Ratować w chaosie. Medycy szkoleni jak na wojnie

polska-zbrojna.pl 2 часы назад

Kurz unosi się w powietrzu, światła migają na czerwono, w głośnikach słychać strzały, wybuchy granatów i urywany oddech rannego. Jest ciemno, ciasno i głośno. Tu nie ma miękkiej gry ani komfortu znanego z sal wykładowych. W piwnicy Wojskowego Szpitala Klinicznego przy Al. Racławickich w Lublinie medycy uczą się ratować życie tak, jakby byli na polu walki.

To właśnie tutaj uruchomiono nowe sale szkoleniowe Zakładu Medycyny Pola Walki i Katastrof (ZMPWiK). Trzy pomieszczenia tworzą ciąg zdarzeń, z jakimi personel może zetknąć się nie tylko podczas wojny, ale także po katastrofie komunikacyjnej czy budowlanej. – Chodzi o to, żeby wiedzieć, co zrobić w pierwszych minutach – tłumaczy płk Bogusław Piątek, zastępca komendanta 1 Wojskowego Szpitala Klinicznego ds. II Rejonu Zabezpieczenia Medycznego Wojsk.

REKLAMA

Trzy strefy, jeden cel: przeżyć

Pierwsza sala to improwizowane miejsce udzielania pierwszej pomocy w strefie bezpośredniego zagrożenia. Jest ostrzał, materiały pirotechniczne, hałas i ograniczona widoczność. Drewniane belki imitują okopy, specjalne kolorowe oświetlenie i wytwornice dymu potęgują chaos, a uczestnicy poruszają się z latarkami czołowymi i ochronnikami słuchu. Nie bez kozery pracownicy wojskowego szpitala napisali na ścianie piwnicznego korytarza, iż „tu nie ma miękkiej gry”.

Najtrudniejsze nie są procedury, ale stres i konieczność radzenia sobie bez pełnego zaplecza, w spartańskich warunkach. Wszystko po to, aby maksymalnie odwzorować realne warunki. – Zespół wchodzi z podstawowym wyposażeniem. W zależności od scenariusza dostają wyposażenie medyczne, jakim dysponują żołnierze, ratownicy medyczni czy strażacy. Muszą odnaleźć się w ciemnym, ciasnym, zadymionym pomieszczeniu, przy odgłosach strzałów czy wybuchów granatów. Oświetlają sobie drogę latarkami, aby dotrzeć do rannego. To jest trudne. Są zaskoczeni na wstępie, a nie ma czasu w rozważania – muszą działać, na przykład założyć stazę taktyczną, zatamować intensywny krwotok. Muszą też między sobą zdecydować, kto jest liderem i dowodzi, a kto opatruje, dokonać wstępnej oceny, zabezpieczyć i ewakuować rannego za strefy niebezpiecznej – opisuje płk Piątek.

Druga przestrzeń to prowizoryczna „izba przyjęć” – coś w rodzaju polowego punktu medycznego w zniszczonym szpitalu, gdzie rannych jest zbyt wielu, a sprzętu zbyt mało. Tu wykonuje się podstawowe badania i przygotowuje poszkodowanego do dalszej ewakuacji.

Trzecia sala pełni funkcję improwizowanej sali zabiegowej. Tu lekarze i pielęgniarki opatrują rany postrzałowe i szarpane, szyją, tamują krwotoki.

Fantomy nie są typowymi manekinami z katalogu. Instruktorzy sami je modyfikują, tworząc amputacje, oparzenia, rozległe krwawienia. Po „krwi” z zasobników ręce długo nie chcą się domyć, a głośniki odtwarzają charczenie, płytki lub urywany oddech – dźwięki charakterystyczne dla rannych z konkretnymi urazami. – Możemy dowolnie modyfikować scenariusze ćwiczeń. Bombardowany, zawalony budynek, ciasne pomieszczenie, ranny z amputowaną kończyną, raną głowy albo wielonarządowym urazem – wylicza rzecznik wojskowego szpitala. – Działanie zespołu możemy obserwować na monitorze, dzięki zainstalowanym kamerom, a po ćwiczeniu odtworzyć zapis i omówić ewentualne błędy – dodaje.

Koncepcję sal poprzedziły rozmowy z lekarzami z Ukrainy, którzy doskonale wiedzą, iż szpitale na wojnie – choć chronione prawem międzynarodowym – są atakowane.

Zajęcia realizowane są raz w tygodniu (trwają około siedmiu godzin), ale ich intensywność sprawia, iż wielu wychodzi z nich wyczerpanych i zaskoczonych własnymi reakcjami. W szkoleniach bierze udział na razie pięcioosobowy zespół: lekarz koordynator i cztery pielęgniarki, wśród nich anestezjologiczna, chirurgiczna, epidemiologiczna i instrumentariuszka bloku operacyjnego. Dwie osoby mają uprawnienia instruktorów medycyny pola walki. Od lutego zaś ruszą regularne szkolenia dla personelu całego szpitala, w grupach trzy–sześcioosobowych.

Inwestycja w gotowość

Podstawowe wyposażenie do zakładu medycyny pola walki (m.in. manekiny do ćwiczeń, zestawy do pozoracji ran i urazów, zestawy medyczne ratunkowe i treningowe do nauki zakładania opaski uciskowej oraz zabezpieczania różnego rodzaju ran ciętych, postrzałowych, głowy itp.) 1 Wojskowy Szpital Kliniczny w Lublinie zakupił w ramach środków z rządowego „Programu Ochrony Ludności i Obrony Cywilnej na lata 2025–2026”. Dzięki dotacji do placówki trafiły też nowe urządzenia mobilne: cyfrowy aparat RTG typu ramię C, laser holmowy oraz aparat USG, które już są wykorzystywane w bieżącej działalności szpitala. Łącznie pozyskał on ponad 1,6 mln zł. – Jesteśmy szczególnie dumni ze stworzenia sali symulacyjnej pola walki w warunkach frontowych – podkreślił na briefingu prasowym, 12 stycznia, wojewoda lubelski Krzysztof Komorski.

W pierwszym lub drugim kwartale roku zajęcia z medycyny taktycznej, przygotowań do zdarzeń masowych oraz obrony przed bronią masowego rażenia mają objąć medyków z innych szpitali w województwie lubelskim i podkarpackim, które przystąpiły do projektu „Szpitale przyjazne wojsku”. Swoje zainteresowanie zgłosiło już 15 placówek z rejonu zabezpieczenia medycznego wojsk. Instruktorzy są też otwarci na policjantów, strażaków, stowarzyszenia czy organizacje proobronne.

Płk Aleksander Michalski, komendant 1 Wojskowego Szpitala Klinicznego w Lublinie, zaznaczył na konferencji z wojewodą lubelskim, iż dzięki zakładowi „również powstały niedawno Legion Medyczny zyskał miejsce, w którym będzie można szkolić tych wszystkich, którzy się do niego zgłosili”. To nowa inicjatywa MON-u, skierowana do lekarzy, ratowników oraz pielęgniarek w celu szybkiego zmobilizowania i utrzymania w gotowości cywilnych specjalistów medycznych do natychmiastowego wsparcia Sił Zbrojnych RP oraz systemu ochrony zdrowia w sytuacjach kryzysowych.

Paulina Ciesielska
Читать всю статью