Słynny imperializm amerykański, którym straszono Polaków przez 45 lat minionego ustroju, ma się dobrze. Ostatnio wyciągnął swą rękę po Grenlandię, co spowodowało pojawienie się hasła "ręce precz od Grenlandii". Osoby w sile wieku (czyli 80+) pamiętają jeszcze napisy "ręce precz od Korei". Być może Amerykanów do działania skłoniły pogłoski o jakiejś umowie duńskiej pani premier Frederiksen z Chinami w sprawie Grenlandii. Prawdopodobnie Chińczycy, powołując się na tradycyjną przyjaźń chińsko-inuitską, oferowały wymianę kulturalną, naukową i inwestycje infrastrukturalne (kolej dużych prędkości?) itp.
W "odbitej" ostatnio Wenezueli zastano kilkaset tysięcy chińskich biznesmenów i doradców, a ich wyproszenie z pewnością będzie kłopotliwe.
Warto przypomnieć 30- letnie amerykańskie starania u Duńczyków o zakup Wysp Dziewiczych, potrzebnych w związku z budową Kanału Panamskiego. Wtedy też padały argumenty o "integralności terytorialnej świętej ziemi korony duńskiej". Ponieważ panowanie nad tymi trzema małymi karaibskimi wyspami było bardzo kosztowne dla duńskiego podatnika (bo nie dla króla), w końcu zgodzono się na sprzedaż w 1917 roku. Kanał Panamski był już dawno zbudowany, ale 25 ton złota uzyskanego ze sprzedaży, był istotny dla dobrobytu Duńczyków w XX wieku.
Trump w swojej niedawnej konferencji prasowej powiedział, iż istnieje realne niebezpieczeństwo przejęcia wyspy przez Chiny, czy Rosję, a takie sąsiedztwo jest niebezpieczne nie tylko dla Ameryki, ale zagraża pokojowi globalnemu i on jako prezydent nie może do tego dopuścić.
Mówi się o wielkich zasobach cennych minerałów na Grenlandii, co może być łakomym kąskiem dla notorycznych "imperialistów". Tyle, iż ich wydobycie będzie skrajnie trudne i niezwykle kosztowne (z pewnością taniej jest kupić na giełdzie w Holandii) - raczej opowieści o bogactwach przeznaczone są na "rynek wewnętrzny", by przekonać amerykańskiego podatnika o celowości ew. wydatków.
Kraje Unii Europejskiej pod egidą Niemiec są orędownikami "integralności terytorialnej" Danii i wydają się zdecydowane jej bronić zbrojnie przed zagrożeniem... amerykańskim.
Jest rzeczą zrozumiałą, iż połączone siły europejskie nie są w stanie zapobiec ew. ulokowaniu się na wyspie ekspedycji chińsko – rosyjskiej. Tylko Federacja Rosyjska dysponuje całą flotyllą atomowych lodołamaczy zdolnych przebić się do niedostępnych dla żeglugi części wyspy.
Innym frazesem jest mówienie, iż "o przyszłości Grenlandii zdecydują sami Grenlandczycy", czyli Eskimosi, bo o kilku tysiącach Duńczyków przebywających na wyspie tymczasowo (mało kto z nich chce zostać po przejściu na emeryturę) trudno mówić, iż są Grenlandczykami.
Głównymi źródłami dochodu dla rodzimej ludności oprócz polowania na foki, wieloryby, rybołówstwo i łowiectwo, są przede wszystkim zasiłki socjalne. Dotacje dla Grenlandii sporo kosztują Królestwo Danii, ale to bardzo bogaty kraj, a bez Grenlandii zostały by im tylko Wyspy Owcze jako wspomnienie imperium kolonialnego. Obecna szeroka autonomia nie wystarcza Inuitom- Eskimosom i optują za pełną suwerennością. Jest tylko problem – 80% ludności nie zgodziłoby się na niepodległość, gdyby spowodowało to pogorszenie jakości ich życia, co jest oczywiste bez duńskich dotacji.
Nie jest to nasz problem, lubimy Duńczyków, potępiamy amerykański imperializm, ale czulibyśmy się bezpieczniejsi z amerykańskimi instalacjami na Grenlandii...
Wybór między duńskim kolonializmem, amerykańskim imperializmem czy sowiecko-chińskim ekspansjonizmem jest niełatwy, ale ja osobiście wolę "imperializm".









