Ronald Wright: Czym jest Ameryka?

instytutsprawobywatelskich.pl 1 час назад

„W książce tej staram się pojąć rozkwit Stanów Zjednoczonych począwszy od niewielkiej kolonii, a skończywszy na światowym mocarstwie. (…) Amerykański sen o przekraczaniu coraz to nowych granic i niczym nieposkromionej obfitości uwiódł cały świat. Czar ten odniósł swój największy triumf akurat w momencie, w którym wyeksploatował do cna Ziemię i rozbudził apetyty, których nikt nie jest w stanie zaspokoić” – Ronald Wright.

Wydawnictwo Pogotowie Kazikowe dziękujemy za udostępnienie fragmentu do publikacji. Zachęcamy do lektury całej książki.

Nowy światowy porządek

Imperium amerykańskie… gra uczciwie, z Bożym błogosławieństwem, by stać się najwspanialszym ze wszystkich w historii.
William Henry Drayton, 1776

Doprawdy drżę o swój kraj, gdy pomyślę, iż Bóg jest sprawiedliwy.
Thomas Jefferson, 1784

Nigdy nie przepraszam za Stany Zjednoczone Ameryki. I nie obchodzą mnie fakty.
George H. Bush, 1988

„Dziś Wszyscy Jesteśmy Amerykanami!” – głosiła nieco rzewnie pierwsza strona paryskiego dziennika „Le Monde” we wrześniu 2001 roku. Wyrażała w ten sposób smutek po tym, jak samoloty pasażerskie wykorzystano niczym niszczycielskie rakiety nad Nowym Jorkiem i Waszyngtonem. Nagłówek wyrażał solidarność i oburzenie, ale też (może w sposób zamierzony, może nie) szerszą prawdę, która od stu lat przebija się stopniowo do naszej świadomości. Dzięki potędze militarnej, wielkiemu biznesowi, popkulturze, tajnym operacjom, przede wszystkim zaś przykładowi społecznemu i kuszącej obietnicy nowoczesności Stany Zjednoczone zamerykanizowały świat.

Gdy po I wojnie światowej prezydent Woodrow Wilson ogłaszał swój program pokojowy, nazywając go idealistycznie „nowym światowym porządkiem”, cały ten proces dopiero kiełkował. W owym czasie określenie to nie miało nic wspólnego z jakimiś imperialnymi zapędami. Wręcz przeciwnie. Wilson postulował plan stworzenia Ligi Narodów, międzynarodowego organu, który broniłby suwerenności każdego z państw i rozstrzygał spory na drodze arbitrażu. W ciągu czterech lat rzezi zapoczątkowanej atakiem terrorystycznym (zastrzeleniem następcy tronu Austro-Węgier przez serbskiego ekstremistę) zginęło ponad dziesięć milionów ludzi.

Być może należałoby powiedzieć, iż to nie sam atak zapoczątkował wojnę, ale reakcja na niego – inwazja pałającego zemstą imperium na państewko, które tak naprawdę wcale terroryzmu nie wspierało.

Stany Zjednoczone nigdy nie przystąpiły do Ligi Narodów. Rodacy Wilsona niespecjalnie podzielali jego ideały. Potrzeba było kolejnej wielkiej wojny, by Europa wyciągnęła lekcję ze swojej przeszłości. Określenie „nowy światowy porządek” nie pojawiało się nazbyt często aż do roku 1989, w którym rozpadł się Związek Radziecki, a wraz z jego rozpadem jeden naród stał się potężniejszy od wszystkich innych na świecie. Jak na ironię George W. Bush w 2002 roku zaprzeczył głoszonej przez Wilsona idei internacjonalizmu, starając się za wszelką cenę zablokować powstanie Międzynarodowego Trybunału Karnego (ICC). Bush obawiał się, iż obywatele amerykańscy mogą być pociągnięci do odpowiedzialności karnej za granicą – były to uzasadnione obawy, zwłaszcza jeżeli weźmie się pod uwagę, iż jego administracja łamała prawo międzynarodowe dotyczące traktowania jeńców wojennych. W marcu 2008 roku, raptem kilka miesięcy przed końcem sprawowania urzędu, Bush zawetował ustawę Kongresu, która miała raz na zawsze zakończyć stosowanie przez amerykańskich śledczych tortur w stosunku do podejrzanych.

Stany Zjednoczone są w tej chwili jedynym supermocarstwem na świecie, sukcesorem Wielkiej Brytanii, Hiszpanii i starożytnego Rzymu. Są imperium, którego czyny mogą zdecydować o losach tego stulecia.

Zarówno w samych Stanach Zjednoczonych, jak i poza nimi ludzie zadają sobie pytanie, jakiego rodzaju mocarstwem stanie się Ameryka. Czy demokracja w tym nowym Rzymie, podobnie jak w starożytnym, będzie słabnąć w miarę wzrostu jego potęgi, czy będzie rządzony przez senat, Cezara albo Nerona? Czy jego panowanie będzie łagodne i inkluzywne, oferujące swoim poddanym zarówno korzyści, jak i obowiązki, niczym w Rzymie i Wielkiej Brytanii w okresach ich świetności? A może będzie to drapieżne imperium rozbójnicze, wymuszające daniny i posłuszeństwo niczym niechlubne rządy Azteków lub też dwóch supermocarstw zimnowojennych (wraz z wianuszkiem uzależnionych od nich państw) w ich najgorszym wydaniu?

Po dyskusyjnych wyborach prezydenckich w 2000 roku nowa administracja Busha rozpoczęła zwrot Stanów Zjednoczonych w prawo – taki, jakiego nie widziano w jakimkolwiek kraju zachodnim po 1945 roku. Zwrot ten rozpoczął się jeszcze przed atakami terrorystycznymi z 11 września 2001 roku. Reakcja Waszyngtonu na tę tragedię – skutkująca podeptaniem własnej konstytucji i konwencji genewskiej w imię niesłusznej „wojny z terroryzmem” – roztrwoniła solidarność narodu i dobrą wolę zagranicy. Jednocześnie sprowokowała świat do ponownego zadania pytań o to, czym w istocie jest amerykański naród.

Czy Ameryka jest tym, czym myśli, iż jest? Czy Ameryka jest tym, za co świat ją od dawna uważa?

Sądzę, iż źródeł problemów, z którymi w ostatnim czasie mamy do czynienia, należy szukać dużo głębiej niż w skradzionych wyborach prezydenckich czy przesadnej reakcji na atak terrorystyczny. Zrozumiemy lepiej kulturę polityczną i kryzys tożsamości Stanów Zjednoczonych, jeżeli nauczymy się postrzegać je jako owoce zrodzone w odleglejszej przeszłości – tej prawdziwej, niewyimaginowanej – dojrzewające przez cały ten czas w cieple narodowego mitu. Stany Zjednoczone nie rozkwitły w próżni ani jedynie dzięki sile swoich ideałów. Są nie tyle nową Europą po drugiej stronie Atlantyku, ile unikalnym organizmem powstałym wskutek „Wielkiego Wybuchu” – zderzenia dwóch światów, które miało swój początek w 1492 roku. Nowy światowy porządek nie rozpoczął się w roku 1919 wraz z powstaniem Ligi Narodów ani w roku 1989 wraz z upadkiem Związku Radzieckiego. Jego początek sięga chwili przejęcia przez Europę całego Nowego Świata, czyli zachodniej półkuli, począwszy od hiszpańskich podbojów Meksyku i Peru, które otworzyły pięć wieków europejskiej ekspansji, po brytyjsko-amerykański podbój tego, co dziś stanowi Stany Zjednoczone. Tak więc tytułowa Ameryka ma w niniejszej książce dwa znaczenia. Po pierwsze jest to wielka republika, którą większość świata nazywa po prostu „Ameryką”, a po drugie cały obszar lądowy kontynentów amerykańskich. Moje pytanie „czym jest Ameryka?” odnosi się do obu. Poszukiwania odpowiedzi sięgają głęboko i daleko poza powszechnie znaną opowieść o wyniesieniu jednego narodu do roli dominującego na świecie mocarstwa.

Piszemy o Ludziach, a nie o władzy

Pokazujemy prawdę o przyczynach, nie o skutkach. Jesteśmy Twoim głosem. Wspieraj niezależność!

Przekaż 1,5% i zostań naszym współwydawcą

Rok 1492 nie jest jakimś nadzwyczajnie zamierzchłym czasem. jeżeli jesteś po pięćdziesiątce, jak ja, to widziałeś na własne oczy przynajmniej jedną dziesiątą czasu, który upłynął od dnia, w którym Kolumb wyruszył w rejs przez Atlantyk. Wszyscy wciąż stykamy się z konsekwencjami tej podróży, zarówno dobrymi, jak i złymi. Świat, w którym żyjemy, jest tym, co wynikło z owej „niespodzianki”, która zatrzymała Kolumba na jego drodze do Azji. W ciągu zaledwie kilku dekad od doniosłego kontaktu dwóch światów bogactwo, uprawy i grunty połowy planety – połowy, która rozwijała się w izolacji przez co najmniej piętnaście tysięcy lat – znienacka stały się powszechnie dostępne. Wtedy właśnie zasiane zostało ziarno, z którego miały w przyszłości wyrosnąć Stany Zjednoczone.

Nowy porządek jest w istocie porządkiem Nowego Świata, a współczesna Ameryka jest daleko bardziej rdzennie amerykańska, niż mogłoby nam się wydawać.

Jak stwierdził po raz pierwszy w 1893 roku historyk Frederick Jackson Turner, Stany Zjednoczone wykuto „w tyglu pogranicza”. W mitologii stworzonej przez romantyczne powieści i hollywoodzkie westerny pogranicze było dziewiczym pustkowiem odkrywanym przez bohaterskich pionierów. Tymczasem autentyczne pogranicze było przechodzącą w gwałtowny sposób z rąk do rąk strefą toczących się przez trzy wieki (od 1607 do 1890 roku) wojen. Gdy biali migranci ostatecznie wyparli i wchłonęli społeczność rdzennych Amerykanów, zrodziła się nowa kultura: drapieżna hybryda uzależniona od ekspansji – po trosze europejska, po trosze rdzenna, ale ostatecznie ani taka, ani taka. Elementy starej cywilizacji europejskiej wyparowały lub zostały zapomniane, inne urosły w siłę w sposób dotąd niespotykany. Wyizolowane i niewykształcone pogranicze stało się wylęgarnią militaryzmu i religijnego ekstremizmu – dwóch sfer amerykańskiej kultury, które reszta świata, ale też i wielu Amerykanów uważa dziś za najbardziej niepokojące, w szczególności gdy znajdują one ujście w polityce rządu, jak to miało miejsce za czasów Ronalda Reagana i ponownie, jeszcze wyraźniej, za czasów prezydentury George’a W. Busha.

Stany Zjednoczone rozpoczęły ekspansję swojej potęgi na Pacyfiku i w Ameryce Łacińskiej, jeszcze zanim na dobre zakończyły wojnę z Indianami pod Wounded Knee w 1890 roku. Nie było tak, iż naród amerykański obudził się pewnego ranka i stwierdził, iż właśnie niespodzianie stał się imperialny. Zawsze taki był. Prezydent założyciel, George Washington, miał rację, gdy w 1783 roku nazwał Stany Zjednoczone „wschodzącym imperium”. Jakieś dwieście lat później prezydent John F. Kennedy ogłosił: „Nasze granice są dziś na każdym kontynencie, [rozciągają się] na dziesięć tysięcy mil na Pacyfiku, trzy i cztery tysiące mil przez Atlantyk i tysiące mil na południe”.

Gdy amerykańscy marines śpiewają: „Od pałaców Montezumy po wybrzeże Trypolisu”, nie są to czcze przechwałki, ale nawiązania do podboju Meksyku w 1847 roku i wojny z Libią w roku 1801.

Nowa republika była jednakowoż śmiałym i godnym podziwu eksperymentem, stanowiła próbę przebudowy zachodniej cywilizacji na wzór utopijnych ideałów wolności, demokracji i równości – „najlepszą nadzieją dla świata”, jak ją określił Thomas Jefferson, trzeci prezydent Stanów Zjednoczonych. Niemniej szansa na wdrożenie wszystkich tych ideałów w życie uzależniona była od wyjątkowych okoliczności historycznych: pojawienia się nowych bogactw i nowej przestrzeni, na której można było je spożytkować. Młode Stany Zjednoczone postrzegane od wewnątrz przez wolnych obywateli innych narodów rzeczywiście mogły się wydawać demokracją rozkwitającą w krainie obfitości. Postrzegane z perspektywy niewolników stanowiły okrutną tyranię. Postrzegane z perspektywy wolnych Indian były bezlitosnym rozrastającym się imperium. Każda z tych opowieści jest prawdziwa. jeżeli wybierzemy jedną z nich, odrzuciwszy pozostałe, nie poznamy prawdziwej historii, ale mit. A mity bywają groźne.

Niektórzy twierdzą, iż współczesny świat zmienia się tak szybko, iż przeszłość nie jest w stanie zaoferować nam niczego sensownego. Skłaniałbym się raczej ku poglądom Ingi Clendinnen, australijskiej historyczki, która w niedawno opublikowanym eseju stwierdza:

„Właśnie dlatego, iż zmiany następują tak szybko, historia jest nam niezbędna”.

Czy to w kontaktach osobistych, czy na forum międzynarodowym, ludzie porozumiewają się, postrzegając wzajemnie swoje zachowania przez pryzmat czasu. Historia jest najlepszym przewodnikiem, jaki mamy, by odnaleźć drogę w tej szalonej gonitwie bieżących wydarzeń. Gdy gra przyspiesza, wraz z galopującym postępem technologii i dynamiką zmian społecznych wielkim zagrożeniem staje się wzajemna izolacja pokoleń. Obu generacjom, każdej na swój sposób, teraźniejszość wydaje się zaściankowa. Starsze pokolenie jest niczym rozbitek pozostawiony na bezludnej wyspie. Młodsze, zdane na siebie, dryfuje w nieznane, pozbawione steru i dziennika pokładowego.

Aby zrozumieć, jakie siły ukształtowały Amerykę i w jaki sposób to samotne supermocarstwo może w tej chwili odgrywać swoją rolę na arenie światowej, musimy prześledzić historię ekspansji Stanów Zjednoczonych – przez trzy stulecia na kontynencie amerykańskim i przez następne stulecie poza nim. Musimy zacząć od szerszego spojrzenia na same początki, czyli na to, co czekało na europejskich najeźdźców na zachodniej półkuli. Każda relacja, która zaczyna się od zwyczajowego punktu wyjścia – buntu białych osadników przeciw Wielkiej Brytanii w 1776 roku – zaczyna się tak naprawdę w połowie opowieści.

Znaczna część pierwszej połowy tej historii to także historia Anglików, przedstawicieli mojego narodu, którzy, jak większość istot ludzkich, okazali się zdolni do postępków wszelkiego niemal rodzaju. Tak jak angielscy uczniowie nie dowiedzą się w szkole zbyt wiele o kolonialnych wybrykach swoich przodków w Irlandii czy o tym, iż rebelię Hindusów pomszczono, przywiązując buntowników do armat i wysadzając ich w powietrze, tak amerykańskiej młodzieży nie uczy się o podboju i „usuwaniu” rdzennych Amerykanów ani o wydarzeniach, które sprawiły, iż Benjamin Franklin potępił swoich rodaków, nazywając ich „chrześcijańskimi białymi dzikusami”. Narody, aby spać spokojnie w swoich łóżkach, podobnie jak jednostki, polegają na cudzie niepamięci.

Mówi się, iż rdzenni Amerykanie mogą żyć w zgodzie ze sobą, jedynie opierając się na pamięci o przeszłości, biali Amerykanie zaś jedynie dzięki zapomnieniu tego, co było.

Stany Zjednoczone być może nie popełniły gorszych zbrodni niż większość innych imperialnych narodów, zdają się jednak zapominać o nich szybciej niż cała reszta.

Na dodatek zapominają z większą dokładnością. Od pierwszych dni budowano kraj na przekonaniu, iż jest czymś wyjątkowym w historii i stanowi wzór dla reszty świata. Każda rysa na tym idealnym obrazie była w związku z tym postrzegana jako anomalia, a nie reguła.

Kiedy realne działania władzy poruszają w jakiś sposób sumienie narodu, Amerykanie doświadczają nagłej „utraty niewinności”. Coś takiego wydaje się mieć miejsce raz na jedno pokolenie – jak w przypadku wojny meksykańskiej, wojny secesyjnej, wojny filipińskiej, wojen światowych, Korei, Wietnamu i w tej chwili Afganistanu oraz Iraku. Przynajmniej sześć z wymienionych dziewięciu konfliktów zostało wywołanych bezpośrednio przez Amerykanów. Niewinność rozkwita wbrew faktom, niczym samoodradzające się dziewictwo, po to jedynie, by obumrzeć po raz kolejny i znów, i znów, czemu za każdym razem towarzyszy zaskoczenie oraz pocieszające postanowienie poprawy. Ignorancja, która nie dba o to, jakie są fakty, a tym samym nie wyciąga wniosków z przeszłości, ma tę niewinność chronić. George H.W. Bush wygłosił przytoczoną na początku tego rozdziału uwagę po tym, jak amerykański okręt wojenny zestrzelił w 1988 roku irańskiego airbusa (podobno wziętego omyłkowo za myśliwiec F-14), zabijając tym samym wszystkie 290 osób, które znajdowały się na pokładzie. Trudno sobie wyobrazić, aby lider jakiegokolwiek innego wiodącego narodu pozwolił sobie na takie stwierdzenie w podobnych okolicznościach lub by spotkał się z tak śladową krytyką opinii publicznej, jeśliby tak uczynił. Zaledwie cztery miesiące później pan Bush został wybrany na prezydenta. To, iż te słowa nie zniszczyły ani choćby nie zakłóciły jego kariery politycznej, rodzi pytania o amerykańską kulturę, z którymi kraj ten, jak i cały świat, musi się mierzyć.

Stany Zjednoczone uważają się za najbardziej „nowoczesne” państwo na kuli ziemskiej, od dawna też są powszechnie za takie uważane. Tymczasem są jednocześnie bardzo archaiczne, są redutą wiktoriańskiej wiary w nieskończony rozkwit, nieokiełznany kapitalizm, bezczelny nacjonalizm i uniwersalną misję. Takie idee mogły być uważane za „nowoczesne” sto lat temu, od tego czasu jednak wszędzie indziej na Zachodzie straciły swą wiarygodność, choćby dzięki wnioskom płynącym z doświadczeń dwóch wojen światowych.

Stany Zjednoczone są również ojczyzną wyjątkowego konserwatyzmu religijnego, wywodzącego się od wczesnych purytanów i bardzo zbliżonego do systemu wierzeń współczesnych islamskich terrorystów. (Po atakach z 11 września 2001 roku teleewangelista Jerry Falwell, od czasów Ronalda Reagana najważniejszy łącznik chrześcijańskiego ekstremizmu z republikańską prawicą, stwierdził, iż tolerancja Ameryki dla ateistów, gejów, praw obywatelskich i tym podobnych rozgniewała Boga i „przyczyniła się do tego, co się stało”). Co drugi Amerykanin odrzuca dowody na ewolucję, podczas gdy reszta chrześcijańskiego świata zarzuciła wojowanie z Darwinem już sto lat temu. Dosłowne traktowanie słów Pisma Świętego wpływa na nieufność do wiedzy i nauki, a choćby do polityków zwyczajnie obdarzonych intelektem. Połowa narodu ma skłonność do głosowania na podstawie wąsko zdefiniowanych poglądów religijnych i „wartości” moralnych. To elektorat, który łatwo daje się zwieść ludowym demagogom stojącym na czele potężnych interesów.

Zapraszamy na staże, praktyki i wolontariat!

Dołącz do nas!

Al Gore, były wiceprezydent, który w 2000 roku przegrał wybory z młodszym George’em Bushem (choć uzyskał większość w głosowaniu powszechnym), piętnuje w swojej książce zatytułowanej Zamach na rozum „uporczywe i trwałe poleganie na nieprawdziwych twierdzeniach jako podstawę polityki”. Fakty jednak mają znaczenie.

Al Gore powiada: „Rządy rozumu są najwyższą władzą w systemie państwa amerykańskiego. Nasz samorząd oparty jest na zdolności pojedynczych obywateli do rozliczania w rozsądny sposób wybranych przez siebie reprezentantów, senatorów i prezydentów z tego, co robią. Kiedy atakuje się rozum, demokracja amerykańska jest narażona na ryzyko”. Nie tyle demokracja, ile przyszłość. Nie tyle Ameryka, ile świat. Historyczna amnezja może być balsamem dla sumienia patriotów, ale nie można pozwalać na jej istnienie w dwudziestopierwszowiecznym świecie coraz bardziej niepewnym swojego.

Ronald Wright, Czym jest Ameryka?, Wydawnictwo Pogotowie Kazikowe, 2024, tłumaczenie Łukasz Wierzbicki

Читать всю статью