W pierwszej połowie 2026 r. amerykańskie sądy imigracyjne wydały ponad 400 tys. nakazów usunięcia z kraju, a w ośrodkach deportacyjnych przebywają także Polacy. DGP opisuje skargi na pleśń, brak leków i spanie na blasze. Dla Polski wniosek jest prosty: państwo ma obowiązek pilnować swoich obywateli choćby wtedy, gdy obce państwo egzekwuje własne prawo.
Trump przyspieszył deportacje
Administracja Donalda Trumpa zaostrzyła kurs wobec cudzoziemców bez prawa pobytu w USA. Według Dziennika Gazety Prawnej w pierwszej połowie 2026 r. amerykańskie sądy imigracyjne wydały ponad 400 tys. nakazów usunięcia z kraju. To skala, która pokazuje, iż nie chodzi o pojedyncze przypadki, ale o wielką machinę administracyjną.
Najwięcej decyzji dotyczy osób z Ameryki Łacińskiej, w tym z Meksyku i Hondurasu. DGP wskazuje jednak, iż w tej machinie znaleźli się również Europejczycy, a wśród nich Polacy. Dla polskiej opinii publicznej to sprawa podwójnie ważna. USA mają prawo bronić własnych granic i egzekwować przepisy. Polska ma prawo oczekiwać, iż jej obywatele nie będą traktowani jak numer w systemie.
Pleśń, myszy i brak leków
Gazeta.pl, powołując się na DGP, opisuje skargi dotyczące warunków w amerykańskich ośrodkach dla osób zatrzymanych w związku z postępowaniem deportacyjnym. Mowa o niehigienicznych celach, pleśni, braku leków, spaniu na blasze i myszach biegających po placówce. To nie są szczegóły bez znaczenia. Warunki zatrzymania mówią wiele o tym, czy państwo umie połączyć twardość z elementarną godnością człowieka.
Prawica nie powinna wpadać w lewicową pułapkę, w której każde egzekwowanie prawa imigracyjnego przedstawia się jako okrucieństwo. Nielegalny pobyt ma konsekwencje. Granica państwa nie jest dekoracją. Ale twarde państwo nie oznacza państwa brudnego, chaotycznego i obojętnego na podstawowe potrzeby zatrzymanych.
Konsulat nie może spać
Polskie placówki dyplomatyczne mają tu konkretną rolę. Na rządowej stronie o informacjach w sprawach deportacyjnych przypomniano, iż postępowanie przed sądem imigracyjnym zaczyna się od wezwania Notice to Appear, zawierającego dane osobowe, zarzuty imigracyjne i podstawę prawną planowanej deportacji. To procedura obcego państwa, ale polski obywatel nie przestaje być obywatelem RP za oceanem.
Konsulat nie zastąpi adwokata i nie unieważni amerykańskiego prawa. Może jednak sprawdzać, czy obywatel ma kontakt z rodziną, dostęp do dokumentów, możliwość obrony i elementarne warunki bytowe. DN pisał niedawno o deportacjach z Polski i obowiązku egzekwowania prawa. Ta sama zasada działa w drugą stronę: cudze państwo egzekwuje swoje przepisy, ale Polska ma pilnować swoich ludzi.
Lekcja dla Polski
Sprawa z USA powinna być dla nas ostrzeżeniem. Polityka migracyjna nie może być prowadzona ani sentymentalnie, ani pokazowo. Gdy państwo latami toleruje życie w szarej strefie, a potem nagle uruchamia masowe postępowania, koszty spadają na zwykłych ludzi, rodziny i konsulaty. Tak działa system, który najpierw przymyka oczy, a później nadrabia brutalną administracją.
Polska ma pilnować własnych granic. Ma deportować tych, którzy łamią prawo i nie mają prawa pobytu. Ma też wymagać od sojuszników, żeby w postępowaniach wobec Polaków zachowali standard cywilizowanego państwa. To nie jest sprzeczność. To elementarna zasada państwowej powagi.
Dla Polaków w USA najważniejszy komunikat jest praktyczny: status pobytowy, dokumenty, kontakt z prawnikiem i konsulatem nie są formalnością. W świecie, w którym migracja stała się polem politycznej wojny, lekkomyślność kosztuje więcej niż kiedykolwiek. A dla Warszawy stawka pozostało szersza: państwo, które nie upomina się o obywateli za granicą, samo rezygnuje z części swojej suwerenności.
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna, Gazeta.pl, Gov.pl.
Źródło: Gazeta.pl Wiadomości












