Historia syndromu hawańskiego zaczyna się jeszcze w 2016 r. w ambasadzie USA w Hawanie. Dyplomaci zaczęli skarżyć się na migreny, zawroty głowy, nudności, utratę równowagi i dziwne urazy mózgu, których nie dało się powiązać z żadnym wypadkiem. Objawy przypominały konsekwencje urazu głowy, tyle iż bez uderzenia.
Z czasem podobne sygnały zaczęły spływać także z innych placówek – z Europy, Chin, Rosji. Mówili o tym dyplomaci, agenci wywiadu, wojskowi. W sumie ponad 1000 osób. Część musiała odejść ze służby, bo problemy neurologiczne uniemożliwiały im dalszą pracę.
Syndrom, którego miało nie być
Przez lata oficjalne komunikaty pozostawały bardzo ostrożne. Specjalne panele ekspertów dopuszczały możliwość użycia impulsów energii elektromagnetycznej, ale raporty wywiadu konsekwentnie studziły emocje. Mówiono, iż nie ma dowodów na skoordynowaną kampanię wrogiego państwa, a w większości przypadków przyczyny mogą być różne, niezależne od siebie.
Dla osób dotkniętych syndromem taka narracja brzmiała jak oskarżenie o histerię. Teraz, gdy na jaw wychodzi historia potencjalnego zakupu broni emitującej fale radiowe, wielu z nich mówi wprost: jeżeli takie urządzenie naprawdę istnieje, państwo będzie im winne nie tylko odszkodowania, ale także publiczne przeprosiny.
Tajemnicza broń w plecaku
Według śledztwa CNN specjalny wydział Homeland Security miał pod koniec kadencji Joe Bidena kupić z budżetu Pentagonu urządzenie. Cena nie została ujawniona, ale urzędnicy mówią o kwocie zapisywanej w ośmiu cyfrach – co najmniej kilkanaście mln dolarów.
Opis tego sprzętu brzmi jak fragment powieści szpiegowskiej. Ma być na tyle kompaktowy, iż mieści się w zwykłym plecaku, a jednocześnie zdolny do generowania silnych impulsów fal radiowych, które w teorii z pewnej odległości mogą oddziaływać na ludzki układ nerwowy. Dodatkowego smaczku dodaje fakt, iż w środku wykryto komponenty pochodzenia rosyjskiego, choć całość nie ma być wprost rosyjskiej produkcji.
Ponoć od ponad roku urządzenie jest intensywnie badane. Testy prowadzone są w ramach tajnych programów, a ich wyniki nie trafiły do opinii publicznej. Na tyle jednak poruszyły wojskową biurokrację, iż jesienią urzędnicy mieli informować o nich komisje wywiadu w Izbie Reprezentantów i Senacie.
W Pentagonie rośnie obawa, iż tego typu technologia może zostać skopiowana lub już funkcjonuje w więcej niż jednym kraju. Mówimy o bardzo niebezpiecznej broni, która nie pozostawia kraterów, dymu ani śladów prochu, a może na miesiące wyłączyć z gry dyplomatę czy oficera.
Broń przyszłości czy ślepy trop?
Nowe doniesienia CNN o broni nie oznaczają, iż zagadka została rozwiązana. choćby więcej – nie oznaczają, iż taka broń w ogóle istnieje. Zakładając jednak, iż tak jest, to przez cały czas nie wiadomo, kto i kiedy wyprodukował urządzenie, skąd dokładnie trafiło w ręce Amerykanów, jak wyglądała droga jego komponentów i czy było faktycznie używane poza poligonem.











