Prezydent Karol Nawrocki skierował do Trybunału Konstytucyjnego ustawę o podatku od nadzwyczajnych zysków koncernów paliwowych, wstrzymując wpływ około 4 mld zł do budżetu. Donald Tusk odpowiedział kpiną o „cenach Karola Nawrockiego", a Pałac przekonuje, iż nowej daniny i tak nie zapłaciłyby koncerny, ale kierowcy.
„CPN" kontra „CKN"
W piątek prezydent zablokował jedną z flagowych ustaw rządu, a reakcja premiera nie kazała na siebie czekać. Donald Tusk skomentował posunięcie głowy państwa w swoim stylu, sięgając po grę słów. Rządowy program zbijania cen na stacjach otrzymał skrót CPN, nawiązujący do dawnych stacji Centrali Produktów Naftowych i hasła „ceny paliwa niżej". Zdaniem premiera złośliwi zdążyli już przechrzcić go na CKN, czyli „ceny Karola Nawrockiego". Szef rządu nie krył rozczarowania. Jak stwierdził, „szkoda tych 4 mld zł", bo środki miały trafić właśnie na obniżki przy dystrybutorze.
Danina wymierzona w paliwowych gigantów
Sporna ustawa wprowadzała podatek od nadzwyczajnych zysków firm sprzedających paliwa płynne. Stawka miała wynieść 60 proc., a podstawą opodatkowania była nadwyżka przychodów ponad poziom wyznaczony przez tzw. marżę referencyjną. Danina objęłaby dochody wypracowane od marca do grudnia 2026 roku, gdy marże w branży wystrzeliły po napięciach na Bliskim Wschodzie. Zdaniem autorów projektu firmy zarobiły ponadprzeciętnie nie dzięki własnej efektywności, ale dzięki zewnętrznemu wstrząsowi cenowemu, na którym tracili kierowcy. Nowy podatek objąłby kilkadziesiąt podmiotów, ale największym płatnikiem byłby Orlen. Budżet liczył na około 4 mld zł, przeznaczone na rządowy program osłonowy dla kierowców.
Prezydent nie wetuje, ale kieruje do Trybunału
Nawrocki nie zdecydował się na weto. Zamiast tego skierował przepisy do Trybunału Konstytucyjnego w trybie kontroli prewencyjnej. Jego główny zarzut ma charakter ustrojowy i dotyczy zakazu działania prawa wstecz. Ustawa miała wejść w życie w sierpniu, tymczasem obejmowałaby zyski osiągane już od początku marca. Prezydent powołał się na zasadę lex retro non agit, uznając, iż opodatkowanie wstecz narusza fundament państwa prawa.
Głos z Pałacu: zapłaciliby wszyscy
Prezydencki minister broni tej decyzji, przenosząc spór na grunt kieszeni obywatela. Sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta Rafał Leśkiewicz przekonywał, iż kosztów nowej daniny nie poniosłyby koncerny. Pytał wprost, kto realnie zapłaciłby ten podatek, i sam odpowiadał, iż „nie koncerny paliwowe". W tej narracji rachunek trafiłby ostatecznie do kierowców, którzy odczuliby go w cenach na stacjach.
Rząd ostrzega przed pustką prawną
Odmienne zdanie ma resort finansów. Minister Andrzej Domański ocenił, iż prezydent „zablokował kolejne 4 mld zł" dla budżetu. Zwrócił też uwagę na ryzyko proceduralne. Przy sparaliżowanym Trybunale Konstytucyjnym rozstrzygnięcie może się przeciągać, a ustawa utknie w prawnej próżni, nie wchodząc w życie i nie przynosząc zapowiadanych wpływów.
Stawka wykracza poza polityczny spór
Za wymianą złośliwości kryje się realna gra o pieniądze i o granice opodatkowania strategicznego sektora. Rząd chciał sięgnąć po część zysków, które branża zainkasowała w okresie drożejącej ropy, i przekuć je w tańsze tankowanie. Prezydent stawia zaporę konstytucyjną, wskazując na retroaktywność. Rozstrzygnięcie zaważy zarówno na stanie kasy państwa, jak i na tym, na jakich zasadach można obłożyć daniną spółki kontrolujące polski rynek paliw. Spór wpisuje się w szerszą rywalizację między rządzącą większością a prezydentem z przeciwnego obozu, dla których polityka cen paliw stała się jednym z najczęściej powracających pól starcia. To pytanie o równowagę między potrzebami budżetu, ochroną kierowcy i pewnością prawa dla firm.
Źródło: Money.pl






