Prof. Bratkiewicz: Do sztambucha Pana Redaktora Filipa Memchesa

myslpolska.info 6 часы назад

W reakcji na tekst Filipa Memchesa Antysowiecki rusofil („Do Rzeczy”, 21/2026) nie mogę pominąć milczeniem kilku wątków, które się w nim znalazły.

Skądinąd Redaktor Memches napisał artykuł uczciwy i rzetelny, a moje uwagi dotyczą nie tyle Autora, ile innych osób i ich opinii, przytoczonych w jego tekście.

Wyniuchiwacze

Po pierwsze, zacząć wypada od tropicielstwa zdrady prorosyjskiej. Od lat wyniuchiwacze owej zdrady z reguły mościli sobie gniazda w PiS-ie i jego chaszczach medialnych, w rodzaju „Gazety Polskiej” czy „wSieci”. Stamtąd wataha „autorów niepokornych” (jak się zawadiacko samonazwali), wyczekawszy stosownej chwili, wypadała z obnażonymi karabelami „krytyki patriotycznej”, bigosowała politycznych antagonistów i czym prędzej rejterowała znów w zarośla. Atoli, jak się okazuje, tropicielstwo zaległo się także po stronie platformerskiej, gdzie się również węszy domniemane ślady zdrady prorosyjskiej. Ponoć Grzegorz Rzeczkowski, który teraz usługuje przy MSZ jako „osłona przed dezinformacją międzynarodową”, namierzywszy moje wypowiedzi w kręgach związanych z Konfederacją Korony Polskiej, syknął ostrzegawczo: „nie ma w tym przypadku” (relata refero). Oraz insynuował, iż Sowieci zwerbowali mnie podczas studiów w Moskwie, a więc pół wieku temu.

Urojenia nieposkromione

Apeluję do szpicli jawnych, tajnych i dwupłciowych na usługach POPiS-u, żeby bodaj trochę poskromili swe urojenia prześladowcze i zadali sobie pytanie elementarne. Doprawdy, czyżby służby sowieckie 50 lat temu przewidziały Solidarność, moją aktywność podziemną, Okrągły Stół i upadek komuny, moją pracę w BBN pod kierunkiem Lecha Kaczyńskiego i 30 lat pracy w MSZ na stanowiskach dyrektorskich – i nie zadaniowały mnie do aktywnego sabotażu politycznego? Przez lata 1980. nie wymusiły na mnie, żebym zdezorganizował – działając w wydawniczym podziemiu solidarnościowym – bodaj jedno wydawnictwo podziemne, zdekonspirował choćby jednego „podziemniaka”? Jak to się stało, iż przez 30 lat pracy w MSZ, jako dyrektor różnych departamentów, nie pokrzyżowałem w interesie moich kremlowskich patronów ani wejścia Polski do NATO, ani do UE ? Toż Stalin i każdy jego sukcesor uznałby takiego agenta za zwykłego bumelanta i obiboka – a władza robotniczo-chłopska nie znała zmiłuj się wobec takich brakorobów. Strzał w potylicę i dół z wapnem.

Agenturalność historiozoficzna

Można też założyć wariant alternatywny – Sowieci / Ruscy trzymali mnie jako „śpiocha” w Polsce przez pół wieku i teraz, gdy mam siedemdziesiąt wiosen za sobą, uaktywniono mnie – skoro nie jeżdżę na wózku inwalidzkim, nie ogłuchłem i nie oślepłem – do działań operacyjnych i agenturalnego wpływania na niewiniątka patriotyczne w Polsce. Ale o ile takim „śpiochem” pozostawałem przez pół wieku, to dowodzi to, iż służby sowieckie /rosyjskie myślą i działają z wyprzedzeniem półwieczy i zgoła stuleci, czyli kasują wszystkie ziemskie służby specjalne. Do agenturalności historiozoficznej zdolni są prawdopodobnie Chińczycy, ale z założenia pozwolić sobie na nią może adekwatnie tylko Pan Bóg. Dla tropicieli zdrady na hektarach i morgach ojczystych wypływa z tego wniosek oczywisty – poniechajcie tropienia zdrady prorosyjskiej, bo w cetno i licho z transcendencją nie wygracie. Ukórzcie się w niemocy wobec KGB / FSB!

Związek świadomych obywateli

Po drugie, pisze Pan Redaktor, iż moją narracją publicystyczną w jakimś stopniu steruje ojkofobia. W żadnym razie nie może to być prawdą, albowiem wielokrotnie, w różnych miejscach, w mowie i piśmie, mówiłem, iż uważam Polaków za naród wielki. Niestety i wielkie narody mają swoich półgłówków, i do takowych zaliczam tych wszystkich Polaków, których metodologię w poznawaniu i rozumieniu rzeczywistości formatuje mania prześladowcza. I którzy patriotyzm pojmują jako jarmarczną hulankę z wykrzykiwaniem frazesów patriotycznych. Toteż nieszczególnie utożsamiam się z osobnikami tego pokroju, mimo iż posługują się w życiu codziennym żargonem polskim, gęsto nasycanym wulgaryzmami i kliszami w rodzaju „żenada”, „porażający”, „zajebisty”. Ja pojmuję naród polski jako związek świadomych obywateli, a nie komitywę z tłumokami, którzy coś mamlą polskojęzycznie.

Margines czasów przełomu

Po trzecie, zaskakuje Pana Redaktora fakt, iż związałem się – jak Pan pisze – „z niszowym, marginalnym środowiskiem, stygmatyzowanym jako tuba opcji prorosyjskiej”. Otóż z takich „marginalnych” i „niszowych” formacji politycznych zaczyna się wielka polityka w czasach przełomu i zagubienia. A przecież mamy do czynienia dokładnie z czymś takim w obecnym rozgardiaszu międzynarodowym, rzutującym na kondycję wewnętrzną państw. Ameryka za prezydentury Trumpa odwraca się od uświęconej więzi transatlantyckiej i od NATO; Rosja toczy krwawą wojnę z „bratnią” Ukrainą; Chiny kojarzone jeszcze pół wieku temu z chaosem i anomią Rewolucji Kulturalnej wybiły się na czempiona rozwoju post-nowoczesnego; BRICS stał się osobliwą alternatywą dla systemu ONZ, a za pośrednictwem Azjatyckiego Banku Inwestycji Infrastrukturalnych (AIIB) Chiny rzucają wyzwanie globalnemu systemowi finansowemu z Bretton Woods, etc. etc.

Koniec podziału

Zresztą i w polskiej polityce doszło do tektonicznych zgoła zmian. Odchodzi w niepamięć podział na „post-komuchów” i „post-solidaruchów”. Przeważa nad nim rozdział pomiędzy modernizatorami i tradycjonalistami, który zdawałoby się uwłaściwiał różnice między Platformą Obywatelską a Prawem i Sprawiedliwością. Ale i ten przedział dezaktualizuje się w obliczu „kontrowersji” pomiędzy rządzącą koalicją platformerską a opozycyjnym PiS-em, które już od jakiegoś czasu noszą znamiona pozoru i symulakrum. Ongiś rozziew programowy i roszczeniowy między PO i PiS wydawał się taki, iż w latach 2021-2023 napisałem książkę o wojnach domowych, albowiem sądziłem, iż w Polsce mamy do czynienia z początkami tego typu konfliktu. Wyraźnie przecież wyodrębniały się dwie antagonistyczne kultury polskojęzyczne, z których jedna widzi przyszłość Polski w pogłębianiu związków z państwami i instytucjami Zachodu, skąd tysiąc lat temu przyszła do nas cywilizacja, druga zaś kultywuje „naszość”, rdzenność i swojskość, mimo iż roi się tu od przejawów bliskowzroczności dziejowej i wręcz głupoty.

Przyszłość poza POPiSem

Okazało się jednak, iż w zapętleniu politycznym w obecnej Polsce owa dychotomia się jakoś zatraca i rozłazi. PO okazała się impotentna w egzekwowaniu rządu praw i w osądzeniu na ich mocy jaskrawych nadużyć swych poprzedników, zwłaszcza w sferze wymiaru sprawiedliwości, ale także w sprawie innych kreacjonistycznych szaleństw władz „dobrej zmiany”, jak przekop Mierzei Wiślanej czy Centralny Port Komunikacyjny. Mimo iż gromowładnie odgrażała się w tej mierze przed wyborami 2023 roku. PiS powyższą impotencję oczywiście widzi i pnie się po tym gruzowisku obietnic wyborczych PO sprzed 2023 roku ku sukcesowi wyborczemu. Atoli sił mu starcza tyle, ile wynika z żywotności i optymizmu Jarosława Kaczyńskiego, z tego, na ile „wesołe jest [jego] życie staruszka” (z piosenki Kabaretu Starszych Panów). A w tym zakresie uwidaczniają się już drapieżnie rozpostarte pazury jego parobasów, pod siebie zagarniających dostęp do tronu pisowskiego. Co najważniejsze wszelako, uzewnętrzniła się trzecia siła w postaci dwóch Konfederacji. Wybory 2027 roku nie będą już przypominały tedy przeciągania liny między PO a PiS. Można zgoła postawić tezę, iż przyszłość należy do partii poza duopolem PO-PiS.

Endek?

Wreszcie godzi się tu przypomnieć Panu Redaktorowi Memchesowi, iż onego czasu recenzując nader krytycznie mój Erazjatyzm na wspak, pomawiał mnie o rozumowanie w kategoriach endeckich, czym – nie ukrywam – mnie zaskoczył. Uznany za endeka poczułem się jak molierowski pan Jourdain, który od preceptora dobrych manier dowiedział się, iż mówi prozą. Ale w podejrzeniu o endeckość pewnie coś było na rzeczy.

Kompradorzy od żyta i wódki

Po czwarte wreszcie, kategorycznie nie mogę się zgodzić z Panem Redaktorem, iż „w swoim podziwie dla Zachodu – głównie Niemiec – przyjmuję kompradorski punkt widzenia”. Pojęcie „komprador” zdążyło już uwieloznacznić się po tym, jak oznaczało zrazu kolonialnego dostarczyciela surowców i podzespołów dla firm i władz z zachodnich metropolii. Rozumiem jednak, iż „komprador” w żargonie pisowskim oznacza kogoś, kto respektuje bogactwo i siłę Zachodu, zamiast wzmagać się patriotycznie. I indyczyć się, iż choć potęga Polski zasadza się na produkcji kartofli i kaszany, nakrętek do śrub i łopat, albo też niezawiłych podzespołów na potrzeby (post-) nowoczesnej wytwórczości w UE, to „Polak potrafi” (jak za Gierka). Problem jednak w tym, iż ci wszyscy polscy producenci są kompradorami wobec Zachodu. Dopóki Polska nie zacznie produkować technologii post-industrialnych, ale pozostanie zagłębiem żyta, wieprzowiny i wódki, węgla i stali, wszyscyśmy kompradorzy.

prof. Jarosław Bratkiewicz

Читать всю статью