarnych, najzwyczajniej w świecie jej się nie opłacą.

Łukasz Zalesiński
Читать всю статью