Po Orbanie

liberte.pl 2 дни назад

Cóż za zaskoczenie! Publikowane przez związane z węgierskim rządem Viktora Orbana rzekome wyniki badań preferencji wyborczych okazały się „błędne”, zaś dane prezentowane przez ośrodki niezależne okazały się trafne i w efekcie TISZA Petera Magyara zdobyła w parlamentarnych wyborach węgierskich kwalifikowaną większość konstytucyjną. W kraju od 16 lat rządzonym przez populistyczną skrajną prawicę, gdzie demokracja liberalna uległa pełnemu demontażowi w sposób legalny (dzięki zarządzaniu przez Orbana także większościami konstytucyjnymi przez znaczną część swojego okresu rządów), opozycja potrzebowała właśnie takiego totalnego zwycięstwa, aby mieć w ogóle szansę odwrócić bieg historii swojego kraju.

Od roztropności przyszłego premiera Węgier i jego ekipy zależy, na ile skuteczny użytek zrobią z doskonałych narzędzi, wręczonych im przez wyborców, na ile silne fundamenty dla odrodzonej demokracji liberalnej wyleją, tak aby zabezpieczyć ustrój przed ewentualnym ponownym atakiem ze strony etno-nacjonalistycznego Fideszu. To będzie interesujący czas, w którym w naturalny sposób będą pojawiać się polsko-węgierskie porównania. Oczywiście, Magyar jest w sytuacji o wiele lepszej niż Donald Tusk, który w wyborach 2023 r. wywalczył tylko zwyczajną większość i pozostaje bez możliwości szybkiego i legalnego demontażu antyliberalnych narośli ustrojowych naniesionych przez PiS. Z drugiej strony natrafi na potężniejszy opór, bo nie tylko partyjno-polityczno-urzędniczy, ale także w sferze gospodarki, którą w jego kraju zdominowali tzw. oligarchowie, czyli klienci orbanowskiego systemu korupcji. Pomimo tego ma możliwość uczyć się na polskich doświadczeniach z odbudową liberalnej demokracji ostatnich 2 lat, na sukcesach (np. w obszarze mediów publicznych, prokuratury i spółek skarbu państwa) i niepowodzeniach (głównie w wymiarze sprawiedliwości). Polscy demokracji natomiast uzyskali od Magyara materiał poglądowy co do skutecznego prowadzenia kampanii wyborczej w środowisku skrajnie niesprzyjającym i to są lekcje, które powinny być przerobione, jako iż w perspektywie polskich wyborów 2027 wydają się bezcenne (zwłaszcza w odniesieniu do kampanijnej aktywności lidera TISZ-y w małych miejscowościach).

Jednak węgierskie „trzęsienie Ziemi” jest szczególnie ekscytujące w kontekście naszej, jakże wieloletniej dyskusji o kryzysie i kroczącym upadku demokratyczno-liberalnego modelu ustrojowego w świecie Zachodu. Skrajna prawica, uradowana zwycięstwami Donalda Trumpa, Giorgii Meloni, a także rosnącymi notowaniami takich ugrupowań jak AfD, Zjednoczenie Narodowe czy ReformUK (aby wskazać tylko na największe „pola bitwy” zachodnich demokracji), była przekonana, iż reelekcja Orbana na piątą kadencję jest tylko formalnością. Węgierski kacyk był pierwszym z ich szeregów, który rzeczywiście sięgnął po władzę – już w 2010 r. – gdy triumf Trumpa był jeszcze nie do pomyślenia, a Ameryka żyła „Obamomanią”. Węgier miał więc w tym środowisku status szczególny. Choć zarządzał krajem małym i niezbyt wpływowym geopolitycznie, to na płaszczyźnie ideowej bił się o kilka lig wyżej niż można by się było spodziewać. Wzbudzał podziw i szacunek, był dla tych, którzy dzisiaj chcą się nazywać „postliberałami”, pionierem.

W słowie „postliberałowie” zawiera się zresztą cały ów optymizm po tamtej stronie barykady, owo przekonanie, iż logika dziejów czy też wszczęte, naturalnie się toczące i niepowstrzymywalne procesy przyniosą niebawem kres „drugiej erze liberalnej” rozpoczętej w 1945 i wzmocnionej w 1989 r., a przyniosą świat twardej gry narodowych interesów, w którym jedynym językiem będzie bezlitosna siła, zaś na prawo, zwyczaje i wartości ludzkie nikt trzeźwo rozumujący nie będzie się dłużej oglądał. Z drugiej strony, po naszej stronie barykady, od lat panował pesymizm i lęk, iż ta logika dziejów rzeczywiście istnieje i cały dorobek XX-wiecznego liberalizmu jest stracony. Teraz pesymizm ten wypiera euforia, pojawiają się głosy, iż po nacjonalistycznym odpływie nadchodzi liberalne tsunami: w Polsce upadł 8-letni reżim i demokraci wrócili, w Holandii odrzucono skrajną prawicę po eksperymencie z jej udziałem w rządzie i wybrano Demokratów 66 – partię najgłośniej krytykującą współpracą z populistami, w Kanadzie nagle Carney zmiażdżył Polievre’a, choć przecież ten miał premierostwo już w garści, teraz w Węgrzech upada „ojciec chrzestny post-liberalizmu”, a za chwilę Demokraci mogą wziąć Kongres i skazać Trumpa na polityczną tułaczkę przez ostatnie dwa lata prezydentury jako tzw. kulawa kaczka (lame duck).

Za wcześnie na euforię. W zderzeniu liberałów i demokratów z etno-nacjonalistami i populistami jesteśmy w innej fazie niż chciałyby wierzyć obie te strony. Nie ma ani wyroku, skazującego liberalne demokracje na zagładę, ani odrodzenia liberalizmu niczym Feniks z popiołów. Jesteśmy w fazie krytycznej, w której pomiędzy oboma siłami panuje niemal idealna równowaga potencjałów i poparcia. W zależności od różnorakich układów sytuacyjnych, specyfiki państw, a choćby pojedynczych, wręcz banalnych czynników wygrywają raz jedni, a raz drudzy. Przyszłość w sensie wielkich kwantyfikatorów geopolitycznych, ideologicznych, makroekonomicznych, społecznych i kulturowych jest w tej chwili całkowicie nieznana.

Możemy wygrać i możemy przegrać. Od naszej kreatywności, czucia ducha czasu, wsłuchania się w lęki, potrzeby, aspiracje i resentymenty ludzi, od gotowości do pracy, otwartości na nowe idee (w tym choćby te pogardzane idee naszych etno-nacjonalistycznych wrogów), zależy to, gdzie nasz świat ostatecznie wyląduje i jaką historię napisze XXI w. Peter Magyar jasno pokazał, iż wielkie sukcesy są w dalszym ciągu w zasięgu ręki.

Fot. Héctor Martínez / Unsplash

Читать всю статью