Republikański senator John Curtis z Utah opowiada się za podwojeniem corocznego napływu legalnych imigrantów do Stanów Zjednoczonych i uregulowaniem statusu części osób przebywających w kraju nielegalnie. Plan przedstawiany jako wsparcie dla biznesu otwiera zasadniczy spór: czy państwo ma kształtować rynek pracy w interesie własnych obywateli, czy przede wszystkim odpowiadać na zapotrzebowanie pracodawców.
Legalizacja w imię potrzeb biznesu
Amerykański portal Breitbart podał 4 sierpnia, iż republikański senator John Curtis z Utah chce podwojenia rocznego napływu legalnych imigrantów do Stanów Zjednoczonych. Drugim elementem opisywanego planu ma być legalizacja pobytu osób, które przebywają w USA bez zezwolenia. Portal określa tę propozycję mianem amnestii.
Źródło przedstawia inicjatywę jako odpowiedź na potrzeby biznesu. To istotny szczegół, ponieważ odsłania adekwatną stawkę sporu. Większa podaż pracowników może być korzystna dla firm poszukujących siły roboczej, ale polityka migracyjna nie może być sprowadzona do rachunku kosztów zatrudnienia. Państwo musi uwzględniać płace własnych obywateli, wydolność usług publicznych, bezpieczeństwo granic i zdolność przybyszów do integracji.
Spór wewnątrz amerykańskiej prawicy
Curtis jest republikańskim senatorem reprezentującym Utah. Jego stanowisko pokazuje, iż w amerykańskiej prawicy ścierają się dwa podejścia. Pierwsze stawia na szerszy dopływ pracowników i możliwość uregulowania statusu części cudzoziemców już obecnych w kraju. Drugie ostrzega, iż legalizacja po naruszeniu przepisów osłabia wiarygodność prawa i tworzy zachętę do kolejnych prób przekraczania granicy poza ustanowionymi procedurami.
Nie wolno przy tym mieszać dwóch odrębnych spraw. Legalna migracja odbywa się na zasadach ustalonych przez państwo. Nielegalny pobyt oznacza złamanie tych zasad. Połączenie zwiększenia legalnego napływu z szeroką legalizacją osób przebywających bez zezwolenia może więc zmienić zarówno skalę migracji, jak i społeczne przekonanie, iż przepisy będą konsekwentnie egzekwowane.
Interes obywateli przed wygodą korporacji
Zwolennicy większej migracji zarobkowej wskazują zwykle na niedobory pracowników. Taki argument nie zamyka jednak dyskusji. Brak rąk do pracy może wynikać również z niskich wynagrodzeń, trudnych warunków zatrudnienia, niedostatecznych inwestycji w automatyzację albo zaniedbania szkolenia własnych obywateli. Sprowadzanie kolejnych pracowników bywa dla przedsiębiorstw rozwiązaniem łatwiejszym niż podnoszenie płac i produktywności. Koszty społeczne tej decyzji nie pozostają jednak wyłącznie w firmowych bilansach.
Rozsądna polityka migracyjna musi zaczynać się od kontroli granicy, jawnych kryteriów przyjmowania cudzoziemców i oceny realnych potrzeb państwa. Godność ludzi szukających pracy nie stoi w sprzeczności z prawem narodu do decydowania, kto i na jakich warunkach może się osiedlić. Właśnie konsekwentne reguły chronią obywateli, legalnych migrantów i uczciwy rynek pracy.
Lekcja także dla Polski
Amerykański spór ma bezpośrednie znaczenie dla Europy i Polski. Także u nas presja części pracodawców bywa przedstawiana jako argument wystarczający do trwałego zwiększania migracji. Tymczasem interes narodowy wymaga pełnego rachunku: wpływu na płace, mieszkalnictwo, szkoły, ochronę zdrowia, bezpieczeństwo oraz spójność społeczną.
Polska powinna wyciągnąć prosty wniosek. Polityki migracyjnej nie wolno oddawać ani ideologom otwartych granic, ani grupom gospodarczym zainteresowanym tanią pracą. To państwo, działając w imieniu obywateli, ma wyznaczać skalę napływu i egzekwować ustanowione zasady. Bez tego suwerenność pozostaje hasłem, a koszty cudzych decyzji ponoszą zwykłe rodziny.
Źródło: breitbart








