Powrót do „Dzikiego Zachodu”. Porwanie legalnego prezydenta Wenezueli Nicolasa Maduro wraz małżonką Cilią Flores przez amerykańskie specsłużby i wojsko można uznać za polityczną realizację scenariusza filmowego na temat „Dzikiego Zachodu”, głoszącego „prawo silnego” – czyli zasady dżungli.
Ten polityczny akt wojny należy natomiast uznać za wydarzenie rozpoczynające nowe ćwierćwiecze XXI wieku. To spektakularny koniec epoki PAX Americana i towarzyszącej jej globalnej westernizacji, które osiągnęły na początku obecnego tysiąclecia swe apogeum. Wenezuelska operacja różni się jednak od poprzednich amerykańskich aktów bezprawia i barbarzyńskiej przemocy tym, iż nie towarzyszą jej żadne próby pseudodemokratycznych, pseudowolnościowych uzasadnień ze strony prezydenta Trumpa i jego urzędników. Język ich argumentacji jest jawnie cyniczny, nieetyczny, niedemokratyczny, kolonizacyjny. Otwarcie mówią, iż celem tej operacji wojennej jest panowanie nad wenezuelskimi złożami ropy naftowej – wcześniej obłożonej sankcjami USA, które doprowadziły Wenezuelę do krachu gospodarczego i radykalnie zubożyły jej społeczeństwo.
Narrację ukazującą wymyślone argumenty społeczne – polepszenie poziomu życia Wenezuelczyków – czy wolnościowe – wyzwolenie narodu wenezuelskiego spod władzy „socjalistycznego reżimu Maduro” – dla tej operacji wojennej Waszyngtonu przedstawiają politycy i środowiska opiniotwórcze spoza kręgu prezydenckiego D. Trumpa. Zarówno jego zwolennicy, jak i przeciwnicy, zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i reszcie świata – transatlantyccy globaliści. Szukanie uzasadnienia tej operacji wojennej jest próbą ratowania wizerunku hegemona, który w pogardzie dla reszty świata odsłonił swoje prawdziwe oblicze. Świat nie tylko zobaczył jak pokonuje on wielokrotnie słabszego przeciwnika – nie tylko wyższością technologiczną i logistyczną amerykańskich specsłużb oraz wojska, ale również słabością ludzi z otoczenia Maduro, którzy zdradzili swojego prezydenta. Świat usłyszał od hegemona całą prawdę: chodzi o interes narodowy USA czyli wenezuelską ropę.
Cywilizacyjny koniec Pax Americana
Wenezuelska operacja to przemyślany akt praktycznej realizacją tego, co urzędnicy Donalda Trumpa zapisali w opublikowanej pod koniec 2025 roku amerykańskiej Strategii Bezpieczeństwa Narodowego. Określa ona całą zachodnią półkulę jako wyłączny obszar wpływów USA, na którym Waszyngton będzie walczyć o „poszanowanie własnego interesu narodowego”. Na gruncie geopolityki wenezuelska operacja to jawny powrót do dziewiętnastowiecznej doktryny prezydenta Jamesa Monroe z 1823 roku. Jej ideą przewodnią była idea panowania Stanów Zjednoczonych nad amerykańskimi kontynentami, wyrażona najdobitniej w haśle „Ameryka dla Amerykanów”. W obecnym kontekście cywilizacyjno-kulturowym taka realizacja polityki sprzed 200. lat jest czystą formą kolonializmu, przeciwko któremu wymierzona była doktryna Monroe. I jako forma kolonializmu może być jedynie krótkotrwałym taktycznym zwycięstwem prezydenta Trumpa, żądnego sukcesów w coraz bardziej pogarszającej się sytuacji wewnętrznej USA.
Z punktu widzenia aksjologii, geokultury i geopolityki porwanie prezydenta – i jego żony – sprawującego legalnie władzę w suwerennym kraju oznacza powrót USA do epoki „Dzikiego Zachodu” – bezprawia dżungli, niebezpiecznie zbliżającego ludzkość do tego rodzaju dzikiego świata, o którym mówi Szuchow Aleksandra Sołżenicyna w „Jednym dniu Iwana Denisowicza”. Bohater rosyjskiego noblisty, trafiając z frontu do radzieckiego łagru, usłyszał od swojego pierwszego brygadzisty ostrzeżenie, które przyjął za memento GUŁagu: „Tutaj, chłopcy, jest tylko jedno prawo – tajga”. Amerykańska manifestacja „prawa silnego” już teraz skutkuje możliwością permanentnego chaosu i kaskadowej wasalizacji słabszych państw przez silniejsze. Wasalizacji kolonialnej, pogrążającej w jeszcze większą nędzę ludność państw już ograbionych przez różne zachodnie projekty globalnego liberalizmu. Istotny na nowym etapie promowanej przez Waszyngton wasalnej kolonizacji suwerennych państw będzie czynnik antropologiczno-etyczny, skumulowany w kryterium zaufania wobec tego, kto dyktuje „prawo silnego”. Ono też może być inspiracją do szukania partnerów politycznych w gronie państw drugiej półkuli, dla których liderami są Chiny i Rosja.
Tych bowiem liderów wenezuelska operacja ani nie przestraszyła, ani też nie włączyła w trajektorię odwetowej eskalacji globalnej, na co prawdopodobnie liczył hegemon Pax Americana. Liczył być może również na normalizację barbarzyństwa, którego reszta normalnego świata jednak nie przyjmuje. Świadczą o tym deklaracje najważniejszych graczy geopolitycznych, odrzucających „prawo silnego”, a co za tym idzie, drogę do globalnego chaosu i globalnego konfliktu – z perspektywą użycia broni masowego rażenia. Spokój Chin i Rosji mają w tym wypadku największe znaczenie polityczne. One też mogą przyciągnąć wiele przestraszonych przez prezydenta Trumpa państw do bloku niezachodniego świata.
Zderzenie kodów kulturowych
Wenezuelska operacja miała charakter wojenny, ponieważ w porwaniu prezydenta Maduro brali udział – oprócz specsłużb – żołnierze amerykańskich formacji wojskowych – wcześniej uczestniczący w likwidacji rzekomo narkobiznesowych wenezuelskich łodzi i oskarżani o dokonanie zbrodni wojennych na płynących nimi cywilach. Taką wersję wydarzeń przedstawił sam Nicolas Maduro, któremu nowojorski sąd postawił cztery zarzuty: uczestnictwa w narkoterroryzmie, sprowadzania kokainy do Stanów Zjednoczonych i dwa dodatkowe – związane z posiadaniem zabronionej broni. Na pierwszym posiedzeniu sądu obwiniony przywódca wenezuelski nie przyznał się do winy, oświadczając, iż nie jest przestępcą – jest prezydentem Wenezueli i jeńcem wojennym. Ta niby „chirurgiczna” akcja wojenna przeciwko Wenezueli zakończyła się śmiercią niezwiązanych z narkobiznesem niewinnych ludzi. Ich liczba – ostatecznie jeszcze nie ustalona – to prawdopodobnie ok. 100. osób, pośród których większość stanowią żołnierze kubańscy (z ochrony prezydenta) i wenezuelscy. Są wśród nich również przypadkowe ofiary cywilne przez cały czas odnajdywane.
Pełniąca obowiązki prezydenta Wenezueli Delcy Rodroguez – choć zmuszona do współpracy z amerykańskim prezydentem w sprawie wenezuelskiej ropy – przyjęła patriotyczną postawę – nie odcięła się od Maduro, nie przeszła na stronę opozycji, oddała hołd ofiarom amerykańskiej agresji, ogłaszając dla ich uczczenia tydzień żałoby narodowej. Ta postawa daje jej przepustkę do nowego etapu wenezuelskiej polityki, potwierdzoną ważnym moralnie i kulturowo oświadczeniem, uznającym iż ofiary poniosły męczeńską śmierć w imię ojczyzny: „Postanowiłam ogłosić siedem dni żałoby ku czci i chwale młodych, kobiet oraz mężczyzn, którzy zginęli, oddając życie w obronie Wenezueli i prezydenta Nicolasa Maduro”.
To jest wypowiedź w boliwariańskim duchu: przypomina Wenezuelczykom, iż wobec amerykańskiego zagrożenia ważniejsza od ropy naftowej jest niepodległość Ojczyzny. To jest ten sam kod kulturowy, któremu był wierny Maduro. jeżeli jako więzień wojenny nie zostanie złamany czy wręcz odurzony psychotropami, może stać się dla swoich pobratymców nowym wzorem narodowym. Antropologiczno-aksjologiczny wymiar jego bezprecedensowego w najnowszej historii porwania ma duże znaczenie dla umocnienia kulturowo-narodowego kodu Wenezuelczyków przenikniętych przez cały czas duchem wolności Boliwara. Ten bowiem kod – nie zaś żadna ideologia –zadecyduje o przezwyciężeniu amerykańskiego kolonializmu ekonomiczno-gospodarczego. Ten bowiem kod jest autentyczną przeciwwagą dla amerykańskiego kodu wojny. Będzie miał również niemały wpływ na losy innych państw, zagrożonych przez Trumpowską agendę realizacji „interesu narodowego” USA.
Amerykańskie zagrożenie
Wojenna determinanta zdominowała wystąpienia D. Trumpa po operacji w Carracas – nie tylko w odniesieniu do Wenezueli, ale również innych państw „zagrażających” temu interesowi. Amerykański prezydent zaprezentował w nich bezczelny cynizm jako dominantę obecnej kultury wojennej, co podkreślają zbulwersowani chińscy politycy – tradycyjnie spokojni i zrównoważeni. D. Trump otwarcie oświadczył, iż amerykańska operacja wojskowa w Caracas była „skuteczna”, choć „bardzo brutalna”. Nie wyraził jednak z powodu śmiertelnych jej ofiar ani wyrazów współczucia ich rodzinom, ani tez żalu z tego powodu. Trump z sposób niezwykle wyrazisty – właśnie bezczelny i cyniczny – eksponuje wojenny kod jako kod amerykańskiego DNA. Potwierdza coraz bardziej popularną tezę, iż USA jako państwo-naród nie może istnieć bez wojny, choćby wtedy, gdy jego prezydent domaga się Pokojowej Nagrody Nobla. I tezy tej nie są w stanie unieważnić żadne jego pokojowe kamuflaże czy to ws. Strefy Gazy, czy Ukrainy.
Skrupulatni badacze dziejów USA podkreślają, iż Amerykanie są wrogami pokoju, ponieważ w ich kod kulturowy i narodowy jest wpisana wojna. Od Deklaracji Niepodległości w 1776 roku Stany Zjednoczone nie prowadziły wojen i nie ingerowały w politykę innych państw tylko przez 20 lat. Od 1789 roku USA mają na swoim koncie 469 interwencji wojskowych na całym świecie, pośród których ponad połowę przypada na lata 1991–2022.
Obecny amerykański prezydent i jego doradcy robią wszystko, aby tę opinię o wojennym kodzie utrwalić. Aby zmodyfikowana przez nich doktryna Monroe – poszerzona o ten właśnie kod – stała się podstawą polityki Waszyngtonu nie tylko w odniesieniu do wszystkich obszarów Ameryki, ale objęła również kraje spoza półkuli zachodniej. Nade wszystko te, które od lat znajdują się w orbicie USA. Ogłaszając zawłaszczenie półkuli zachodniej, Trump jednocześnie nie zapowiada wyjścia Amerykanów z obszaru Bliskiego Wschodu, Europy, czy wreszcie państw azjatyckich. Z wojennej mapy USA nie zniknął permanentnie zagrożony Iran – obłożony od dziesięcioleci amerykańskimi sankcjami. Nie została z niej wykreślona Strefa Gazy, której ludność jest systematycznie eksterminowana i wymazywana ze światowej listy narodów przez mechanizm „obrony” amerykańsko-izraelskich interesów narodowych. Na nowym etapie „obronnych” działań USA znalazły się: Kolumbia, Meksyk, Kuba, Grenlandia, Iran. Na pierwszy ogień pójdzie prawdopodobnie Grenlandia należąca do Danii, która jest członkiem zarówno UE, jak i NATO. Wtargnięcie na Grenlandię będzie więc historycznym testem solidarności tych struktur. Test ten zapowiedział sam Trump, zaś jego doradca Stephen Miller krótko go uzasadnił: Grenlandia powinna należeć do USA z powodu amerykańskiego bezpieczeństwa narodowego i interesów NATO.
Jeśli najazd na Grenlandię stanie się faktem, będzie to oznaczać koniec zarówno UE, jak i NATO. Żaden z członków tych struktur nie wystąpi bowiem przeciwko USA w obronie innego kraju członkowskiego, jakim jest Dania. Żaden nie ma bowiem odpowiedniego potencjału nie tylko militarnego, ale również politycznego, propagandowego, ekonomicznego, społecznego. Wszyscy – choć w nierównym stopniu – są uzależnieni od Waszyngtonu. Wielu polityków nade wszystko państw unijnych nie jest w stanie choćby sformułować pytania: czy Amerykanie wyprowadzą swoje bazy z Europy i kiedy się to stanie. Wielu, a nade wszystko czołowi politycy w UE i NATO nie może w sposób wolny postawić takiego pytania, bo nie kto inny, ale właśnie oni do dziś błagają Waszyngton o obecność wojsk amerykańskich w Europie, a nade wszystko na Ukrainie. Na czele tego politycznego grona nie widzącego w owej obecności znaku jeźdźców europejskiej apokalipsy, stoją – oczywiście – Polacy, wszyscy z establishmentowego układu, poza którym znajdują się jedynie obydwie Konfederacje.
Przez dziesięciolecia propaganda amerykańsko-transatlantycka wmawiała współczesnym społeczeństwom, iż Zachód to „imperium dobra’, które przeciwstawiło się „imperium zła” – jak określił Ronald Reagan ZSRR. To „wolny świat” niosący ludzkości wolność i demokrację oraz nowe „prawa” człowieka – np. do aborcji czy zmiany płci na życzenie. Mimo pełnej dyskredytacji – nade wszystko moralnej i antropologicznej – tego świata i zaistniałego nowego globalnego ładu, różnej maści amerykaniści i wasalni polscy amerykanofile z różnych obozów politycznych przez cały czas uprawiają skompromitowaną propagandę globalizmu transatlantyckiego, utrwalając miano Warszawy jako sługi Waszyngtonu. Sługi, który zawsze znajdzie usprawiedliwienie dla swojego zamorskiego pana. Nie widzą, iż upadający hegemon może zagrozić naszemu istnieniu, nie chcą przyjąć do wiadomości, iż realne jest inne niż „rosyjskie niebezpieczeństwo”, iż amerykańskie niebezpieczeństwo stało się rzeczywistością nie tylko Nowego Roku – 2026 – ale również nowego ćwierćwiecza XXI wieku. Upadający hegemon może bowiem próbować różnych sposobów – np. zmiany sługi lub przekształcenia jego obszaru w pole wojny – dla utrzymania swojej pozycji w świecie.
W perspektywie strategicznej operacja amerykańska w Wenezueli jest niewybaczalnym błędem USA, zapowiadającym problemy z narodem Wenezueli przepojonym boliwariańskim duchem wolności; zaś na arenie międzynarodowej oznacza ograniczenia, jakie zawsze przynosi wcześniej czy później sława Herostratesa, złego żandarma. Na gruncie aksjologiczno-antropologicznym porwanie prezydenta Maduro i jego żony to przestępstwo, którego skutki nie ulegają przedawnieniu. Zgodnie z tytułem powieści F. Dostojewskiego, nie ma zbrodni bez kary. Już teraz karą jest sama zła sława. Nie dość, iż cieszy się nią „demokracja po amerykańsku” czy realizowany przez USA wobec wojny na Ukrainie „pokój przez siłę” – to z negatywną konotacją do leksykonu cywilizacyjno-kulturowego wejdzie jeszcze „amerykańskie porwanie”.
Dla zdegradowanego cywilizacyjnie i kulturowo Zachodu wenezuelska operacja również nie wróży nic dobrego. Dyskredytuje bowiem moralnie prezydenta USA i jego otoczenie jako inicjatorów kontrrewolucji kulturalnej, która miała przywrócić ład antropologiczny i moralny cywilizacji chrześcijańskiej. Każdy, kto choć trochę orientuje się w zasadach etyki chrześcijańskiej, wie, iż nie można osiągnąć dobrego celu poprzez złe środki. Pamięta ewangeliczne przesłanie „Zło dobrem zwyciężaj”, któremu służył do swej męczeńskiej śmierci ks. Jerzy Popiełuszko. Przyznaje, iż nie można naprawiać świata na zasadzie „prawa silniejszego”, którą zademonstrował amerykański prezydent. Dlatego tę zasadę odrzuca kontrrewolucja kulturalna. Zaangażowane w jej przeprowadzenie środowiska konserwatywne – również amerykańskie – wskazują na chrześcijańskie wartości moralne jako normy życia współczesnego człowieka oraz symbolikę krzyża, z którego przesłania odczytujemy sens naszego istnienia: Caritas sine modo – miłość bez granic wszystkich po wsze czasy. Zdyskredytowany moralnie – także swoim poparciem dla ludobójczych działań w Izraela w Strefie Gazy – D. Trump przestaje być twarzą i liderem tej kontrrewolucji. Jego zasady „Dzikiego Zachodu” od początku pozostawały i pozostają przez cały czas w jawnej sprzeczności z harmonią bytu w chrześcijańskiej cywilizacji, realizowaną na gruncie nierozłącznej jedności Prawdy, Dobra, Piękna jako wartości najwyższych.
prof. Anna Raźny
fot. wikipedia
Myśl Polska, nr 3-4 (18-25.01.2026)




![Rozbili namioty na... zamarzniętej Odrze. Nieodpowiedzialne zachowanie wędkarzy [ZDJĘCIA]](http://www.radiowroclaw.pl/img/articles/157287/FHuB71nHEi.jpg)



