Rosnąca popularność filmów tworzonych z pomocą sztucznej inteligencji stawia pytanie o przyszłość bezpieczeństwa informacyjnego współczesnych społeczeństw. Poważnym wyzwaniem w ramach walki z dezinformacją staje się znalezienie sposobów na wykrywanie deepfake’ów. Jak wygląda specjalistyczna analiza materiałów filmowych pod kątem ich autentyczności?
Sekwencja wydarzeń może być na przykład taka: w popularnym serwisie społecznościowym pojawia się film, w którym prominentny polityk wypowiada kontrowersyjną opinię. Rozprzestrzenia się on po sieci, budzi zdumienie, potem sprzeciw, wreszcie oburzenie, pojawiają się protesty, które przeradzają się w starcia uliczne. Tyle iż film został zmanipulowany i przygotowany w technologii deepfake. Niezależnie od intencji twórców – czy to tylko żart, czy celowa dezinformacja – wiralowe fałszywki uderzają bezpośrednio w bezpieczeństwo informacyjne kraju. Zwłaszcza jeżeli materiał zyskuje szeroki oddźwięk społeczny.
To wcale nie jest nierealny scenariusz: wystarczy wspomnieć wypuszczony do sieci w pierwszych dniach rosyjskiej inwazji na Ukrainę film przedstawiający prezydenta Wołodymyra Zełenskiego, namawiającego żołnierzy ukraińskich do złożenia broni. W ostatnich latach sfabrykowane materiały filmowe pojawiły się w kampaniach wyborczych m.in. na Słowacji, w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, na Węgrzech czy w Armenii. To już nie pojedyncze incydenty, ale coraz wyraźniej zaznaczający się wzór.
Siła rażenia
Z danych zebranych przez brytyjskie instytucje wynika, iż widoczny jest skokowy wzrost liczby deepfake’ów w sieci: z około 500 tys. rocznie w 2023 roku do 8 mln w 2025. Raporty przygotowywane przez serwisy eksperckie (np. Security Hero) wskazują, iż liczba filmów deepfake w mediach społecznościowych wzrasta w ostatnich latach lawinowo. Wynika to z tego, iż narzędzia do ich tworzenia są ogólnodostępne i nie wymagają specjalistycznej wiedzy.
Płk rez. dr hab. inż. Zbigniew Piotrowski z Wydziału Elektroniki Wojskowej Akademii Technicznej podkreśla, iż rozpowszechnianie fałszywych filmów należy rozpatrywać w kontekście wojny informacyjnej. Obejmuje ona operacje różnego typu: informacyjne i psychologiczne, które wykorzystują m.in. propagandę i dezinformację. – W ramach dezinformacji mamy fałszowanie treści informacyjnych, manipulacje przekazem medialnym i deepfaki audio, wideo czy też obrazy generowane przez sztuczną inteligencję – zauważa ekspert.
Skuteczność tych materiałów w dezinformacji jest różna. Dr hab. inż. Michał Bereta, profesor Politechniki Krakowskiej, specjalista z Wydziału Informatyki i Telekomunikacji Politechniki Krakowskiej, zauważa, iż np. deepfaki pojawiające się podczas wyborów parlamentarnych nie mają dużej siły działania. Nie dość bowiem, iż są gwałtownie dementowane przez zainteresowane strony, to mogą być przyczyną oskarżeń o manipulacje – a to może uderzyć w samych inicjatorów akcji. Jego zdaniem wojna kognitywna toczy się na nieco innym poziomie: – W działaniu długofalowym skuteczniejsze wydają się zmanipulowane materiały w mniej istotnych sprawach. W połączeniu ze spójną linią narracyjną propagandy prowadzą one do wzmocnienia przekazu, który w wojnie kognitywnej próbuje się sączyć – wyjaśnia.
Można tu wskazać zmanipulowane materiały różnego typu: prawdziwe nagrania, ale z fałszywym komentarzem, albo materiały całkowicie wygenerowane przez sztuczną inteligencję. Przykłady można zaczerpnąć z wojny informacyjnej w tle toczącego się wiosną 2026 roku na Bliskim Wschodzie konfliktu. Tę pierwszą sytuację dokumentują rozpowszechniane przez irańskie służby materiały z innych wojen opatrzone komentarzem, iż przedstawiają irańskie ataki na Izrael. Druga sytuacja, czyli pojawianie się fałszywych filmów wygenerowanych przez sztuczną inteligencję, była częstsza. Media zauważyły na przykład, iż taki materiał, pokazujący rzekomo eksplozje w Tel Awiwie, zamieścił na swoim koncie m.in. były ambasador Francji w USA Gérard Araud. Tego typu filmy służą wzmocnieniu propagandowego przekazu – w powyższym wypadku miały budować obraz skuteczności irańskiej armii.
Zresztą deepfaki wcale nie muszą wpisywać się w działania wrogich sił. Śledztwo dziennikarskie przeprowadzone w maju 2026 roku przez BBC na marginesie lokalnych wyborów ujawniło mechanizm udostępniania zmanipulowanych filmów, które przedstawiały walijskich polityków w kompromitujących sytuacjach. Dziennikarze ustalili, iż ślady produkcji prowadziły do… Wietnamu. Celem operacji nie była tu manipulacja polityczna, ale zysk z wyświetleń filmów na drugim końcu świata.
Materiały niebezpieczne
Eksperci – dr hab. inż. Zbigniew Piotrowski oraz dr hab. inż. Michał Bereta – wskazują wiele poważnych zagrożeń związanych z deepfake’ami. Mogą one służyć do szerzenia dezinformacji, wywoływania niepokojów społecznych oraz podważania zaufania do mediów i instytucji państwowych. Ale mogą być też wykorzystywane do szantażu (przez tworzenie materiałów kompromitujących, tzw. kompromatów) i niszczenia reputacji wybranych osób. – Należy wiedzieć, iż mamy do czynienia z dwoma typami dezinformacji: pierwszy to fałszywy materiał uznany jako prawdziwy, a drugi to prawdziwy materiał uznany jako fałszywy. Bez tego rozróżnienia narracja o deepfake’ach jest niepełna – stwierdza dr hab. inż. Zbigniew Piotrowski.
Deepfaki mogą być również narzędziem wyrafinowanych oszustw, w których mamy do czynienia z podszywaniem się pod inne osoby dzięki syntetycznego obrazu i dźwięku. Przykładem jest pracownik firmy Arup w Hongkongu, który przelał 25 mln dolarów po wideokonferencji z szefostwem swojej firmy. Nie wiedział, iż pozostali uczestnicy spotkania byli cyfrowymi podróbkami. – Wyobraźmy sobie, iż na przykład w wojsku może to doprowadzić do wykonania fałszywych rozkazów wydanych przez cyfrowego sobowtóra przełożonego – puentuje dr hab. inż. Zbigniew Piotrowski.
Na jeszcze inny efekt wykorzystania deepfake’ów zwraca uwagę dr hab. Michał Bereta: – Te treści mogą nas ogłupiać. Mam na myśli wygenerowane filmiki, w których przedmioty zachowują się sprzecznie z zasadami fizyki. Albo dzikie zwierzęta, które nie zachowują się w sposób dla siebie typowy – mówi ekspert. Młodzi odbiorcy mogą przez to nabrać błędnego wyobrażenia o świecie, co niesie za sobą negatywne, długofalowe skutki edukacyjne.
Krawędzie i cienie
Detekcja fałszywych materiałów filmowych polega na identyfikowaniu śladów świadczących o tym, iż zostały one wygenerowane lub zmodyfikowane przy użyciu sztucznej inteligencji – szuka się tzw. artefaktów cyfrowych. Powstają one, gdyż sieci neuronowe generują obrazy jako zbiory pikseli (czyli wartości liczbowe), które mają przypominać dane z zestawu treningowego. Sieć neuronowa przeszkolona na milionach zdjęć, np. zwierząt, odtworzy podobne układy pikseli. Zaawansowana analiza statystyczna potrafi wykazać różnice między deepfakiem a obrazem zarejestrowanym przez aparat fotograficzny czy kamerę. – Sieci neuronowe nie symulują praw fizyki – mówi dr hab. inż. Michał Bereta. – Mają przez to ogromny problem z poprawnym generowaniem detali takich, jak odbicia lustrzane czy załamania światła – wskazuje ekspert.
Specjalistyczna analiza opiera się na weryfikacji fizycznej spójności obrazu. – Na poziomie technicznym analizowane są m.in. nienaturalne ruchy twarzy, niezgodność ruchu ust z wypowiadanymi słowami – dodaje dr hab. inż. Zbigniew Piotrowski. Sprawdza się także – na co wskazuje dr hab. inż. Michał Bereta – wiarygodność odbić, poprawność geometrii cieni (np. poprzez wykrywanie cieni, które przy oświetleniu nie miały prawa powstać) oraz analizuje krawędzie obiektów pod kątem zasad perspektywy.
Badane są również metadane pliku oraz historia jego publikacji. To jednak nie wszystko: – Równie istotne jest sprawdzenie źródła nagrania, czyli porównanie go z innymi dostępnymi materiałami – zaznacza dr hab. inż. Zbigniew Piotrowski. W praktyce zatem detekcja fałszywych filmów jest procesem łączącym metody informatyczne, analizę kryminalistyczną oraz tzw. fact checking, czyli ustalanie, czy dane zdarzenie w ogóle miało miejsce.
Prawda w cenie
Do weryfikacji materiałów filmowych można zaprzęgnąć… sztuczną inteligencję. – Algorytmy obliczeniowe oraz sieci neuronowe mogą być wykorzystywane zarówno do generowania materiałów syntetycznych, jak i do klasyfikacji oraz weryfikacji ich autentyczności – mówi dr hab. inż. Michał Bereta. Specjalistyczne algorytmy analizują niezauważalne dla człowieka cechy obrazu lub dźwięku, poszukując wzorców charakterystycznych dla materiałów syntetyzowanych. Na świecie inicjatywy tego typu podejmują m.in. armie: amerykańska – w realizowanych przez DARPA (Defense Advanced Research Projects Agency) programach „Media Forensics” oraz „Semantic Forensics” – czy francuska w konkursach „Défi Cyber”.
Również w Polsce realizowane są prace nad rodzimymi rozwiązaniami, m.in. poprzez finansowany przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju program „Infostrateg”. Własne poszukiwania prowadzi np. Politechnika Krakowska – dr hab. inż. Michał Bereta kierował projektem, który zajmował się detekcją zmanipulowanych treści audio-wideo. Z kolei dr hab. inż. Piotrowski wskazuje m.in. opracowaną w Wojskowej Akademii Technicznej przez kpt. dr. inż. Tomasza Walczynę metodę RE-Mark. Pozwala ona na oznaczanie zdjęć i grafik tzw. cyfrowym znakiem wodnym. Da się dzięki temu ustalić, czy doszło do cyfrowej manipulacji np. przy zamianie twarzy na zdjęciu lub filmie. Prowadzone są również badania nie tylko nad metodami wykrywania ingerencji w materiały wizualne, ale także wskazywania miejsc, w których dokonano zmiany.
Dr. hab. inż. Zbigniew Piotrowski podkreśla, iż obroną przed manipulacją cyfrową mogą być tzw. silosy danych – zaufane, nieprzetworzone cyfrowo zbiory oryginalnych informacji, odizolowane od treści wtórnych, syntezowanych przez sztuczną inteligencję. Poza tym laboratoria wojskowe pracują nad sposobami potokowego przetwarzania strumieni danych. Celem jest opracowanie systemów do natychmiastowej certyfikacji treści i jednoznacznego oddzielania materiałów autentycznych od sfałszowanych. Ekspert podsumowuje: – Uważam, iż również w Polsce rośnie znaczenie rozwiązań wspierających wiarygodność, autentyczność i możliwość weryfikacji informacji w przestrzeni publicznej. – Coś w tym jest: prawda, rzetelność i wiarygodność nigdy nie były bardziej w cenie niż dziś.