Przypowieść o tym, jak pies nie lubi kota

myslpolska.info 9 часы назад

Więcej jest w Polsce znawców Rosji niż 500 lat temu specjalistów w sprawach stomatologicznych. Ci ostatni, dzięki pomysłowości Stańczyka, trefnisia i filuta, zostali przezeń ujawnieni podczas jego spaceru przez krakowski rynek, kiedy pozorował ból zęba, boleściwie przykładając chustkę do policzka.

Uzyskując porady, jak leczyć ów ból, od kilkudziesięciu straganiarzy i przekupek, wygrał zakład, w którym był stawiał na to, iż najwięcej w Krakowie jest medyków od uzębienia. Dzisiaj sowieto- i rusoznawców w Polsce wcale nie trzeba ujawniać fortelem – wszak nie uważają się bynajmniej za bazarowe „złote rączki” od spraw rosyjskich czy ukraińskich. Raczej skwapliwie wpierają swoje mowne facjaty w srebrny ekran, gawędzą w radiu i w podkastach, gryzmolą na cierpliwym papierze swe elukubracje i wysyłają je w świat. Oni też, włączając w ich krąg wielu polityków, czynnych w działaniach obecnego rządu, rozkręcili do maksimum luby polskiemu przeciętniactwu stereotyp pojmowania, kto na Wschodzie jest naszym przyjacielem, a kto wrogiem. Stereotyp, rzecz jasna, jagielloński.

Juliusz Mieroszewski, jedna z najtęższych głów, gdy chodzi o rozumienie problematyki wschodniej, pisał 60 lat temu: „Nasza tradycyjna polityka w stosunku do Rosji wymaga gruntownego przemyślenia. W wielowiekowej walce o przywództwo na Wschodzie w sensie terytorialnym zostaliśmy pokonani. W konsekwencji, o ile przez ideę jagiellońską rozumieć ekspansję terytorialną – wypada obiektywnie stwierdzić, iż idea jagiellońska stała się anachronizmem”. Atoli w głowach polityków zaklinających się na „doktrynę Giedroycia-Mieroszewskiego” i przybierających jagiellońskie marsowe miny zagnieździła się zwulgaryzowana wersja tej doktryny, która sprowadza się do tego, żeby z pomocą Ukrainy, Białorusi i Litwy oraz przy wsparciu USA pogromić Rosję raz na zawsze i zepchnąć ją do „Eurazji adekwatnej”, czyli na wschód od Wołgi. Dlatego wszelkie antyrosyjskie nastawienia i posunięcia poradzieckich państw Europy Wschodniej orędownicy tak pojmowanej „doktryny Giedroycia-Mieroszewskiego” od dawna obserwują z wypiekami na twarzy oraz oczywiście podjudzają te państwa, by dalej się odgrywały na Rosji. Wyraziście egzemplifikuje to wizyta Lecha Kaczyńskiego w Tbilisi w 2008 roku, podczas wojny rosyjsko-gruzińskiej, kiedy prezydent RP po wylądowaniu w stolicy Gruzji oświadczył, iż „przybywa, żeby walczyć”.

Za owym, przystrojonym w bogoojczyźniane kwiecie atawizmem politycznym kryje się potrzeba dziejowego odwetu na Rosji. Za nieudacznictwo Najjaśniejszej Rzeczpospolitej w dziejach, mimo iż ta w apogeum jagiellońskiego ekspansjonizmu kontrolowała Europę Wschodnią aż po Moskwę włącznie (w latach 1610-1612), Kursk i Rygę. Ostatecznie bowiem, wskutek rozbiorów, popadła w zawisłość od imperium rosyjskiego. Które z peryferyjnego i zacofanego carstwa moskiewskiego przeistoczyło się po reformach Piotra I w kolosalne państwo-kontynent, nie tylko narzucające swą hegemonię w Azji Centralnej i na Dalekim Wschodzie, ale też dyktujące reguły gry w Europie, zwłaszcza po wejściu wojsk rosyjskich do Paryża w 1814 roku i po kongresie wiedeńskim. I które przez sto lat trzymało w zwierzchnim uścisku Królestwo Polskie (a później gubernie „nadwiślańskie”) – inkorporowawszy uprzednio rozległe terytoria kresowe Pierwszej Rzeczpospolitej – i bez pardonu tłumiło wszelkie polskie porywy niepodległościowe. Po krótkim dwudziestoletnim bytowaniu Drugiej RP, znów Polska doświadczyła zależności od Rosji, tym razem sowieckiej, na kolejne pół wieku.

Dzisiaj zaś cały legion buńczucznych „patriotów polskich” jak najbardziej serio podnieca się, w stosunku do Rosji, imperatywem plemiennej zemsty, który się wwiercił i wiekami tkwi w umysłowościach ludów przednowoczesnych. Potrzebę dintojry, która niezbyt przystoi politykom kraju należącego do Unii Europejskiej z jej postmodernistycznymi wartościami, przebiera się tedy w zacny przyodziewek „wspierania sił demokratycznych” w nierosyjskich krajach Europy Wschodniej, chronienia ich przed rosyjską hegemonią i ingerencją. Chociaż kraje te nie są tak znów bardziej demokratyczne niż Rosja oraz trapią je te same problemy: „klanów oligarchicznych”, korupcji, niebywałego rozziewu w dochodach wśród ludności itp., co w Rosji. Również mentalnie społeczeństwa owych państw zainfekowane są schedą sowietyzmu i przez cały czas jawią się bardziej jako homines sovietici aniżeli świadomi swego statusu narodowego i obywatelskiego Ukraińcy, Gruzini, Mołdawianie, Armeńczycy.

Na mocy przesłanek historyczno-kulturowych narody te przynależą do cywilizacji europejskiej, ale z trudem wpisują się w jej współczesny kanon. Stwierdzenie to odnosi się też do Rosjan, bo ostatnie kilkanaście lat dramatycznie odsunęły Rosję – kraj, który u schyłku epoki petersburskiej na pułapie elit: ziemiaństwa, wyższych warstw biurokracji, przedsiębiorców, kupiectwa i zamożnego chłopstwa, nie mówiąc o inteligencji, wykazywał się zaiste europejskimi referencjami – od standardów cywilizacji zachodniej. Rzecz w tym, iż po 1991 roku proces modernizacji w Rosji, gdzie skomasowało się multum sprzeczności i dylematów natury politycznej, gospodarczej, społecznej i etnicznej, przy których węzeł gordyjski wygląda jak dziecięcy supeł ze sznurowadeł, wymagał szczególnego zaangażowania władzy centralnej. Zgoła na wzór Piotra I, który reformował ospałą i inercyjną Rosję z dziełami zachodnich myślicieli w jednej ręce i ciężką pałką w drugiej. Swego czasu UE, w tym Polska, próbowała utwierdzić Rosję w nurcie wewnętrznej modernizacji (EU-Russia Partnership for Modernization), ale inicjatywa ta ugrzęzła w bezliku politycznych niedogodności.

Niestety Władimir Putin, po tym, jak po raz trzeci w 2012 roku objął funkcję prezydenta Federacji Rosyjskiej, stopniowo zakręcał wlot pomysłów i inicjatyw modernizacyjnych. Ale nie odżegnywał się od dialogu i współpracy z Zachodem. Sprawdzian tej europejskiej wiarygodności Rosji kulminował w lutym 2014 roku, kiedy w Kijowie eskalowało napięcie na tle protestów prounijnych środowisk ukraińskich (Majdan) przeciw prezydentowi Wiktorowi Janukowyczowi, który pod naciskiem Rosji zdystansował się wobec UE. Rosja przystała na wynegocjowany przy pomocy przybyłych w tym celu trzech „weimarskich” ministrów SZ: Francji, Niemiec i Polski kompromis między opozycyjnym Majdanem a obozem Janukowycza. Atoli już 24 godziny później, kiedy Janukowycz chyłkiem uciekł z Kijowa na wschód Ukrainy, a potem do Rosji, opozycja wysypała się spoza swych majdanowych barykad i zasieków, żeby objąć pełnię władzy w Kijowie (i niebawem na całej Ukrainie). „Weimarscy” ministerialni poręczyciele kompromisu kijowskiego (mimo pewnych nerwowych reakcji po stronie niemieckiej i francuskiej) w sumie zignorowali ten gwałtowny zwrot, świadczący, iż na Ukrainie w ogóle się nie rozumie, iż pacta sunt servanda. I iż bolszewicka dyrektywa, iż w walce politycznej liczy się to, kto kogo „pierwej zakopie w mogile”, uskrzydla opozycyjnych demokratów ukraińskich.

Tyle iż kiedy majdanowi opozycjoniści formalnie zdetronizowali Janukowycza i mościli się w fotelach władzy, Putin, jako jeden z nieformalnych żyrantów kompromisu kijowskiego, nie mógł nie odczuć, iż z prezydenta Federacji Rosyjskiego zrobiono durnia. Rosyjscy samodzierżcy, jeżeli ich haniebnie wystrychnięto na dudka, reagowali różnie: zapijali się na umór, ścinali głowy dworzan, którym przypisywali zdradę, lub tarzali się po podłodze w atakach histerii, albo też bezzwłocznie występowali orężnie przeciw impertynentom. Tę ostatnią opcję wybrał Putin – zaczął militarnie dekompletować Ukrainę. Najpierw oderwał Krym, potem zabrał się do rosyjskojęzycznej Ukrainy wschodniej.

Po tym wszystkim u dwóch weimarskich partnerów najwyraźniej utarło się przekonanie, iż w przypadku utarczek między Rosją a jakimkolwiek poradzieckim państwem Europy Wschodniej Polska nie zachowuje obiektywnego dystansu wobec stron sporu i tendencyjnie wspiera stronę antyrosyjską. Dlatego w podjętych po kijowskiej obsuwce negocjacjach ukraińsko-rosyjskich, pod auspicjami Niemiec i Francji (tzw. proces miński), Polski zabrakło. Albowiem trzy przynajmniej strony tego procesu: Rosja, Francja i Niemcy, uznały, iż obecność w nim Polski tylko przysporzy problemów, a nie rozwiązań.

A po 2015 roku rząd PiS-u, obsesyjnie antyrosyjski, najeżał się na jakiekolwiek kontakty z Rosjanami, toteż dialog dwustronny z Rosją faktycznie obumarł już przed rokiem 2022. Po wybuchu zaś wojny rosyjsko-ukraińskiej partie POPiS-u, które boczą się na siebie i wierzgają, w sprawie przeciwdziałania Rosji biegną obok siebie zgodnym kłusem.

Niepodobna zaprzeczyć, iż Polska, gdy tylko zetknie się z zatargiem między państwem wschodnioeuropejskim a Rosją, bez namysłu, niczym rozjuszony pies rzuci się z ujadaniem na stronę rosyjską. Tak to już jest, iż pies najpierw nie lubi kota, a dopiero potem dobiera do tego argumenty. Ale jeżeli kot ma rozmiary tygrysa syberyjskiego, to może warto poskromić ową kundlą wyrywność antyrosyjską?

prof. Jarosław Bratkiewicz

Myśl Polska, nr 11-12 (15-22.03.2026)

Читать всю статью