14 maja – dokonano pierwszej w historii Polski transkrypcji aktu „małżeństwa” dwóch mężczyzn. Propagatorzy LGBT już podnieśli żądanie, by zezwolić im na adopcję na równi z prawdziwymi małżeństwami. Urzędnik Stanu Cywilnego był w niemałym kłopocie jak wpisać ową parę udającą małżeństwo? W końcu drugiego „małżonka” wpisał w rubryce „kobieta”. Trzaskowski, syt chwały, iż w końcu udało się zaflancować także w Polsce ten chwast, zapewnił, iż następne będą jeszcze szybciej załatwiane.
Jest się z czego cieszyć !? Naprawdę, tak. Mianowicie z tego, iż ów włodarz Warszawy wybrany przez podobnych jemu „kulturträgerów” – jakoś polskiego słowa tu nie znajduję – nie został prezydentem Polski. Nasz Kraj już dość wycierpiał od różnych wrogów zewnętrznych i wewnętrznych. Nie jest wykluczone, iż w przypadku dłuższych rządów obecnego układu zrówna się status psychicznie chorych z reszt a Polaków. W końcu przecież chodzi o prawa człowieka. To, iż odmawia się ich człowiekowi, który w łonie matki jest całkowicie kompletny, a czeka tylko na włączenie w obieg życia, nie ma w rozumieniu prawa obowiązującego w Polsce Tuska, znaczenia. Wprost przeciwnie. Posłużę się przypadkiem niejakiej pani Weroniki. Będąc w ciąży, poprosiła ginekologa Piotra A. o badanie USG i konsultację. Zdiagnozował on – jak się później okazało, fałszywie – u dziecka zespół Downa i zasugerował tzw. aborcję. Kobieta kategorycznie odmówiła i zmieniła lekarza. Aż do porodu żyła w stresie z powodu obaw o syna, który jednak przyszedł na świat zdrowy (choć przedwcześnie). Po pewnym czasie pani Weronika zauważyła w mediach społecznościowych pytanie o opinię na temat Piotra A. jako lekarza prowadzącego ciążę. Kobieta ostrzegła młodą matkę przed aborterem. niedługo potem otrzymała wezwanie na policję; ruszyło postępowanie i proces. Skazano ją na prace społeczne i przeproszenie lekarza, a także wypłacenie mu zwrotu kosztów procesu (1 812 złotych). To taki już dość częsty kruczek z naszych sal sądowych, gdzie logiki i obiektywizmu, a już zwłaszcza sprawiedliwości, na próżno szukać. Ostrzeżenie było tu nie tylko na miejscu, ale wręcz konieczne, tak jak konieczne jest udzielnie pomocy osobie zagrożonej. Nie dopełnienie tego pociąga za sobą odpowiedzialność karną. Tu wszystko to zadziałało. tylko w stronę przeciwną.
A tymczasem ks. Sowa będzie z pewnością objęty doktryną Neumanna i nic mu się nie stanie z powodu oszczerstwa godzącego w dobre imię żony i matki. Dawid Wildstein z oburzeniem relacjonuje ten postępek: „Otóż Kazimierz Sowa (...), rozkręca spin wobec prywatnej kobiety, kłamiąc I manipulując, kobiety, która ma męża i rodzinę, iż została adekwatnie wyciągnięta z łóżka Sakiewicza”. To nie tylko uderza w morale kapłana, ale przecież ks. Sowa rzekomo jest dziennikarzem. Miast napiętnować bandyckie najście na dziennikarza, próbuje się przypochlebić reżimowi, który przed prawdą o sobie potrafi się bronić tylko policyjną (a może milicyjną) pałką. Swoją drogą ks. Sowie to przystoi bo z niego dziennikarz jak z chrabąszcza śmigłowiec.
Mamy zatem w Polsce ład moralny, z którego wykreślono Dekalog a wpisano zasady na których świat zachodni buduje bezprawie, cywilizację śmierci, rozchwianie fundamentów ludzkości i kolosalną piramidę kłamstwa. Stawianie temu oporu skutkuje wyrokiem jaki spadł na panią Weronikę. Ów nowy świat tonący w bagnie ma także w naszej odmianie w osobie ks. Sowy kapelana. Wszystko powinno otworzyć oczy ludziom, którzy do końca jeszcze nie oślepli. Pytanie tylko, kiedy oni to spostrzega?
Zupełnie bez głowy działa „resort” Kierwińskiego , skądinąd zresztą w zgodzie z osobowością szefa, ale policjanci odmawiający wylegitymowania się, myszkujący po mieszkaniu dziennikarzy Republiki, rzekomo wezwani, bo ktoś zgłosił chęć popełnienia samobójstwa przez młodocianego lub podanie podobnych bzdur jako powód najścia, to jest już o krok za daleko. Dobre imię policji za czasów Tuska bardzo ucierpiało, a wobec entuzjastycznego witania multi-kulti policja może się przydać. Cóż jednak, kiedy przydaje się Tuskowi w tak brudnej sprawie, jak tępienie wolnego słowa? Stare przysłowie mówi: z głodu diabeł muchy żre. No, może nie tylko muchy!








