Salto mortale komandosa

polska-zbrojna.pl 2 часы назад

Młodym filmowcom mówi się, iż najlepsze scenariusze pisze życie. A dokładniej miłość, która czasami nie zna granic. Bo czyż można sobie wyobrazić miłość od pierwszego wejrzenia komunistycznego prokuratora do kobiety z NSZ, która wcześniej była żoną partyzanckiego dowódcy mającego na koncie porwanie siostry Bolesława Bieruta? Historię odkrytą po latach opisuje Piotr Korczyński.

Partyzanckie zdjęcie „Boruty” i „Kurczaka”

Istotnie, to trudne. Ale faktem jest, iż w więźniarce Henryce Brzuszek o konspiracyjnym pseudonimie „Kurczak” do szaleństwa zakochał się prowadzący jej sprawę prokurator porucznik Stanisław Lućko. Był on gotów dla Henryki przekreślić całą swą karierę i zawrócić z obranej drogi. I zrobił to! Nie był to bynajmniej typowy przedstawiciel stalinowskiego wymiaru sprawiedliwości – partyjny aparatczyk, ale weteran Polskiego Samodzielnego Batalionu Specjalnego, komandos, który miał za sobą partyzancką walkę za liniami wroga.

Zacznijmy jednak tę historię od wybranki jego serca. Lućko, ujrzawszy pierwszy raz w życiu Henrykę Brzuszek – jako więźniarkę doprowadzoną do sali przesłuchań z celi Zamku Lubelskiego – oświadczył: „Jak nie wyjdziesz za mnie, to palnę sobie w łeb, a ciebie i tak zabiją”. Na tę groźbę usłyszał od Henryki zdecydowane „nie!”.

REKLAMA

Partyzancka miłość

Do AK Henryka Brzuszek zaprzysiężona została w rodzinnym Siedliszczu niedaleko Chełma. Miała wtedy 17 lat. Dowcipni koledzy ochrzcili dziewczynę pseudonimem „Kurczak”. Pili do jej drobnej postury. To akurat stanowiło atut w pracy, którą jej przydzielono. Niepozorna łączniczka raczej nie zwraca na siebie uwagi, kiedy niesie meldunki, konspiracyjną prasę czy broń i amunicję, bo te ostatnie także „Kurczakowi” zdarzało się przenosić między oddziałami. Wystarczy jednak spojrzeć na zdjęcie tej młodej konspiratorki, by dostrzec w jej spojrzeniu mocny charakter. Jak u Baśki – żony Wołodyjowskiego.

Podczas akcji „Burza” Henryka brała udział w odprawach oddziałów AK, które koncentrowały się do walki z Niemcami, by następnie zamanifestować swoje istnienie przed wkraczającymi na Lubelszczyznę Sowietami. Owego gorącego – nie tylko w związku z pogodą – lata 1944 roku narzeczonym Henryki został jej krajan z Siedliszcza Stefan Brzuszek „Boruta”. Przynależał on do Narodowych Sił Zbrojnych. Oboje nosili to samo nazwisko, ale była to jedynie zbieżność – nie łączyło ich pokrewieństwo. Ślub wzięli 2 września 1944 roku i zaraz po tej radosnej chwili przyszło powołanie do wojska – do 1 Armii generała Berlinga. „Boruta” wahał się, co zrobić, ale za namową żony zdecydował się wstąpić w szeregi.

Stefan był związany z najgroźniejszą według politruków organizacją – NSZ. A widząc, jak Informacja Wojskowa tropi wśród byłych konspiratorów i partyzantów „wrogów władzy ludowej”, postanowił zdezerterować. Nie był w tej decyzji sam, uciekł w Święta Wielkanocne 1945 roku w grupie kilkunastu ludzi. Już 8 kwietnia tegoż roku powrócił do konspiracji. A dokładnie pod komendę swego starego znajomego sprzed wojny, także rodem z Siedliszcza, Eugeniusza Walewskiego „Zemsty”, który stał na czele oddziału partyzanckiego NSZ liczącego kilkadziesiąt osób.

Zstąpienie do piekieł

„Boruta” gwałtownie został zastępcą „Zemsty”, a po jego śmierci 2 grudnia 1945 roku objął komendę nad oddziałem. Stefan okazał się rzutkim dowódcą – od początku 1946 roku nie dawał spokoju okolicznym komendom Milicji Obywatelskiej i funkcjonariuszom Urzędu Bezpieczeństwa. W marcu awansował na podporucznika, a w maju rozpoczął współpracę z oddziałem Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość” Leona Taraszkiewicza „Jastrzębia”.

1. Stefan i Henryka Brzuszkowie „po cywilnemu”. 2. Ślub Henryki i Stefana Brzuszków 2 września 1944. 3. Krótkie chwile szczęścia w rodzinnym Siedliszczu, po prawej Henryka Brzuszek.

W maju Henryka Brzuszek była już w ciąży. Ukrywała się w Puchaczowie, pod przybranym nazwiskiem Marczyńska. Niestety, bezpieka wpadła na jej trop i kobieta została aresztowana 24 czerwca 1946 roku. Osadzono ją w osławionym więzieniu na Zamku Lubelskim. Maltretowana podczas przesłuchań, urodziła przedwcześnie córeczkę, która zmarła chwilę po przyjściu na świat.

Czy o tej tragedii dowiedział się jej mąż podporucznik „Boruta”? Najprawdopodobniej nie, gdyż z pewnością starałby się wymienić schwytaną przez jego ludzi siostrę Bolesława Bieruta – Julię Malewską – na ciężarną żonę. Do uprowadzenia członków rodziny sowieckiego nominata na prezydenta Rzeczypospolitej doszło przypadkowo 17 lipca 1946 roku. Podwładni „Boruty” i „Jastrzębia” podszyli się pod wojsko i ustawili na szosie w Kamionce nieopodal Chełma posterunek kontrolny. W ciągu kilku godzin skontrolowali kilka ciężarówek wojskowych, które zarekwirowali i ukryli w pobliskim lesie. Nie spodziewali się jednak, iż pod koniec dnia czeka ich jeszcze większy sukces. Około 18.00 na drodze pojawiły się dwa samochody osobowe – amerykański Willys i francuski Chevrolet. „Kontrolerzy” je zatrzymali. Z Chevroleta wyszła kobieta i gniewnym głosem oznajmiła, iż nie życzy sobie zatrzymywania, iż ona jest… siostrą prezydenta Bieruta, a pozostali pasażerowie to jej rodzina! Istotnie – prócz Malewskiej samochodem podróżowali jej mąż, syn i synowa.

Jednakże dowódca „kontrolnego punktu wojskowego” był na tyle „bezczelny”, iż zażądał od pasażerów Chevroleta okazania dokumentów, by potwierdzić tę rewelację. Kiedy zobaczył, iż personalia zgadzają się ze słowami Malewskiej, oświadczył, iż w imieniu Wojska Polskiego są oni aresztowani. Partyzanci w okamgnieniu zakończyli maskaradę. Wobec takiej zdobyczy zwolnili ukryte w lesie ciężarówki oraz Willysa obstawy prezydenckiej rodziny, oddali kluczyki ich szoferom. Wraz z Chevroletem rozpłynęli się zaś na polnej drodze w lesie. Ich celem była kolonia Krasne. Po drodze w jednej ze stodół ukryto samochód, a zakładników w dalszą podróż posadzono na furmankę. Po dotarciu na kolonię zakwaterowano ich w domu Władysława Borysika. Na rozkaz „Jastrzębia” i „Boruty” więźniów traktowano grzecznie i łagodnie.

Niewola krewnych Bieruta trwała trzy dni – nie była ciężka ani zbyt przykra. Kobiety w obstawie dziewczyny z pistoletem – sanitariuszki z oddziału „Boruty” Wandy Wolanin – mogły chodzić po całej kolonii, a choćby na skraj lasu. W tym czasie dowódcy naradzali się, co z nimi zrobić. Czas naglił, gdyż dochodziły do nich informacje, iż miejscowy UB dosłownie zmienił się w gniazdo szerszeni, a na wsparcie rzucono mu milicję i wojsko.

Por. Stanisław Lućko

W końcu uradzono, iż najlepszym wyjściem jest zwolnienie zakładników bez natychmiastowych i konkretnych żądań. Jedynie Julii Malewskiej wręczono list z prośbą, by oddała go bratu. Partyzanccy dowódcy pisali w nim: „Zatrzymaną rodzinę Pańską wypuszczamy na wolność całych i zdrowych. Gdybyśmy chcieli zastosować wobec rodziny Pana metody jakie stosuje Urząd Bezp. Publ. wobec rodzin aresztowanych politycznie Polaków – winniśmy rodzinę Pańską zmasakrować, powybijać zęby, wyłamać ręce. Nie zrobimy tego, nam obce są bestialstwo i rozpasanie, nie zatraciliśmy etyki chrześcijańskiej, walczymy tylko z tymi, którzy mają umazane ręce w niewinnej krwi bratniej. My nie chcemy przelewu krwi bratniej, a do tego rozpaczliwego kroku pcha Urząd Bezp. Publ. Wypuszczamy Pańską rodzinę na wolność – nie żądając za to nic – uważamy jednak, iż podobnie postąpi Pan Panie Prezydencie i każe Pan zwolnić aresztowane rodziny ściganych politycznie”.

Droga komandosa

O świcie 21 lipca partyzanci oddali zakładnikom samochód (ich szofer także był zatrzymany) i odprowadzili ich do szosy Chełm – Lublin. Kiedy Malewska wraz z bliskimi dotarła do Lublina, kategorycznie odmówiła składania zeznań funkcjonariuszom UB, a tym samym wyjawienia miejsca postoju partyzantów. Oświadczyła, iż wszystko opowie prezydentowi. Nie ma żadnych śladów z tej rozmowy, ale jedno jest pewne – jeżeli choćby Bierut przeczytał list od „Boruty” i „Jastrzębia”, nie przyniosło to żadnych efektów, czego widomym dowodem była chociażby tragedia Henryki Brzuszek i jej dziecka.

Podporucznik Stefan Brzuszek zginął w ubeckiej obławie w Woli Korybutowej równo miesiąc po akcji na szosie Chełm – Lublin: 17 sierpnia 1946 roku. Znaleziono przy nim list od żony, wysłany zaraz przed jej aresztowaniem z Puchaczowa 16 czerwca 1946 roku. Henryka wyrażała w nim żal, iż pozwoliła mężowi wstąpić do partyzantki, tęskniła za nim i obawiała się o los nienarodzonego dziecka… Po brutalnym śledztwie 1 marca 1947 roku rozpoczęła się jej rozprawa sądowa, na której oskarżono ją o przynależność do NSZ oraz posługiwanie się fałszywym dowodem tożsamości. Jednakże po miesiącu, 1 kwietnia, Henrykę Brzuszek objęła amnestia i mogła opuścić bramy więzienia na Zamku Lubelskim. Z pewnością w tym zwolnieniu miał swój udział porucznik Lućko, który przekonał w końcu ciężko doświadczoną przez los kobietę, iż przy nim może wszystko zacząć na nowo.

Zresztą on także był mężczyzną po przejściach. Pochodził z Wileńszczyzny. Ojca, podoficera Wojska Polskiego, Sowieci zamordowali na oczach całej rodziny już w pierwszych chwilach agresji 17 września 1939 roku. Następnie już w lutym 1940 roku Lućków wywieziono na Syberię. Po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej i układzie Sikorski-Majski latem 1941 roku Stanisław Lućko znalazł się w gronie tych Polaków, którzy nie mieli szczęścia wstąpić do Armii generała Andersa, więc jedyną szansą powrotu do Polski stał się dla niego generał Berling. Wiosną 1943 roku osiemnastoletni Lućko wstąpił do 1 Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki, ale nie był mu pisany los piechura, ale komandosa. Niedaleko Sielc znajdował się drugi obóz wojskowy – w Biełomucie, gdzie szkolili się czołgiści 1 Brygady Pancernej im. Bohaterów Westerplatte i spadochroniarze dywersanci z Polskiego Samodzielnego Batalionu Specjalnego.

Stanisław Lućko musiał mieć walory psychofizyczne ponadprzeciętne, bo został jednym z żołnierzy tegoż batalionu. Przeszedł szkolenie spadochronowe oraz dywersyjne i awansował na dowódcę plutonu w stopniu chorążego. Sprawdził się też w akcjach bojowych, kiedy został zrzucony ze spadochronem daleko za linią nieprzyjaciela i na terytorium Rzeszy prowadził zwiad na rzecz ofensywy sowieckich frontów. Pod sam koniec wojny został ciężko ranny i po wyjściu ze szpitala oraz zakończeniu szlaku bojowego pod Berlinem otrzymał przydział do prokuratury wojskowej. Jego zwierzchnicy docenili wrodzoną inteligencję oraz chęć do nauki i wieszczyli mu karierę.

Miłość niejedno ma imię…

Tym bardziej przełożonych Lućki musiała zszokować decyzja o ożenku z należącą do NSZ wdową po „bandycie”! Porucznik nie ugiął się jednak pod naciskami. Ślub Stanisława i Henryki odbył się 24 września 1948 roku. Za tę „hańbę” w marcu następnego roku porucznik stanął przed oficerskim sądem honorowym, decyzją którego został zdegradowany o jeden stopień oficerski, czyli do podporucznika, i wyrzucony z wojska. Podobno kary śmierci uniknął przez swe dokonania bojowe za liniami frontu. W „Notatce służbowej na por. Lućkę Stanisława b[yłego] ofi cera śledczego 2 D.P.” z dnia 8 kwietnia 1949 roku czytamy: „Por. Lućko na stanowisku ofi cera śledczego do chwili poznania się z kochanką po dowódcy bandy N.S.Z., wywiązywał się zadowalająco. Od chwili poznania się z w/w zaczął zaniedbywać swe obowiązki i mimo tłumaczeń ze strony władz przełożonych i partyjnych, stosunków z kobietą pochodzącą ze środowiska reakcyjnego, nie zerwał, za co też został wykluczony z partii. […]

Oficerski Sąd Honorowy dla Oficerów Młodszych przy Dep[artamencie] Pers[onalnym] MON wydał wyrok skazujący por. Lućkę na utratę jednego stopnia oficerskiego i udzielił mu nagany. Wyrok powyższy nie został jeszcze zatwierdzony przez Ministerstwo Obrony Narodowej.

W związku z tym, iż por. Lućko połączył się ze środowiskiem reakcyjnym nie chcąc zrozumieć tłumaczeń władz przełożonych i partyjnych, proponuje się zwolnienie w/w z szeregów Odr[odzonego] W.P.”.

Szefostwo MON przychyliło się do powyższego wniosku i Lućko z wojska został usunięty. Małżonkowie nie widzieli na Lubelszczyźnie dla siebie perspektyw – i wyjechali do Kielc. Tutaj urodziły im się syn i córka, tu znaleźli pracę – kobieta z przeszłością, mężczyzna po przejściach...

Zamek w Lublinie, lata powojenne.

Przez 50 lat oboje ukrywali przed dziećmi swą przeszłość. Opowiedział mi o tym ich syn, pan Andrzej Lućko, u którego gościłem w Kielcach: „Przeszłość rodziców – podkreślał Andrzej Lućko – była w rodzinie owiana całkowitą tajemnicą. Pierwsze sygnały dała nam dopiero matka, kiedy udało jej się zrehabilitować pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Dopiero wtedy zaczęła mnie i siostrze opowiadać swoje wojenne przeżycia, iż miała dziecko, które zabito jej w więzieniu… Dla nas to był szok! Doszliśmy choćby do wniosku, iż to objawy starczej demencji lub choroby psychicznej. Przez całe nasze dotychczasowe życie myśmy nie słyszeli słowa na ten temat, dosłownie! A tu nagle tak tragiczne opowieści. Jednak po pierwszym szoku postanowiłem to zweryfikować. Pojechałem do Lublina i zacząłem szukać śladów. I krok po kroku, dokument po dokumencie zaczęło się to wszystko układać w jedną całość. I okazało się, iż matka mówiła prawdę”.


Cytaty pochodzą z dokumentów udostępnionych w czasie spotkania z panem Andrzejem Lućką w Kielcach, za co autor składa serdeczne podziękowania.

Piotr Korczyński
Читать всю статью