Tydzień temu, 8 sierpnia, czterech tenorów z opozycji stanęło na rżysku w Kolonii Szydłów w gminie Grabica, powiat piotrkowski, i przedstawiło swoją wizję świata opartą na ideologii Prawa i Sprawiedliwości.
W białych koszulach, bez krawatów i marynarek, stawili się: „premier” Przemysław Czarnek, były minister rolnictwa Robert Telus i były wiceminister rolnictwa Krzysztof Ciecióra. Był też Grzegorz Lorek, ale on ubrał na ten dzień koszulę jasnobłękitną, szafirowe spodnie i brązowe buty – szykowny facet, choć nie tak postawny jak koledzy.
Jak zawsze na podobnych spotkaniach więcej było przedstawicieli mediów niż osób zainteresowanych, to znaczy obszarników i producentów, gdyż od dawna w Polsce rolników nie ma.
Do sterczących mikrofonów rozgłośni radiowych i telewizji mainstreamowych, narodowych i tych peryferyjnych wypowiadali się po kolei. To, co mówili Czarnek i Telus, pomijam, bo poza krynicą banałów nie tryskało z ich ust nic wartościowego. Najciekawsze, rzec by można arcyciekawe, były natomiast opowieści Ciecióry i Lorka. Szczególnie ten drugi, poseł z przypadku z Piotrkowa Trybunalskiego, już dawno zasłynął historiamii tyleż tragikomicznymi, co ekstremalnymi. Dwie z nich opisane zostały w „GT” w materiałach prasowych pt. „Poseł Lorek z PiS-u wspomina, jak gonił go Trynkiewicz” i „Lorek historyk i w ogóle”.
8 sierpnia br., Kolonia Szydłów. Od lewej: Ciecióra, Telus, Lorek i Czarnek. Foto / Screen: Gazeta Trybunalska, źródło; YouTube. Kliknij, aby powiększyć.Tym razem Lorek błysnął znajomością tematyki rolno-hodowlanej i powiedział:
Jesteśmy w miejscu produkcji trzody chlewnej, a wiecie państwo, ile kosztuje teraz świnia? Tyle ile 30 lat temu – 4 złote. Do tego jeszcze się nie wypłaca pieniędzy za świnie rolnikom. W internecie można spotkać ogłoszenia o likwidacji gospodarstw. Czy o to nam chodzi? Chodzi nam o to żebyśmy byli zależni od państw zachodnich, Brukseli? Czy też mieć polskie rolnictwo i kupować polską żywność?
Nigdy nie uważałem Lorka za specjalnie rozgarniętego, może dlatego większość zawodowego życia spędził jako urzędnik, a ostatnio jako parlamentarzysta. Z tego powodu prawdopodobnie nie zorientował się, iż współczesna wieś nie ma nic wspólnego z powieściami Edwarda Redlińskiego „Awans” i „Konopielka”, a statystyczny mieszkaniec wsi potrafi czytać i pisać, a większość z nich obsługiwać zaawansowane technicznie maszyny rolnicze, o których Lorek pewnie nie ma bladego pojęcia. Znaczną grupę młodych gospodarzy stanowią osoby wykształcone na uniwersytetach rolniczych w Krakowie, Lublinie czy Warszawie. Dlatego słowa o świniach kosztujących 4 złote mogły wywołać na twarzach zebranych jedynie wyraz współczucia i zażenowania.
Gwoli ścisłości i staranności należy wskazać, iż według portalu „cenyrolnicze.pl”, nieustannie monitorującego rynek produkcji rolnej i zwierzęcej, ceny skupu tucznika z dnia 3 sierpnia wahały się w od 4,30 do 5,90 zł netto za kilogram żywca. Przyjmuje się, iż waga zwierzęcia przeznaczonego do sprzedaży winna mieścić się w przedziale od 110 do 120 kg, średnio 115 kg. Tak więc na początku sierpnia, przy średniej cenie 5,10 zł za kilogram, sztuka kosztowała 586 zł i 50 groszy netto.
Poza tym w profesjonalnym obrocie określenie „świnia” jest zwyczajnie zbyt ogólne. Są tuczniki, lochy, warchlaki i prosięta. To mniej więcej tak, jakby handlarz samochodami mówił o każdym pojeździe „samochód” i na tym kończył opis.
„Czy o to nam chodzi?” – pytał poseł Lorek. Nie, chodzi przede wszystkim o to, żeby miastowy, który udaje obrońcę polskiej wsi, nie pajacował i się nie ośmieszał, bo śmiechu w tym kraju jest zbyt dużo, a chętnych do pracy zdecydowanie za mało, szczególnie wśród tych, którzy odpicowani jak święty turecki podpisują listę obecności w budynku przy ulicy Wiejskiej 4/6/8 w Warszawie. Może, skoro Lorek musi, niechaj podobne bzdury opowiada Jarosławowi Kaczyńskiemu, bo jak wiadomo, nie zna się on na pieniądzach, cenach i innych zawiłościach życia codziennego.
Poseł Ciecióra wśród swoich wielu zalet ma też umiejętność tłumaczenia meandrów prawnych na język zrozumiały i pobudzający wyobraźnię. Możliwe, iż ma to związek z jego kwalifikacjami – z zawodu jest nauczycielem historii. Wybraniec narodu podzielił się taką oto refleksją:
Żyjemy w kraju, gdzie rolnicy jako jedyna grupa zawodowa, są narażeni na to iż mogą dostać pozew, karę finansową za to iż produkują żywność. jeżeli komuś za brzydko pachnie, kurzy się, jest hałas może rolnika podać do sądu i wyciągnąć od niego 120 tysięcy złotych. […] Bezpieczeństwo żywnościowe zaczyna się również od bezpieczeństwa rolnika, czy on będzie mógł normalnie pracować i nie będzie narażony na olbrzymie pozwy.
I są to brednie. Trudno zgadnąć, czy wynikają z niedouczenia, czy są próbą świadomej manipulacji. Pozew to nie kara, a 120 tys. zł nie jest żadnym cennikiem za smród, kurz czy hałas. Przedstawiciel tego zawodu nie dostał też od państwa specjalnego immunitetu na cudzą własność. jeżeli jego działalność powoduje ponadprzeciętne uciążliwości dla sąsiadów, kodeks cywilny – tak samo jak wobec każdego innego, np. stolarza, restauratora, spawacza czy właściciela klubu go-go – pozwala dochodzić swoich praw w sądzie.
Fakty są następujące: Szymon Kluka, hodowca trzody chlewnej z Grodziska w gminie Rzgów, został pozwany przez dwoje sąsiadów, którzy zarzucali jego gospodarstwu uciążliwości zapachowe. Sąd Okręgowy w Łodzi 25 października 2022 roku częściowo uwzględnił ich roszczenia: nakazał podjęcie szeregu działań ograniczających emisję odoru oraz zapłatę po 30 tys. zł zadośćuczynienia na rzecz każdego z powodów. Sąd Apelacyjny w Łodzi 23 lipca 2024 roku oddalił apelację, utrzymując wyrok w mocy, a Sąd Najwyższy nie uwzględnił skargi kasacyjnej. Ostatecznie finansowy ciężar sprawy dla Kluki, wraz z kosztami i odsetkami, wyniósł około 120 tys. zł.
I tutaj zaczyna się fałszowanie obrazu przez Cieciórę. Sąd nie ukarał Kluki za to, iż produkował żywność. Nie wystawił mu rachunku za produkcję zwierzęcą. Nakazał mu ograniczyć konkretne uciążliwości związane z funkcjonowaniem chlewni. Można ten wyrok krytykować, można uważać go za niebezpieczny dla gospodarstw hodowlanych. Ale przedstawianie go jako „120 tysięcy złotych za produkowanie żywności” jest już czymś zupełnie innym. To nie jest obrona rolnika. To jest robienie ludziom wody z mózgu.
Superbohaterowie z PiS poszukiwani na gwałt
Wczoraj we wsi Glina w gminie Wola Krzysztoporska odbyło się spotkanie mieszkańców z władzami samorządowymi w sprawie sprzeciwu wobec budowy chlewni na niespełna 2 tys. sztuk. jeżeli Lorek z Cieciórą są tak bardzo zaangażowani w wspieranie sektora, dlaczego nie zjawili się na miejscu, nie przekonali zebranych, iż wieś jest obszarem, gdzie wytwarza się żywność i iż produkcja zwierzęca jest jej elementem.
Tylko iż do tego trzeba mieć jaja, a nie gębę pełną frazesów i politycznego zadęcia. Najłatwiej pleść o „bezpieczeństwie żywnościowym” przed kamerą, straszyć chłopów Unią i sądami. Znacznie trudniej pojechać na wieś i powiedzieć stronom prosto w oczy: tak, chlewnia oznacza smród, transport, hałas i inne uciążliwości, ale produkcja żywności jest tu priorytetem.
Ludzie chcą faktów, a nie pustych deklaracji i prymitywnego lansu.
→ M. Baryła
14.08.2026
• zdjęcie ilustracyjne: pixabay.com








