Polska wciąż nie otrząsnęła się po aferze giełdy kryptowalut Zondacrypto. Przypomnijmy: popularna i reklamowana przez celebrytów platforma przestała wypłacać pieniądze klientom, a jej właś ciciel – Przemysław Kral – zapadł się pod ziemię. Wątków jest tu bez liku, ale spróbujmy skupić się tylko na jednym: podczas konferencji prasowej premier Donald Tusk, powołując się na ustalenia ABW, mówił o pieniądzach płynących z otoczenia Zondacrypto do ludzi prawicy. 450 tys. zł miało trafić do fundacji Suwerennej Polski, a 70 tys. euro ze spółki Krala do fundacji Przemysława Wiplera.
Wipler zarzuty premiera nazwał insynuacjami, zażądał przeprosin, zagroził prokuraturą i oskarżył Tuska o bezprawne posługiwanie się informacjami ABW. Przyznał, iż Fundacja Dobry Rząd współpracowała komercyjnie ze spółką Expofer Servis House (należącą do Przemysława Krala), ale przekonywał, iż chodziło wyłącznie o prace analityczne, niemające żadnego związku z ustawą o kryptoaktywach. To manewr, który Wipler ćwiczy od lat. W jego biografii interes prywatny, język idei i polityczna sprawczość raz po raz splatają się tak ciasno, iż trudno wskazać, gdzie kończą się przekonania, a zaczyna usługa świadczona konkretnemu klientowi.
Kim jest?
Od kiedy pojawił się w polityce, ciągnęło do strony wolnorynkowej. Jednak po roku 2000 poparcie dla Janusza Korwin- Mikkego i jego kolegów było śladowe. Kolejne partie zakładane przez JKM nie bez kozery były nazywane kanapowymi, a młody człowiek mógł tam co najwyżej zbudować środowiskową legendę, ale na pewno nie zrobić politycznej kariery. Dlatego swój pierwszy mandat poselski Wipler wywalczył z list Prawa i Sprawiedliwości. Do PiS wszedł jako założyciel Fundacji Republikańskiej, która łączyła wolnorynkową ideowość z praktyką: pracami eksperckimi, raportami, coraz szerszymi kontaktami z biznesem i polityką. W tym sensie jego późniejsze przejście do lobbingu nie było przypadkowe. To raczej logiczna konsekwencja drogi, którą przebył. Dla Jarosława Kaczyńskiego mógł być ciałem obcym, ale z posłami PiS udawało mu się zacieśniać relacje, które procentowały także po opuszczeniu Sejmu. Dobrze rozwijającą się karierę przerwał incydent z października 2013 roku przed klubem przy ul. Mazowieckiej w Warszawie. Wipler trafił wtedy po interwencji policji do izby wytrzeźwień, a sprawa stała się medialnym spektaklem. On sam twierdził, iż został pobity przez funkcjonariuszy, zrzekł się immunitetu, ale nie przyznał się do winy. Kilka lat później sąd skazał go na grzywnę za znieważenie policjantów. Politycznie skutki były natychmiastowe. Polityk odszedł z PiS, wrócił do Korwina, a potem na kilka lat zniknął z pierwszego planu polityki. Nie zniknął jednak z jej zaplecza. Przeciwnie: wyniesione z Sejmu kontakty, rozpoznawalność i znajomość mechanizmów stały się kapitałem, który można było wykorzystać już nie w partii, ale w biznesie.
Wyszedł z Sejmu, ale pozostał
Po odejściu z pierwszej linii polityki Wipler przeszedł do biznesu doradczego. Założył Five Rand, a w 2018 r. jego wspólnikiem stał się Michał Krzymowski, co na pierwszy rzut oka mogło wyglądać jak mariaż egzotyczny. Krzymowski nie był przecież prawicowym działaczem, ale jednym z lepszych dziennikarzy „Newsweeka”, autorem biografii Jarosława Kaczyńskiego i człowiekiem, który przez lata opisywał kulisy władzy. W praktyce ten duet działał jednak bardzo dobrze. Wipler znał polityków, treści ustaw i sejmowe korytarze, Krzymowski znał media, redakcje i sposób, w jaki buduje się narrację.
O swoich klientach Wipler i Krzymowski mówią niechętnie. Z doniesień prasowych wynika jednak, iż Five Rand pracowało dla firm, których interesy zależały nie od zwykłej reklamy, ale od decyzji państwa, które reguluje niektóre branże. Najlepszym przykładem jest British American Tobacco. Relacja Wiplera z branżą tytoniową zaczęła się jeszcze przed Five Rand. Już w 2013 r. „Rzeczpospolita” informowała, iż za raport Fundacji Republikańskiej dotyczący akcyzy tytoniowej zapłacił BAT – drugi największy koncern tytoniowy w Polsce. Sam Wipler tłumaczył wtedy, iż jako poseł nie zasiada już w zarządzie fundacji, a do interpelacji w sprawie przemytu produktów akcyzowych skłoniła go kampania Związku Pracodawców RP. Podobnie jak dziś w sprawie Zondacrypto tłumaczy, iż interesy ważne dla konkretnego koncernu są ważne także dla interesu publicznego.
Podobne tłumaczenia usłyszeliśmy też kilka lat później. W rozmowie z Wirtualną Polską Wipler przyznawał, iż pomagał BAT, choć zaprzeczał, by wykorzystywał swoje znajomości do przepychania wrzutki podnoszącej akcyzę na wyroby konkurencji. Znów powtarzał, iż nie dba o interes klienta, ale o obiektywnie słuszny kierunek regulacyjny.
Dla jasności: nie twierdzę, iż Wipler robił coś niemoralnego albo niezgodnego z prawem, gdy miał przerwę od czynnej polityki. W demokracji różne grupy próbują wpływać na przepisy: przedsiębiorcy, związki zawodowe, fundacje, stowarzyszenia, aktywiści. Po to istnieje ustawa o działalności lobbingowej, żeby przynajmniej część tego wpływu wydobyć z kuluarów i opisać procedurami. Wipler – zresztą podobnie jak Sławomir Mentzen – figurował w oficjalnym rejestrze zawodowych lobbystów. Problem polega na tym, iż polski system dobrze widzi lobbystę, który sam zdecyduje się ujawnić, ale znacznie gorzej radzi sobie z wpływem nieformalnym: rozmowami przy kawie, telefonami do dawnych kolegów, medialnymi wrzutkami czy interpelacjami pisanymi po linii czyjegoś interesu.
Sam poseł, gdyby przeczytał ten akapit, pewnie szeroko by się uśmiechnął i powiedział, iż oto próbuję zakazać politykom posiadania jakichkolwiek poglądów. Ale przyznają państwo, iż inaczej patrzymy na kogoś, kto krytykuje ustawę wyłącznie dlatego, iż uważa ją za szkodliwą, a inaczej na kogoś, kto w przeszłości brał pieniądze od przedstawicieli branży zainteresowanej kształtem tych przepisów.
Krytyka byłaby łatwiejsza, gdybyśmy mówili o socjaldemokracie, który nagle odkrywa w sobie entuzjazm dla deweloperów albo o polityku Zielonych broniącym spalarni śmieci. Wtedy dysonans byłby widoczny od razu. W przypadku Wiplera sprawa jest trudniejsza, bo jego poglądy rzeczywiście układają się w spójną całość: mniej państwa, mniej regulacji, więcej wolności gospodarczej, więcej zaufania do przedsiębiorców. Problem polega na tym, iż jest to zarazem światopogląd wyjątkowo wygodny dla jego byłych klientów.
O jeden obrót za daleko
Dla zwolenników Konfederacji cały ten slalom mógłby być choćby imponujący. Ale w sprawie Zondy zdaje się, iż choćby tak zdolny gracz mógł wykonać o jeden obrót ruletki za dużo, zamiast w porę wyjść z kasyna. Dość powiedzieć, iż krytyka na Wiplera spadła także ze strony Krzysztofa Bosaka, który mówił, iż sam by nigdy czegoś takiego nie zrobił, i stracił zaufanie do partyjnego kolegi. Tym razem nie mówimy bowiem tylko o przepychankach między koncernami, które zwykle nie dotyczą zwykłego Kowalskiego, ale o sprawie, w której tysiące Polaków straciło oszczędności.
Metafory hazardowe wydają się tu wyjątkowo na miejscu, bo chciwość potrafi zgubić choćby najlepszych graczy. Rząd właśnie zdecydował, iż ustawa o kryptowalutach po raz trzeci (!) trafi do Sejmu. Okazji, by przeczołgać polityków, którzy kibicowali Zondacrypto, będzie więc jeszcze sporo. Czy to wystarczy, by zakończyć karierę Wiplera? A może poseł Konfederacji otrzepie się i wróci tak, jak wrócił po bójce z policją w 2013 roku? Tego dziś nie wiemy. Możemy być za to pewni, iż przelewy na setki tysięcy złotych to trochę za dużo, żeby przykryć je kolejnymi wykładami o wolnym rynku.









